Maskarada

Maskarada

Polityka konfrontacji prowadzona przez Sojusz Lewicy Demokratycznej jest dla prawicy korzystna
 
Mamy za sobą kolejny zjazd polskiej kompartii, tym razem nazywającej się - zgodnie z duchem czasu - Sojuszem Lewicy Demokratycznej. Zjazd był imprezą w najlepszym stylu Polski Ludowej. Po raz kolejny oglądaliśmy cały ten komunistyczny cyrk już bez portretów Marksa, Engelsa i Lenina (Stalina sami komuniści pozbyli się wcześniej), a za to z narodowymi barwami i socjaldemokratycznymi symbolami, których bezprawnie, cynicznie, natrętnie i bez najmniejszego zażenowania nadużywają.
Głównym problemem towarzyszącym tej imprezie było pytanie o stosunek do komunistycznej przeszłości. Wśród bardzo wielu wypowiedzi polityków i publicystów związanych z SLD można wskazać bardzo niewiele świadczących o jakimkolwiek zrozumieniu tego problemu. Szkoda słów na zajmowanie się żałosnym pustosłowiem kolejnych papierowych uchwał lub zaklęciami Aleksandra Kwaśniewskiego, który nie odważył się przyjechać na ten konwentykiel, aby - po spełnieniu postulatu postkomunistów i zawetowaniu ustaw podatkowych - nie utrwalić w świadomości społeczeństwa swojego wizerunku prezydenta SLD. I szkoda słów na polemikę z cynicznymi i pełnymi niebywałej arogancji zapewnieniami o kontynuowaniu przez nurt zdrady narodowej lewicowych, ale za to patriotycznych tradycji. Trafnie ocenił to Tomasz Wołek w "Życiu": "Przecież już u samych początków władza ludowa bezwstydnie zawłaszczała różnych szlachetnych antenatów, którym pośpiesznie dorabiano 'rewolucyjno-postępowe' rodowody. I tak godni patronowania stalinizmowi okazywali się Tadeusz Kościuszko i Romuald Traugutt. Postępowi - w przeciwieństwie do wstecznych, imperialistycznych Jagiellonów - stali się niektórzy Piastowie z 'ludowym' Łokietkiem na czele". Znakomite było dokonane na łamach "Rzeczpospolitej" przez Stefana Bratkowskiego podsumowanie kolejnych złudzeń i oczekiwań związanych z tą formacją: "I na cośmy liczyli? Że 'oni' się ucywilizowali, że naprawdę próbują być partią demokracji? Ledwo powiało lepszymi prognozami, już nie słychać o zasypywaniu przedziałów, już w minach Borowskiego wraca zza uśmiechów ta sama zimna nienawiść, nie trza pozyskiwać sympatii umiarkowanych. Byle obalić rząd, warto było dwóm milionom drobnych przedsiębiorców wyjąć miliardy z kieszeni (...), 'oni' mieli się demokracji nauczyć. I owszem, uczą się: teraz próbowali obalić rząd klasyczną obstrukcją parlamentarną... 'oni' od długiego czasu grają na destabilizację demokracji początkującej - zgodnie z tą samą co zawsze taktyką dawnych komunistów. (...) Czegóż spodziewaliśmy się tak naprawdę? Że mąż (swego) stanu przeniesie dobro kraju nad interes własny, wyrzeknie się swojej klasy i nie ulegnie szantażowi, że SLD poszuka sobie innego kandydata? Czy w ogóle miał jakiś wybór? Toż on wie, na co liczy mężczyzna Miller, któremu nie chwieją się nogi i który nie ma kłopotów z tuszą. Że to nieodparcie śmieszne, gdy prezydent państwa posłusznie przeocza demonstracyjne piractwo sejmowe".
Śledząc wypowiedzi polityków SLD oraz intelektualistów i publicystów związanych z tą partią, widać wyraźnie, że mamy do czynienia z typową dla komunistów pychą i arogancją w okresie ich siły. Jest to ta sama pogarda dla słabych - w ich mniemaniu - przeciwników, takie samo wykorzystywanie renegatów, kolaborantów i zwykłych karierowiczów. W pełni zgadzam się z zamieszczoną w "Gazecie Wyborczej" analizą Marka Beylina, z którym na ogół przychodzi mi się zgadzać rzadko, gdy pisze: "Nigdy przedtem SLD nie zdobył się na tak radykalne potępienie komunistycznej przeszłości i równie mocne wyrazy uznania dla przeciwników peerelowskiej dyktatury. Ale czytając ten dokument, miałem wrażenie, że te potępienia i hołdy nie służą rozrachunkowi z przeszłością, lecz są sposobem na jego uniknięcie... debata o przeszłości nie umilknie. Niedługo SLD znowu stanie przed koniecznością rozrachunku z PRL. I im oporniej będzie się rozliczał, tym dłużej potrwa presja, by to czynił". Widać wyraźnie, że postkomuniści nie są w stanie nawet przyjąć łagodnego i banalnego w swojej oczywistości sformułowania proponowanego przez Aleksandra Kwaśniewskiego, a będącego w gruncie rzeczy powtórzeniem słynnych słów Jacka Kuronia, wypowiedzianych w czasach, gdy nikt nie przypuszczał, że doczekamy niepodległości i wolności. "To my, ludzie polskiej lewicy, rozbijaliśmy wyniesioną z okupacyjnego ruchu oporu jedność narodu. To my nie chcieliśmy próby zorganizowania autentycznych ruchów politycznych... To my tłumiliśmy wszelkie próby społecznej samoorganizacji i inicjatywy. W tym dziele społecznej destrukcji posługiwano się masowymi aresztowaniami, więzieniem i zsyłkami do łagrów, morderstwami, torturami, kłamstwem, oszczerstwem, fałszerstwem. Prześladowano rodziców za nie popełnione winy dzieci i dzieci za nie popełnione winy rodziców. Odpowiedzialność za to wszystko ponosimy my, którzy wówczas nosiliśmy czerwone krawaty, którzy nosiliśmy czerwone legitymacje" (J. Kuroń, "Zasady ideowe", Warszawa, 1978 r.).
Wydaje mi się, że w chwili obecnej oczekiwania na rzeczywiste rozliczenie się postkomunistów ze swoją przeszłością są nierealistyczne. Miarą ich siły i pewności siebie jest bowiem przede wszystkim arogancja polegająca na przekonaniu, że takie rozliczenia nie tylko nie są potrzebne, lecz nawet są szkodliwe. Leszek Miller najwyraźniej jednak nie rozumie, że sam fakt, iż wejdzie w konflikt z jakimkolwiek przeciwnikiem, musi temu przeciwnikowi przysporzyć sympatii i poparcia. Prowadzona przez SLD polityka konfrontacji jest dla prawicy korzystna, albowiem stwarza możliwość poniesienia przez postkomunistów klęski, może też doprowadzić do ich trwałej politycznej izolacji. Tylko w efekcie takiej klęski możliwe jest dokonanie przez post- komunistów uczciwej oceny przeszłości, odejście odpowiedzialnych za nią i za obecną politykę ludzi PZPR, przekształcenie jej w partię autentycznie socjaldemokratyczną w stylu zachodnioeuropejskim. Albowiem, jak trafnie napisał Leszek Kołakowski: "...od początku komunizm zarówno ideologicznie, jak i taktycznie był pasożytem; pasożytował skutecznie na wszystkich sprawach społecznych, które nie tylko były istotne i ważne, ale również godziwe i zgodne z intencjami dużej części inteligencji wykarmionej na ideałach oświecenia i humanizmu" (L. Kołakowski, "Moje słuszne poglądy na wszystko", Kraków, 1999 r.). Do takiej klęski dojdzie, według mnie, nieuchronnie, albowiem tak jak na kłamstwie, demagogii, cynizmie, moralnym nihilizmie i korupcji zbudowany był komunizm, na tych samych antywartościach ufundowany został postkomunizm. Rozmiar i czas tej klęski zależą przede wszystkim od polityki AWS, gdyż - jak pisze w "Gazecie Wyborczej" prawicowy publicysta Rafał Matyja - SLD "buduje swoją pozycję na ostrej polaryzacji sceny politycznej. Dopóki odpowiedź ze strony rządzącej koalicji będzie nikła, dopóty sojusz będzie zbierał dodatkowe punkty. Gdy spotka się z celną kontrą, może za tę strategię słono zapłacić. Leszek Miller postawił wszystko na jedną kartę. I paradoksalnie złożył los swojej formacji w ręce przeciwników".
Izolacja postkomunistów na wzór czeski, gdzie żadna partia nie podejmuje z nimi ograniczonej nawet współpracy, jest w Polsce ciągle tylko postulatem części prawicy skupionej w Akcji Wyborczej Solidarność. Niestety, postulatem bardzo dalekim od realizacji. Nic nie wskazuje na to, aby Polskie Stronnictwo Ludowe było skłonne porzucić idee bycia jedynie stronnictwem sojuszniczym wobec SLD, takim jak ZSL wobec PZPR. I nic nie zapowiada jakiejkolwiek rozumnej refleksji liderów małych grupek równie uparcie jak błędnie nazywanych przez niektórych publicystów "radykalną prawicą". Powyższe grupki o ciągle zmieniających się nazwach (ostatnio nastąpił kolejny rozłam w czteroosobowym kole parlamentarnym ROP, przekraczający granice śmieszności i noszący wszelkie cechy tragifarsy), trudnych do zrozumienia podziałach, niezmiennie prezentują mieszaninę antysemityzmu, paranoi, tępego doktrynerstwa i bezrozumnej zajadłości. Rzekoma antykomunistyczna radykalna prawica, mimo najpiękniejszych haseł, programów i nazw, odgrywa rolę postkomunistycznej dywersji. Na szczęście w cią- gu dziesięciu lat istnienia III Rzeczypospolitej następuje proces oczyszczania ugrupowań z intrygantów, chorobliwie ambitnych wodzów, bohaterów kolejnych rozłamów i autokompromitacji.
Trudno także oczekiwać poparcia dla idei izolacji i marginalizacji postkomunistów ze strony Unii Wolności. Co jakiś czas w tej partii pojawiają się pomysły, aby przeprowadzać niektóre reformy państwa wspólnie z SLD, a w znacznej części głosowań o ideowym charakterze unia głosuje razem z postkomunistami. Co jest o tyle dziwne, że w końcu partia reprezentująca znaczną część inteligencji powinna zdawać sobie sprawę z prostego faktu, że SLD nie jest zainteresowany sukcesem jakichkolwiek reform, usiłuje bowiem zdyskontować niepowodzenie tych reform w walce o władzę. Bo tylko władza naprawdę interesuje SLD. Odbywający się spektakl pychy i arogancji w wydaniu przebierających nogami w kolejce po władzę postkomunistów, a zwłaszcza ich wysokie poparcie w sondażach, może prowadzić do załamania i zniechęcenia ludzi zadających sobie pytanie: dlaczego? Czy Polska po raz kolejny ma wpaść w ich ręce? Czy znowu, jak w czasach Polski Ludowej, będziemy bezsilnie zaciskać zęby i patrzeć na poniżanie naszego kraju przez występujących w roli reprezentantów narodu byłych esbeków i aparatczyków? Warto odpowiedzieć na te obawy fragmentem z cytowanej już książki prof. Kołakowskiego: "W 1957 r. powiedział mi nieżyjący dzisiaj działacz i pisarz emigracyjny: 'Kilka lat temu byłem w rozpaczy, choć tego nie mówiłem, wydawało mi się, że sprawa przegrana, że Polska pogrąża się w nicość; po tym, co w ostatnich dwóch latach widziałem, wiem już, że nigdy więcej w rozpacz nie wpadnę'". Z całą pewnością sytuacja jest dziś sto razy lepsza niż w 1957 r.

Okładka tygodnika WPROST: 4/2000
Więcej możesz przeczytać w 4/2000 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0