Najdrożsi przyjaciele kobiet

Najdrożsi przyjaciele kobiet

Kiedyś błyszczały na kształtnej piersi Elizabeth Taylor, a teraz jakiś chciwiec z Azji zamknie je w swoim sejfie. Najsłynniejsze klejnoty Hollywood rozpierzchły się po świecie – dla nowych właścicieli będą dobrą polisą ubezpieczeniową od kryzysu.
Salon przy Rockefeller Plaza pęka w szwach. Obsługa dyskretnie donosi krzesła, bo największa sala domu aukcyjnego Christie’s w Nowym Jorku musi pomieścić ponad 400 osób. Biznesmeni, jubilerzy, dziennikarze, artyści oraz dyskretni przedstawiciele tych, którzy nie chcą osobiście przepychać się przez tłum. Na łączach internetowych drugie tyle chętnych z Tokio, Hongkongu, Dubaju, Moskwy, Genewy, Paryża i Londynu. Wreszcie Keith Penton, szef działu biżuterii Christie’s, daje znak do rozpoczęcia licytacji. Światło przygasa, a na ekranie pojawia się Elizabeth Taylor, w białym kostiumie kąpielowym, z ręcznikiem na głowie. Przez telefon uczestniczy w aukcji biżuterii.

 – 120 tys. dolarów. Czy chce pani przebić? – pyta głos w słuchawce. – Tak! – mówi Taylor, zaciąga się papierosem i dodaje z wyrzutem: – Kochanie, wygląda na to, że  najbardziej interesujące rzeczy pójdą dziesięć razy drożej, niż  przewidywano. – Tak to właśnie działa – odpowiada głos. – Jasna cholera! – klnie aktorka.

Filmik z zabawnym epizodem z życia gwiazdy widownia przyjmuje wybuchem śmiechu. Goście Christie’s za chwilę będą kupować bez opamiętania, będą szastać milionami dolarów, by móc mówić: mam w swojej posiadłości „królewskie klejnoty Hollywood".

Perła niewolnika warta 11,8 mln dolarów

Aukcja 80 klejnotów z kolekcji biżuterii należącej do zmarłej w marcu tego roku gwiazdy Hollywood w jeden grudniowy wieczór przyniosła organizatorom prawie116 mln dolarów – cztery raz więcej niż przewidywali eksperci. Dochód z aukcji zasili założoną przez Liz Taylor fundację walczącą z AIDS. 

Słynny pierścionek z ponad 33-karatowym kamieniem o  dość oczywistej nazwie Brylant Elizabeth Taylor, który mąż aktorki Richard Burton w 1968 r. kupił za 300 tys. dolarów, został sprzedany za  prawie 9 mln dolarów.

Za 8,8 mln dolarów poszedł kolejny dowód miłości Richarda Burtona, brylant w kształcie serca, o nazwie Tadż Mahal, niegdyś należący do władcy imperium Wielkich Mogołów Dżahangira, a potem do jego syna Szachdżahana, budowniczego słynnego mauzoleum.

Oszałamiającą cenę 11,8 mln dolarów osiągnął naszyjnik z perłą – La Peregrina. Klejnot zwany jest Pielgrzymem, bo przez stulecia przechodził z rąk do rąk. Znalezionyw XVI w. przez czarnoskórego niewolnika na  karaibskiej wyspie Santa Margarita należał do królowej Marii I Tudor, potem trafił do Habsburgów hiszpańskich, by po 200 latach przejść w ręce cesarza Napoleona Bonapartego. Bratanek cesarza, Napoleon III, sprzedał perłę lordowskiej rodzinie Hamiltonów. W 1969 r. klejnot na licytacji za  marne 37 tys. dolarów nabył… oczywiście Richard Burton. Oddał perłę w  ręce jubilerów Cartiera, a ci po oprawieniu jej w złoto z dodatkiem innych kamieni stworzyli naszyjnik znakomicie nadający się na  walentynkowy prezent dla Elizabeth.

Tylko dla moich oczu

W czyje ręce trafiły klejnoty Hollywood? Marc Porter, szef Christie’s, nie ujawnił nazwiska żadnego z nabywców. Powiedział jedynie, że  transakcje zawarli kupcy z różnych stron świata – od Tokio, przez Dubaj, Moskwę, po Los Angeles. Według nieoficjalnych informacji wśród nabywców jest kilku bardzo dbających o swoją anonimowość azjatyckich miliarderów.

Eksperci zgodnie twierdzą, że rekordowym cenom nie ma się co dziwić – w  końcu kryzys jest najlepszym sprzedawcą diamentów. Zaledwie w połowie listopada jeden z najsłynniejszych diamentów świata Sun Drop (czyli Kropla Słońca – nazwa pochodzi od jego intensywnej żółtej barwy) został sprzedany za 11 mln franków szwajcarskich, czyli około 40 mln zł. Anonimowy nabywca złożył przez telefon ofertę, która zamknęła usta 150 innym osobom licytującym klejnot na aukcji w genewskiej siedzibie Sotheby’s. – Nie dostrzegam żadnego kryzysu. Zgodnie z oczekiwaniami sprzedaliśmy prawie wszystkie wystawione duże diamenty – cieszył się wówczas szef działu biżuterii Sotheby’s na Europę i Bliski Wschód David Bennett, dodając, że oprócz Kropli Słońca pod młotek poszło jeszcze około 500 sztuk biżuterii.

Najcenniejszy jest brylant

– W pył wali się cała dotychczasowa wiedza o tym, co do tej pory było dobrą lokatą pieniędzy. Tanieją nieruchomości, dewaluują się waluty, obligacje rządów są niepewne, a ceny złota wyżyłowane ponad zdrowy rozsądek. W takich czasach właśnie rzadkie i drogocenne kamienie okazują się świetną polisą ubezpieczeniową od kryzysu – mówi Wiktor Karczewski, szef polskiego biura Diamond International Corporation, członka giełdy diamentowej Beurs voor Diamanthandel w Antwerpii. Podaje przykład z  naszego podwórka. Dwa tygodnie temu w warszawskim salonie Diamond International Corporation w ciągu jednego dnia sprzedano diamenty o  wartości ponad 700 tys. zł. – Część z nich zamówiono jako lokatę kapitału, a nie prezent pod choinkę.Coraz częściej zdarza nam się sprzedać diament za milion złotych – dodaje Karczewski.

Klienci firmy to  nie tylko nazwiska z listy 100 najbogatszych Polaków. Jedno- czy  kilkukaratowy diament za 30-80 tys. zł to coraz częstsza pozycja w  portfelu inwestorów, którzy obawiając się krachu, spieniężyli akcje czy  wyczyścili rachunek w euro, a teraz nie chcą pakować wszystkich pieniędzy w złoto bądź lokatę bankową.

Wartość diamentu zależy od czterech cech – od masy (wyrażonej w  karatach, jeden karat to 0,2 g), koloru, czystości i wreszcie od szlifu. Najwięcej są warte kamienie ciężkie, duże, najjaśniejsze, bez wewnętrznych zanieczyszczeń i oszlifowane. Ten ludzki wkład, czyli szlif, jest zdaniem specjalistów najważniejszym elementem, bo może podrasować zanieczyszczony kamień, ale także zepsuć naturalnie czystą bryłę. Spośród kilkunastu klasycznych szlifów nadających diamentowi kształt serca, owalu czy „markiza" (podobny do łódeczki) arcydziełem sztuki jubilerskiej jest szlif brylantowy – surowemu diamentowi nadaje się kształt stożka z co najmniej 58 płaszczyznami (tzw. fasetkami). Tak spreparowany kamień mieni się i błyska, bo odbija ponad 90 proc. padającego nań światła. Tylko taki diament godny jest nosić nazwę brylantu.

Szlifowanie zysku

Ceny diamentów rosną tym szybciej, im większe problemy przeżywa świat finansów i im poważniejsze są giełdowe tąpnięcia. W  ciągu ostatnich 12 miesięcy średnie ceny oszlifowanych diamentów wzrosły o 19,7 proc. Niektóre, szczególnie rzadkie i interesujące rodzaje kamieni, podrożały nawet o 40 proc. Na wyobraźnię inwestorów działa to, że od 1985 r. ceny diamentów – poza krótkimi okresami – praktycznie nie  spadają. Dlatego diamenty nie są już tylko „najlepszymi przyjaciółmi dziewczyn", jak śpiewała o nich Marilyn Monroe. Coraz częściej są brane pod uwagę jako alternatywa dla inwestowania w złoto.

– Nie odkrywa się nowych złóż, zasoby się kurczą, coraz trudniej o duże kamienie o dobrych właściwościach – tak Adam Rączyński, prezes i współwłaściciel firmy Apart, tłumaczy, dlaczego mało prawdopodobny jest spadek ceny diamentów. Rynkiem trzęsą dwa koncerny – południowoafrykański De Beers i rosyjska Alrosa. Mają najwięcej kopalń i wspólnie dostarczają na rynek aż 80 proc. diamentów (ponad 20 ton rocznie). Nic więc dziwnego, że są w stanie dyktować ceny. Kiedy w 2009 r. De Beers musiał spłacić ponad 300 mln dolarów kredytu, właściciel firmy Nicky Oppenheimer po prostu wstrzymał wydobycie i ze sprzedażą zgromadzonych już w magazynach kamieni poczekał, aż ceny poszły w górę.

Kolejne ogniwo w diamentowym biznesie stanowi garstka firm kupująca „rough", czyli nieoszlifowane kamienie. Szlifują one surowiec i sprzedają diamenty zawodowym handlarzom albo producentom biżuterii.

Mistrzem diamentowych inwestycji jest 72-letni jubiler z Londynu Laurence Graff. Na kupowaniu kamieni, ich szlifowaniu oraz oprawianiu w złoto dorobił się ponad miliarda funtów i przydomka King of Bling (w wolnym tłumaczeniu „król błyskotek"). Wśród klientów Graffa są sułtan Brunei i jego małżonka, książę nieruchomości z Nowego Jorku Donald Trump czy informatyczny cesarz Larry Ellison z Oracle. Najnowszą inwestycją Graffa jest najdroższy na świecie różowy diament, za który zapłacił anonimowemu sprzedawcy 45,3 mln dolarów. Ów anonim zarobił na  diamencie dokładnie kwotę przed przecinkiem – jak ustalili dziennikarze, kupił diament za 300 tys. dol. w nowojorskim sklepie innego sławnego jubilera Harry’ego Winstona. Tyle że było to… prawie pół wieku temu.

Diamentowy krawiec

Najtańsze dostępne w Polsce wyroby jubilerskie z diamentami to  pierścionki i zawieszki od 2 tys. zł wzwyż. Ale Adam Rączyński z Apartu wierzy, że Polacy będą kupować coraz droższe błyskotki. Takie jak złota kolia z diamentami i szafirami za 160 tys. zł. Twierdzi, że już sprzedał kilka egzemplarzy tego cacka. Choć przyznaje, że do największych transakcji i tak dochodzi w domu klienta, to jednak otworzył niedawno w  centrum Warszawy dyskretny showroom, z dala od zgiełku centrów handlowych, w którym zainteresowani w spokoju mogą podjąć decyzję o  zainwestowaniu kilkuset tysięcy złotych. Na przykład o kupnie naszyjnika za pół miliona złotych, którego nabywca zastrzegł, że sfinalizuje transakcję, pod warunkiem że zamówione z katalogu rubiny rzeczywiście będą miały „szlachetną barwę gołębiej krwi".

Dla takich klientów Apart sprowadził do Polski jednego z diamentowych cesarzy – markę Harry Winston. Nieżyjący już Harry Winston był na rynku diamentówkimś takim, jak Steve Jobs na rynku gadżetów elektronicznych. Stworzył (czyli wymyślił, jak ładnie oszlifować) 75 diamentów o masie przekraczającej 30 karatów, w tym najcenniejsze na świecie: Lesotho, Gwiazda Sierra Leone czy Gwiazda Niepodległości. Spod jego ręki wyszło kilka klejnotów noszonych przez największe amerykańskie gwiazdy show- -biznesu – oprócz Liz Taylor także Gwyneth Paltrow czy Jennifer Lopez.

Ostatnio do tego grona dołączyła Anja Rubik, która podczas inauguracji diamentowej kolekcji Apartu nosiła zegarek Harry Winston wysadzany tysiącem diamentów za – bagatela – 1,2 mln zł. Czy jej się spodobał? – Jestem przyzwyczajona do luksusu – mówi najbardziej znana polska modelka. – Gdy zobaczyłam ten zegarek, pomyślałam, że musi być drogi. Ale gdy dowiedziałam się, ile jest wart, to oniemiałam. To najcenniejszy „diamentowy" wyrób w Polsce. Poza nim mamy jeszcze dwa „bezcenne” –  czarny diament w złotej puszce św. Stanisława z 1504 r., przechowywanej w skarbcu katedry na Wawelu oraz bezbarwny diament w koronie monstrancji Jana Kazimierza z 1672 r. Ma on 10 karatów i znajduje się w skarbcu klasztoru zakonu paulinów na Jasnej Górze.

Okładka tygodnika WPROST: 51-52/2011
Więcej możesz przeczytać w 51-52/2011 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0