Czarna owca

Czarna owca

Kończy 50 lat, właśnie ukazały się jego dzieła zebrane. Marcin Świetlicki – poeta buntownik, rockman, skandalista. – Nie sądziłem, że kiedyś będę taki stary – mówi.
O czym to ma być? – poeta zaciąga się papierosem na balkonie budynku Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Opolu. – O mnie? I taki kawał drogi pan jechał?

W Opolu Świetlicki zatrzymał się na jeden wieczór. Spotkanie z czytelnikami jest częścią trasy promocyjnej, w ramach której odwiedza miasta w całej Polsce. Przypomina to raczej trasę zespołu rockowego niż  poety. Na spotkanie przychodzi kilkadziesiąt osób, głównie studenci, średnia wieku dwadzieścia parę lat. Jest dziewczyna z kamerą, ktoś zbiera materiał na zajęcia z dziennikarstwa, ktoś przypomina o obowiązku poetów wobec języka, którego trzeba bronić przed współczesnością. Świetlicki przyrzeka, że będzie bronił.

Na początku spotkania dyrektor biblioteki wygłasza krótki odczyt z okazji przyjazdu poety, robi się trochę oficjalnie. – Dostojny jubilacie... – zaczyna. Odczyt ma  charakter urzędowo-okolicznościowy, przyjechał w końcu wybitny autor, należy go odpowiednio powitać. Świetlicki na moment zsuwa na nos okulary przeciwsłoneczne, jakby chciał samemu sobie przypomnieć, że wciąż jest zbuntowanym rockmanem. Uśmiecha się kpiarsko spod okularów, ale zaraz wsuwa je z powrotem na czoło.

Czas płynie

Dziesięć minut wcześniej z radością piętnastolatka zaciąga się papierosem w gabinecie dyrektora („Jak nie wolno, to jakoś lepiej smakuje"), a Irek Grin, przyjaciel, wydawca i towarzysz tras Świetlickiego, faszeruje swoją colę smirnoffem. – Zaraz dyrektorowi dokuczymy – jubilat mruczy do siebie, przeglądając otwarty na biurku kalendarz. – Wpiszemy mu jakieś spotkanie, na sobotę może. Myśli pan, że  możemy Białystok dopisać dyrektorowi? Jednym z punktów trasy miał być Szczecin, gdzie ostatecznie Świetlicki nie dojechał, ponieważ zepsuł się samochód.

Kiedy Grin i Agnieszka Orłowska – menedżerka trasy – szukali warsztatów, kombinowali samochód zastępczy i w imieniu poety przepraszali organizatorów spotkania, Świetlicki rozkoszował się nietypową sytuacją. – Bardzo lubię takie przygody, oj, dużo ich było podczas tych tras. Oni się martwili, a ja się cieszyłem, że coś się dzieje. Pierwsza trasa w tym roku odbyła się w maju, przy okazji premiery tomu wierszy zebranych Świetlickiego. Teraz ukazują się jego zebrane powieści. Są jeszcze koncerty – choć Świetliki od czasu „Las putas melancólicas" z 2005 r. nie wydały płyty, zespół regularnie koncertuje. – Lubi pan takie życie w drodze? – pytam. – Niespecjalnie –  zamyśla się.

– Stary człowiek jestem i mam już trochę dosyć podróży, ale  to sens mojego życia, albo siedzenie w domu, albo jeżdżenie nic innego nie istnieje. W młodości zachwycał się Wojaczkiem. Kiedyś sam zresztą był kandydatem na poetę przeklętego, takiego, który dużo pije i nie żyje długo. To ostatnie nie wyszło – już w 1995 r. pisał: „Żyję dłużej niż  wszyscy młodo zmarli poeci". Gdyby postarał się o odpowiednio szybki koniec, dołączyłby do grona legendarnych i tragicznych – Bursy, Wojaczka, Stachury.

W Krakowie krążą legendy o jego pijaństwie, o  kobietach, awanturach. Były czasy, w których obok Macieja Maleńczuka Świetlicki był najbardziej znanym czarnym charakterem krakowskiej kultury. Kiedy Maleńczuk poszedł do telewizji, Świetlicki – po wydaniu tomów „Schizma" (1994) i „37 wierszy o wódce i papierosach" (1996) –  został gwiazdą literatury. Zapraszano go do telewizji, prowadził program kulturalny „Pegaz”, pracował w radiu.

– Przeżyłem już nie tylko młodo umarłych poetów, ale także takiego Gałczyńskiego, którego uważałem za świętego starca. A on przecież zmarł, jak miał 48 lat, był młodszy niż ja teraz – mówi Świetlicki. – Nie sądziłem, że  kiedyś będę taki stary. Jak miałem 30 lat, czułem się młodszy od moich rówieśników, teraz czuję się od nich dużo starszy. Tak mnie to jakoś dopadło. Przerywa nam ktoś, przypominając, że czytelnicy czekają. –  Panowie, bardzo przepraszam, ale tempus fugit.

– Już? – Świetlicki wstaje. – My tu sobie gawędzimy... Jeden mój znajomy lekarz mówił: „My tu sobie tempus fugit, a czas zapierdala".

Poprawiałem Miłosza

Urodził się 24 grudnia, pięćdziesiąt lat po Miłoszu, tego samego dnia co  Mickiewicz. Na drugie imię rodzice dali mu zresztą Adam. Tak wyposażony Świetlicki pierwsze próby poetyckie podejmował jeszcze w szkole. Potem uciekł z podlubelskiej miejscowości Piaski do Krakowa, przerażony marzeniem swojego ojca, by – tak jak on – został historykiem. W  ogólniaku był w finale olimpiady z języka polskiego, miał wstęp na  studia bez egzaminów.

Wybrał polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim. Wielka historia, która stała się udziałem jego pokolenia, w życiorysie Świetlickiego przebiega mimochodem. Kiedy w 1980 r. na Wybrzeżu podpisywano porozumienia sierpniowe, 19-letni Świetlicki był na  praktykach robotniczych pod Sandomierzem. – Produkowaliśmy tam dżemy i  wina, poznawaliśmy się ze współstudentkami i studentami. Docierały do  nas tylko jakieś strzępy informacji z Polski. Po raz pierwszy wyleciał ze studiów 14 grudnia 1981 r., z powodów zupełnie niepolitycznych – po  prostu nie chciało mu się uczyć.

Zaliczył za to dwa lata wojska. Podczas jednej z podróży na przepustce zatrzymała go milicja – znaleźli przy nim wiersze i posądziwszy młodego poetę o działalność wywrotową, szukali w  nich zaszyfrowanych wiadomości. Po wyjściu z wojska pracował jako magazynier, goniec, sprzątacz, a przez trzy lata w krakowskim Pałacu Sztuki – jako człowiek od wszystkiego. – Byłem sekretarką, księgowym, wszystkim naraz. Poza prezesem byłem jedynym mężczyzną w tej instytucji, więc kobiety wykorzystywały mnie do różnych celów. Ja tam pracowałem, a  nagle stała się wolna Polska. W 1990 r. na krótko związał się z „bru- Lionem" – wygrał konkurs organizowany przez redakcję. Robert Tekieli, redaktor naczelny pisma, zaproponował mu współpracę.

Świetlicki opublikował u niego kilka wierszy, oceniał też poezję nadsyłaną przez czytelników. W 1992 r. wydał debiutancki tom „Zimne kraje" i etykietka „poety bruLionu" przylgnęła do niego na dobre. Współpraca nie trwała jednak długo, Tekieli przeżył nawrócenie –  fascynację New Age zamienił na ortodoksyjny katolicyzm. – Powiedział mi, że jest we mnie szatan, a ja nie współpracuję z ludźmi, którzy widzą we  mnie szatana, bo nie chcę robić im przykrości – opowiada Świetlicki. Do  dziś mówi się o nim jako o przedstawicielu środowiska „bruLionu” – tyle że Świetlicki, wieczny outsider, nie czuje się częścią żadnego środowiska. Pytany o potrzebę przynależności przecząco kręci głową. Za  dużo można stracić. Przez 13 lat pracował w „Tygodniku Powszechnym” jako korektor, ale również w tym środowisku był outsiderem.

– Byłem tam chłopakiem od czytania tekstów. To prawda, kolegowałem się z panią sekretarką czy panem składaczem. Ale jak przychodził Czesław Miłosz, to  za zamkniętymi drzwiami była impreza, a ja w tym czasie poprawiałem błędy w jego wierszach. Nie podejrzewam, żeby jakiemukolwiek środowisku zależało na posiadaniu takiej czarnej owcy jak ja, naprawdę. Nawet w  Krakowie wciąż jestem przybyszem. Akceptują mnie, rozpoznają moją gębę, ale do wspólnego stołu mnie nie dopuszczą. – Dobrze panu z tym? – pytam. – Dobrze. Być czarną owcą to lepiej niż baranem.

Marzę o pisaniu

– Z czym ci się kojarzy Opole? – pyta pro- wadzący spotkanie Irek Grin. Świetlicki wspomina koncert na opolskim festiwalu, na który zaproszono jego zespół. W 1995 r. wokół debiutanckiej płyty Świetlików zrobiło się dużo szumu, młode fanki gromadnie pokochały Świetlickiego, bilety na  koncerty sprzedawały się na pniu.

W TVP rządzili wtedy pampersi, Andrzej Horubała i Maciej Chmiel mieli ambicje – postanowili w skostniałej formule festiwalu zrobić miejsce dla  alternatywy. Na prośbę organizatorów zespół wykonał piosenkę „Nieprzysiadalność", w której refrenie Świetlicki powtarza słowa: „Spierdalaj, gnoju, dziś jestem w nastroju nieprzysiadalnym". Skończyło się skandalem.

– Mama płakała, sąsiadki dzwoniły, w Krakowie oburzenie –  wspomina Świetlicki. Zespołu więcej nie zaproszono. Etykietka buntownika przylgnęła do niego już wcześniej, po publikacji wiersza „Dla Jana Polkowskiego" w 1990 r. Polkowski, wtedy redaktor naczelny konserwatywnego „Czasu Krakowskiego", w latach 80. uznawany był za symbol poety czującego historyczną powinność, zaangażowanego w  opozycję.

Świetlicki wzrusza ramionami: – Do dziś ten tekst istnieje w  podręcznikach jako symbol walki pokoleniowej. A co to była za walka? On był wtedy mistrzem, a ja go zaatakowałem, to wszystko. Jeszcze w 1990 r., kiedy było o nim głośno po aferze z Polkowskim, w wierszu „Polska" pisał: „Wydaje im się, że mają swojego poetę. / A ja odczekuję ironiczną gorzką / chwilę, krzywię się / i triumfalnie zaprzeczam".

Teraz żyje głównie z książek i koncertów. Wyrzucili go z Radia Roxy. I choć uważa się za porządnego radiowca, pracę stracił nie po raz pierwszy. Z  katolickiej rozgłośni w Krakowie wyleciał po donosie słuchaczki.

– Pewna staruszka napisała, że ona do moich audycji nie ma nic, ale wie, że  piszę wiersze, a w tych wierszach straszne świństwa i że ona sobie nie  życzy. Zostałem zwolniony. Na szczęście jego książki wciąż dobrze się sprzedają. Nie przeszkadza mu, że coraz częściej uznaje się go za klasyka, bo twierdzi, że raczej nikt nie postawi mu pomnika. – Na pewno znalazłby się jakiś rozsądny wróg, który by do tego nie dopuścił.

Okładka tygodnika WPROST: 50/2011
Więcej możesz przeczytać w 50/2011 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0