Śmierć za życia - Violetta Villas

Śmierć za życia - Violetta Villas

W Las Vegas i Paryżu była gwiazdą. W socjalistycznej Polsce – nieco kiczowatą artystką w zbyt wystawnych strojach. Po latach kariery Violetta Villas umarła w samotności i nędzy.
Drzwi otworzył kamerdyner w liberii. Do salonu schodziła po schodach, tak wolno, by gość miał czas zachwycić się każdym szczegółem jej wyglądu. Burzą włosów opasanych czerwoną chustą, rzędami korali, minisukienką w biało-czerwoną kratkę, czerwonym pasem, który podkreślał talię. Innym razem była w bieli. Pokazała mu różową sypialnię, potem zeszli do podziemi, gdzie urządziła kaplicę. Zobaczył dwa klęczniki, dwie Biblie i ołtarzyk. Uklękli i się modlili.

Tak dziennikarz Bogdan Gadomski, autor prawie 70 publikacji o Violetcie Villas, zapamiętał swoje pierwsze spotkania z gwiazdą. Był rok 1979. Artystka, którą dekadę wcześniej Amerykanie nazwali „głosem ery atomowej", mieszkała już na  stałe w Polsce, w podwarszawskiej Magdalence. Miała nie tylko kamerdynera i kaplicę, lecz także psy, koty i kozy. Dla podtrzymania urody kąpała się w kozim mleku.

Krytyk muzyczny Bogusław Kaczyński zapamiętał Violettę Villas w bieli. W  sierpniowy dzień prawie 20 lat temu „polska Maria Callas", jak ją nazywano, wysiadła w Krynicy z białego cadillaca w białych rękawiczkach, futrze i futrzanej czapce. Kobiety klękały przed nią i całowały po  rękawiczkach. Niejedna ze szczęścia miała łzy w oczach. Łzy w oczach miała też, choć z innych powodów, piosenkarka Ewa Śnieżanka, gdy ujrzała Villas w lutym tego roku na scenie Wojewódzkiego Domu Kultury w  Kielcach. To miał być koncert nadzwyczajny, jubileuszowy.

Cały tekst Anny Szulc w poniedziałkowym "Wprost"

Czytaj także

Czytaj także