Dyktatura tutułów

Dyktatura tutułów

Dlaczego wolimy pracować na stanowisku sales managera niż akwizytora
Stróż nocny, pogardliwie nazywany w PRL cieciem, zyskał miano night managera. Sprzątaczka stała się cleaning assistant. Akwizytor posługuje się wizytówką sales representative, a sekretarka - office manager. Po odejściu magazyniera na jego miejsce angażuje się już logistic managera. - Przejęliśmy angielskie nazwy stanowisk pracy i nawet nie staramy się ich tłumaczyć na język polski - alarmują językoznawcy. - Używanie nazw funkcji w firmach ma motywację emocjonalną - mówi prof. Zbigniew Nęcki, psycholog.
- Naszym klientom odpowiadają nazwy angielskie. Zwłaszcza że klientami są przeważnie obcokrajowcy lub Polacy doskonale orientujący się, kto jest kim w reklamie. Dlatego nie staramy się na siłę ustalać polskich nazw dla poszczególnych stanowisk - broni się Paweł Kastory, prezes agencji reklamowej Corporate Profiles/DDB. - Części nazw w naszej branży nie da się przetłumaczyć. Nazwanie senior accounta starszym pracownikiem działu obsługi klienta nie oddaje tego, czym ten człowiek się zajmuje. Z kolei copywriter to osoba wymyślająca slogany reklamowe, tylko jak to by wyglądało na wizytówce? - pyta Iwona Jaworska z agencji reklamowej McCann-Erickson Polska. - Branżę reklamową stworzyli w Polsce ludzie, którzy zawodu uczyli się w centralach na Zachodzie. Wracając do kraju, kopiowali zarówno struktury, jak i nazewnictwo stanowisk w agencjach - dodaje Marta Bratkowska, redaktor naczelna branżowego miesięcznika "Impact". Angielskie nazewnictwo zawładnęło agencjami public relations, firmami konsultingowymi, a także przedsiębiorstwami produkcyjnymi i handlowymi (szczególnie, jeśli ich właścicielami są obcokrajowcy). Dlatego większość rzeczników prasowych nadaje sobie tytuły public relations manager (ewentualnie market communications manager lub executive public relations manager),a szkoleniowcy to trainers i senior trainers. - Dużo w tym wszystkim przesady - ocenia Agnieszka Grygierek z Act Advanced Corporate Training. - W niektórych firmach używa się nazw angielskich tylko po to, aby podnieść rangę pracownika. Gdzie indziej wszyscy są managerami, by wzbudzić większe zaufanie u klienta. Kij ma jednak dwa końce: co pomyśli klient, który spotykając się z sales managerem, oczekuje, że ma on odpowiednie pełnomocnictwa, a ten bez przerwy dzwoni do szefa i pyta, czy wolno mu coś podpisać - zastanawia się Agnieszka Grygierek. - Samo określenie public relations jest nieprzetłumaczalne na język polski. Istnieje około dwudziestu definicji tego zawodu, oczywiście opisowych. Czasami jednak w środowisku ludzi związanych z PR zastanawiamy się, czy sprawy nie zaszły za daleko. Czy jesteśmy rozumiani przez kogokolwiek spoza środowiska reklamowo-medialno-biznesowego? - zastanawia się Karol Jackowski z agencji RPR System.
- Nazwa stanowiska jest symboliczną kreacją funkcji, jaką pracownik pełni w przestrzeni kulturowej danej organizacji - przypomina prof. Nęcki. - Zmodyfikowanie nazwy zmienia interpretację emocjonalną danej funkcji i samopoczucie pełniącej ją osoby. Pójście jeszcze dalej i przetłumaczenie nazwy na angielski dodaje prestiżu i podnosi status społeczny. Żeby wyjaśnić mechanizm "gry wyobraźni" związanej z nazewnictwem stanowisk w prywatnych firmach, psychologowie posługują się przykładem akwizytora. - Pracownik, który na wizytówce ma napisane, że jest akwizytorem, ma z reguły złe samopoczucie. O wiele lepiej czuje się natomiast jako przedstawiciel handlowy, mimo że tak naprawdę robi to samo. Jeśli natomiast nazwie się go sales representative lub sales manager, to choćby nawet sprzedawał sznurówki, staje się innym człowiekiem - śmieje się prof. Nęcki. Prawdziwych akwizytorów jest dziś zresztą niewielu. Ostrzeżenia "Akwizytorom dziękujemy", "Akwizytorom wstęp wzbroniony", "Akwizytorom mówimy nie!" sprawiły, że zatrudniani są merchandiserzy, sales managerzy, van sellerzy i rzadziej: dystrybutorzy, kierowcy-handlowcy i agenci handlowi. W PepsiCo przez kilka lat pracownicy mieli wizytówki dwustronne: po jednej stronie widniała nazwa angielska, po drugiej - przetłumaczona na polski. Ostatnio jednak firma postanowiła to zmienić i drukuje pracownikom wyłącznie angielskie bilety wizytowe. - Ważne jest dla nas, by osoba spoza firmy bezbłędnie odczytywała z nazwy stanowiska kompetencje pracownika, z którym ma do czynienia - tłumaczy Małgorzata Skonieczna z PepsiCo. Nazw stanowisk fleet manager, marketing assistant czy junior brand manager jednak nie przetłumaczono. Czym te osoby się zajmują? - Jesteśmy światową korporacją, w której pracuje ponad 125 tys. ludzi. Stosujemy wyłącznie angielskie nazwy stanowisk, bo wszyscy mają obowiązek posługiwania się tym językiem. Dzięki temu Amerykanie wiedzą, jaka jest struktura filii w Niemczech, Francji, Polsce i innych krajach. Jeśli jednak pracownik kontaktuje się z osobą spoza firmy, która nie mówi po angielsku, ma wizytówkę z przetłumaczoną na język polski nazwą swojego stanowiska - tłumaczy Inga Kasak z Hewlett-Packard Polska. Takiej procedury nie ma w PepsiCo. Niektórych pracujących w Polsce obcokrajowców dziwi polskie upodobanie do anglicyzmów: - Kiedyś przedstawiałem się jako kierownik działu, ale Polacy poradzili mi, żebym tego nie robił, bo to ma negatywne konotacje i kojarzy się z poprzednim systemem. Bardziej profesjonalnie według nich brzmia- ło RVP - resident vice president - wspomina Edward Till, Brytyjczyk pracujący w Citibanku, płynnie mówiący po polsku. - Wielu ludzi uważa, że management to coś lepszego i nowocześniejszego niż zarządzanie - dodaje. Językoznawcy i psychologowie są w stanie przyznać rację szefom firm zagranicznych, nie mają jednak litości dla zarządzających firmami polskimi, w których wszyscy specjaliści to managers, a prezesi mianują się presidentami. - Bardzo cieszę się z polskich przemian. Mniej cieszy mnie bezrefleksyjne przejmowanie nazw z języka angielskiego. Słowa leasing, dealer, art director brzmią groteskowo, a ludzie, którzy się nimi posługują, na siłę odgradzają się od społeczeństwa - uważa prof. Jan Miodek, językoznawca. - Używanie w polskich firmach angielskich nazw stanowisk to neoficka nadgorliwość. Decydenci przedsiębiorstw wychodzą z założenia, że ponieważ przez kilkadziesiąt lat pewnych funkcji nie było w ogóle, to teraz, nie dość, że się pojawiły, muszą mieć jeszcze obce brzmienie - dodaje prof. Miodek. Czy night manager wzbudzi nasze zaufanie?

Okładka tygodnika WPROST: 4/2000
Artykuł jest zamknięty
Więcej możesz przeczytać w 4/2000 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 1
  • KrzysztofIP
    Według mnie jest coraz gorzej. Dzisiaj uczestniczyłem w poważnym szkoleniu w bardzo poważnej, znanej i renomowanej firmie. Oto co między innymi usłyszałem (pomijając strasznie spolszczoną i twardą angielszczyznę) :
    \"...wiadomości wysyłane do resipientów...\"
    \"...według skedżula naszego menedżmentu...\"
    \"...naszym targetem...\"
    i wiele, wiele tym podobnych, wrzucanych co mniej więcej 10 sekund słów...
    Jest to ogromnie rażące i wcale \"nie fajne\". Nie świadczy to o znajomości języka angielskiego, a raczej o jej braku, co przejawia się coraz częściej w reklamach telewizyjnych, czy nagłówkach gazet w których oprócz nadmiernego używania angielskich słów, tak jak brak czegoś zastępowany jest powszechnie \"zerem\" czegoś, coś dobrze zaprojektowanego - ma dobry \"dizajn\", to jakaś tam drużyna nie awansowała na wyższe miejsce w tabeli, tylko po prostu \"przeskoczyła\" o jedno \"oczko\". Najsmutniejsze w tym jest to, że kiedyś faktycznie nie będziemy rozumieli naszych dzieci, które podświadomie przyswajają sobie wszystko co jest bez przerwy przez media powtarzane i bezkarnie uważane za normalne.
    I nawet po obejrzeniu meczu piłkarskiego człowiek nie potrafi się poprawnie wypowiedzieć po półtoragodzinnej sesji z takimi wtrąceniami jak np. \"italia\" fatalnie wykonała \"korner\"...

    Czytaj także