Przebudzenie

Przebudzenie

Kreml wysłał na ulice Moskwy ciężarówki pełne wojska. To i tak lepiej niż 20 lat temu, gdy podczas puczu do miasta od razu wjechały czołgi.
Koncesjonowana przez Kreml opozycja przyłącza się do antyrządowych protestów. Tak zrobili komuniści Giennadija Ziuganowa, druga po  putinowskiej Jednej Rosji siła w obecnej Dumie. Podobną decyzję podjęła trzecia w kolejności Sprawiedliwa Rosja, posłuszna dotąd wobec Putina partia Siergieja Mironowa – wezwała do wzięcia udziału w manifestacji przeciwko fałszerstwom wyborczym. Nic więc dziwnego, że w Moskwie roi się od pojazdów wojskowych. Kolumny krytych plandekami ciężarówek należą do osławionej Wydzielonej Dywizji Specjalnego Przeznaczenia, dawniej noszącej dumnie imię Feliksa Dzierżyńskiego. Poza uralami wojsk wewnętrznych w bocznych zaułkach mnóstwo jest też autobusów i ciężarówek z ciepłymi pasażerskimi kabinami. W takich nie jeżdżą zwykli poborowi, którzy w dywizji Dzierżyńskiego odbywają zasadniczą służbę wojskową. Tak jeździ elita milicyjnych jednostek specjalnych: OMON. Średnia wieku –  około 30 lat, szerokie bary, wielkie dłonie w skórzanych rękawicach.

Niebieskie cętkowane mundury, czarne błyszczące kaski z przyłbicami, ochraniacze na kolanach i łokciach. No i gumowe pały, przydatne do  rozpędzania ulicznych manifestacji. OMON wkracza, gdy chłopaki z dywizji Dzierżyńskiego nie dają rady. Może nie są tak dobrzy jak białoruska milicja, ale z kilkutysięcznymi manifestacjami opozycji, na które przychodzą studenci, inteligencja i ludzie starsi, dają sobie radę doskonale. OMON jest wierny, bo jest doskonale opłacany. Ale władze nie  ufają do końca nawet jemu. Według krążących po Moskwie plotek Kreml ma w  odwodzie kilkuset Czeczenów przysłanych przez wiernego Putinowi prezydenta Czeczenii Ramzana Kadyrowa.

Ci są zaprawieni w bojach, ślepo posłuszni i gotowi na wszystko. Wypełnią najbardziej krwawy rozkaz. Część podobno stacjonuje w hotelu Prezydent, położonym zaledwie kilometr od Kremla, reszta – pod Moskwą, gdzie zbudowano dla nich dom, w którym jest 600 mieszkań. – Gdyby coś się stało, mają bronić Kremla. Władze wiedzą, że armia i MSW mogą zawieść – mówi politolog Stanisław Biełkowski. W 1991 r. bunt jednostki specjalnej Alfa, która odmówiła szturmu na broniony przez Borysa Jelcyna Biały Dom, pogrążył pucz Janajewa. Dwa lata później ten sam Jelcyn już jako prezydent ledwo zmobilizował kilka czołgów, które ostrzelały parlament i przełamały opór zbuntowanej Rady Najwyższej.

Hipsterzy zajęli się polityką

 Walka polityczna toczy się dziś w Rosji przede wszystkim w internecie, bo tam przyszłość Putina wygląda najgroźniej. To w sieciach społecznościowych opozycja zwołuje manifestacje znacznie skuteczniej niż  poprzez serwis informacyjny radia Echo Moskwy, który jest regularnie atakowany przez prokremlowskich hakerów. To internet co chwila eksploduje prześmiewczymi historiamio rosyjskim premierze, których próżno szukać w cenzurowanych telewizjach: Putin na zjeździe Jednej Rosji w butach na monstrualnej, 10-centymetrowej podeszwie; Putin z  twarzą wygładzoną botoksem itd.

– Internet zaczął określać, jakie są ważne tematy do dyskusji, i zaczął je narzucać także władzy – mówi politolog Dmitrij Orieszkin. Moc internetu pokazuje kariera sloganu „Partia żuli i złodziei", którym określa się putinowską Jedną Rosję. Hasło rzucone przez popularnego blogera Aleksieja Nawalnego przylgnęło do partii władzy tak mocno, że na przedwyborcze wiece z  hasłami „Precz z partią kanciarzy i złodziei” wychodziły wszystkie partie biorące udział w wyborach, z wyjątkiem Jednej Rosji.

– Hasło rzucone przez Nawalnego było motywem przewodnim tej kampanii, zgadzało się z nim 31 proc. naszych respondentów, mimo że samego Nawalnego zna tylko 6 proc. Rosjan – mówi Lew Gudkow, dyrektor niezależnego ośrodka socjologicznego Centrum Lewady. W Rosji kilka tygodni temu liczba użytkowników internetu przekroczyła 50 mln (na 142 mln mieszkańców Rosji). I chociaż jego upolitycznienie jest bardzo niskie, to szybko rośnie. Ostatnie wybory pokazały, jak bardzo. Tysiące młodych ludzi wzięło udział w akcji „Kontrola obywatelska", dokumentując za pomocą telefonów komórkowych próby fałszerstw i umieszczając dowody w  internecie.

– Zajmowanie się polityką w sieci stało się modne – mówi Dmitrij Orieszkin. Rzeczywiście, dyrektorzy artystyczni agencji reklamowych i specjaliści od PR, którzy dotąd wymieniali się tylko informacjami o imprezach w nocnych klubach i wyprzedaży modnych ciuchów, nagle zajęli się polityką. Wielu z nich w najmodniejszych okularach, kurtkach i butach po raz pierwszy pojawiło się na wiecach opozycji. „

Hipsterzy zajęli się polityką" – napisał komentator „Moskowskiego Komsomolca”. Jednocześnie władza popełnia kardynalne błędy. Reakcją na  wymyślne internetowe drwiny i protesty hipsterów na ulicach są wulgarne wpisy, które pojawiają się np. na Twitterze u prezydenta Dmitrija Miedwiediewa: „Jeśli ktoś używa w swoim blogu sformułowania ?partia żulików i złodziei?, to jest baranem w mordę jeb…”. Post wisiał tylko kilka minut, a Kreml tłumaczył, że pojawił się omyłkowo umieszczony przez człowieka, który redaguje Twitter Miedwiediewa, ale było za późno.

Poszukiwanie nowego lidera

Na Kremlu od tygodnia niemal bez przerwy trwają narady. Bo jakieś radykalne kroki trzeba przedsięwziąć. W powyborczym wywiadzie najlepiej scharakteryzował zagrożenie Władysław Surkow. – To partia poirytowanych społeczności miejskich – mówił główny ideolog Kremla o ludziach najbardziej oburzonych wynikami wyborów.

Bo hipsterzy na manifestacjach to pierwszy sygnał, że zaczęła się budzić klasa średnia. Dotychczas była zajęta zarabianiem pieniędzy, co w rosyjskiej rzeczywistości nie jest łatwe. Kraj opanowany jest przez skorumpowanych urzędników i chciwych ludzi w mundurach – od straży pożarnej i sanepidu po policję, prokuraturę i służby specjalne – drapieżnie wymuszających haracze, często idące w dziesiątki milionów dolarów. Klasa średnia dotychczas tylko narzekała, ale starała się przystosować, teraz może eksplodować. Choć pewnie nie w najbliższych tygodniach ani miesiącach.

– Wokół Putina są ludzie, którzy uczepili się władzy i tak łatwo jej nie oddadzą. Na  dodatek solidarność społeczna jest niewielka, a potencjał niezadowolenia wciąż mały, chociaż oczywiście wzrósł. Poważne problemy mogą się zacząć dopiero pod koniec tego cyklu wyborczego, za pięć, sześć lat. Zwłaszcza jeśli Rosja nie poradzi sobie z kolejną falą kryzysu – zauważa Lew Gudkow z Centrum Lewady. Pytanie tylko: czy poirytowane społeczności miejskie, o których mówi Surkow, mają się z kim identyfikować?

Wśród organizatorów protestów są lewicowi anarchiści i skrajni prawicowcy, a także dawni liberałowie, którzy w latach 90. byli elitą władzy i nie cieszą się dzisiaj dobrą reputacją. Według sondażu Centrum Lewady tuż przed wyborami aż 58 proc. Rosjan nie miało zaufania do  opozycji. Być może dlatego, że jej czołowe postaci: Borys Niemcow, Władimir Ryżkow czy Michaił Kasjanow, zajmowały wysokie stanowiska w  czasach Jelcyna, kojarzonymi w Rosji z korupcją, biedą i anarchią.

Najszybciej w ostatnich miesiącach rozbłysła gwiazda Aleksieja Nawalnego, który w czasie pierwszej po wyborach manifestacji został aresztowany na 15 dni. Ten 35-letni prawnik zaczynał, skupując niewielkie pakiety akcji dużych rosyjskich koncernów państwowych i  banków – Rosnieftu, Sbierbanku itd. Badał potem dokumenty tych firm, a  później publikował je w internecie, dowodząc, że panuje w nich gigantyczna korupcja. Jego portal RosPił stał się niezwykle popularny. Prokuratura próbowała go oskarżyć o przekręty na stanowisku doradcy gubernatora obwodu kirowskiego, ale sprawa upadła. Przed miesiącem jednak mocno rozczarował demokratyczną publiczność, gdy stał się jednym z  organizatorów skrajnie nacjonalistycznego i szowinistycznego „Rosyjskiego Marszu".

Sam mówi o sobie, że jest nacjonalistą –  demokratą. Areszt może zrobić z niego bohatera narodowego, choć przed wyborami jego poparcie oscylowało wokół 1 proc. – Obecna opozycja nie ma  popularnych przywódców. Z jednej strony dlatego, że władza zabetonowała całą powierzchnię sceny politycznej, z drugiej nasza elita intelektualna nie pcha się do polityki – mówi socjolog Borys Dubin.

Brutus Putina

Konformizm elit, które wolą zajmować się robieniem pieniędzy albo emigrować, powoduje, że potencjalnych liderów antyputinowskiej opozycji należy raczej szukać w jego własnym otoczeniu. To właśnie na najwyższych szczytach władzy Putin może wypatrywać Brutusa, który zechce mu wbić polityczny sztylet w plecy.

– Na Kremlu trwa konfrontacja partii krwi, której przewodzi Putin, i partii szmalu, czyli dawnych liberałów. Nadchodzą stamtąd coraz bardziej niepokojące sygnały. Scenariusz jest prosty: nadciągający kryzys gospodarczy spowoduje spadek cen surowców, przede wszystkim ropy. W efekcie załamie się budżet i gwałtownie wzrośnie niezadowolenie społeczne. Będą buntować się nie tylko doły, ale  także elita. Funkcjonariusze partii, które weszły do Dumy, już zapowiadają, że będą się przyłączać do manifestacji. Chociaż są całkowicie finansowane i kontrolowane przez Kreml! – mówi politolog Andriej Piontkowski.

Przedstawiciel elity, jeden z najbogatszych Rosjan, miliarder Michaił Prochorow prognozuje, że obecny system polityczny może załamać się w ciągu pięciu lat. Ten przedstawiciel partii szmalu miałby dzisiaj całkiem spore szanse na zostanie liderem budzącej się z  politycznego letargu klasy średniej. Raz już próbował.

Na początku lata Kreml poprosił go, by stanął na czele kanapowej partii prawicowo-liberalnej Słuszna Sprawa. Prochorow energicznie, jak w  biznesie, zaczął odnawiać strukturę i regionalne oddziały, zyskując popularność i, co najważniejsze, niezależność od Kremla. Gdy jednak oprócz wolności gospodarczej i walki z korupcją Prochorow wspomniał też o ambicjach politycznych, został błyskawicznie usunięty ze sceny politycznej.

Gdy zechce do polityki wrócić, Kreml może już nie mieć tyle siły, by się go pozbyć. Jego lub kogoś innego, o kim dzisiaj być może mało kto słyszał.

Okładka tygodnika WPROST: 50/2011
Więcej możesz przeczytać w 50/2011 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0