Królestwo nepotyzmu na gruzach komunizmu

Królestwo nepotyzmu na gruzach komunizmu

Na gruzach sowieckiego komunizmu powstało rosyjskie królestwo nepotyzmu – sfrustrowane i gnijące. Elity, które ograbiły kraj ogromny i zasobny, są za to tak wdzięczne Putinowi, że chcą jego powrotu na Kreml na kolejne 12 lat. Ale wygląda na to, że życie zaczyna rewidować ten scenariusz.
Władysław Surkow, nieoficjalny impresario Władimira Putina i główny socjotechnik Kremla, widzi sytuację kraju w jasnych barwach. Twierdzi, że Putina „w trudnym momencie historii zesłał Rosji sam Bóg". Prawda jest jednak taka, że zesłaniec Boga grzeje się w cieple wysokich cen surowców energetycznych – zwłaszcza ropy.

Ropa to błogosławieństwo i  przekleństwo Rosji. Błogosławieństwo dla autokratów, a przekleństwo dla  demokracji i reform. Od 1973 r., kiedy to OPEC podniosła cenę ropy z 3  dolarów do 12 za baryłkę, droga ropa jest kamizelką ratunkową niewydolnego mocarstwa. W 1979 r. w następstwie rewolucji w Iranie i  spadku wydobycia w Arabii Saudyjskiej cena za baryłkę ropy naftowej podwoiła się i wynosiła 24 dolary. Leonid Breżniew uznał wtedy, że może sobie pozwolić na najechanie na Afganistan.

Gdy na początku lat 80. Saddam Husajn rozpoczął przewlekłą wojnę z Iranem, cena wzrosła do 36  dolarów. Potem jednak fortuna zaczęła się od Moskwy odwracać: wkrótce po  dojściu Gorbaczowa do władzy w 1985 r. kraje OPEC zaczęły tracić klientów na rzecz tańszej ropy z Morza Północnego. Aż do upadku komunizmu cena ropy nie przekroczyła 20 dolarów za baryłkę. Rosja Jelcyna stanęła na skraju bankructwa. Za to szczęście uśmiechnęło się do  Putina. Gdy ropa podrożała, Putin zhardział. Kontrola nad kurkiem zastąpiła rakiety jądrowe i dywizje pancerne jako źródło prestiżu kraju, a jednocześnie strachu sąsiadów.

Na fundamencie korupcji

Dziesięć lat temu ekonomiści z banku inwestycyjnego Goldman Sachs ukuli zgrabny termin BRIC od pierwszych liter nazw państw: Brazylia, Rosja, Indie i Chiny. Pasowało im to do akronimu, bo BRIC brzmi jak „brick", czyli po angielsku cegła – cegła gmachu przyszłości świata. Kraje BRIC to – w ocenie speców z Goldmana – przyszłe potęgi gospodarcze. 

Rosja bardzo lubi, gdy się ją wymienia jednym tchem z pozostałą trójką. Tyle że nie ma z nią wiele wspólnego. Ani Chinom, ani Indiom, ani Brazylii w  dającej się przewidzieć przyszłości nie zabraknie ludzi, podczas gdy Rosja demograficznie się kurczy. Gdy Chiny, Indie i Brazylia w  szaleńczym tempie się modernizują, Rosja doi swą ziemię z surowców. Chiny budują w tydzień więcej dróg niż Rosja w ciągu roku. Podstawowy wskaźnik wartości gospodarki, czyli produkt krajowy brutto (PKB), Rosji jest dziś czterokrotnie mniejszy niż Chin, a według prognoz Citibanku w  2040 r. będzie przeszło dziesięciokrotnie mniejszy. Krytycy współczesnej Rosji źródeł deformacji, autorytaryzmu i rozmaitych klęsk dopatrują się głównie w dominacji oddanych Putinowi struktur siłowych, spuścizny po  KGB. To w sumie optymistyczna diagnoza, bo gdyby tak rzeczywiście było, to problem załatwiłaby biologia.

Jest znacznie gorzej. Podstawę mechanizmu funkcjonowania państwa stanowi w Rosji korupcja. Zdaniem Władysława Inoziemcewa, profesora ekonomii i dyrektora Centrum Badań nad Społeczeństwem Postindustrialnym, wydawcy i redaktora naczelnego magazynu „Swobodnaja Mysl", Rosja znajduje się w stadium neofeudalizmu. Rozwój kraju zatrzymany został na etapie feudalizmu przez rewolucję oraz  komunizm i po upadku ZSRR ta zamrożona forma ustrojowa odtajała. Na  każdym szczeblu hierarchii odpowiedni stopień korupcji jest nie tylko tolerowany, ale też wręcz oczekiwany jako element lojalności i część przywileju należnego władzy.

Kariera Putina, który ledwie dosłużył się rangi podpułkownika w czasach sowieckich, a potem stał się sławny tylko dzięki swym korupcyjnym interesom w radzie miejskiej St. Petersburga, stała się w następnej dekadzie modelowa. Setki niesprawnych biurokratów rekrutują ludzi jeszcze gorzej od siebie kwalifikowanych na kluczowe stanowiska w centralnej administracji państwa, ciesząc się, że miernota nie stanowi dla nich wyzwania. Inoziemcew daje przykłady tej negatywnej selekcji. Siergiej Iwanow, zawodowy szpieg wysłany do Londynu w 1981 r., po kilku latach został przeniesiony do Finlandii. Nie był to bynajmniej awans. Potem znalazł się w Kenii, gdzie jego działalność doprowadziła do  kompletnej klapy Sowietów we wschodniej Afryce. I oto ten człowiek w  1998 r. został zastępcą Putina w Federalnej Służbie Bezpieczeństwa, w  2001 r. ministrem obrony, dziś zaś jest pierwszym wicepremierem.

Borys Gryzłow zasłynął z wynalezienia filtrów, które miały jakoby oczyszczać wodę ze wszystkiego, łącznie z cząstkami radioaktywnymi, jednak badania Rosyjskiej Akademii Nauk obaliły te twierdzenia. W 2001 r. został ministrem spraw wewnętrznych, a w 2003 r. „wybrano" go na przewodniczącego Dumy. Błysnął tam stwierdzeniem, że  izba niższa rosyjskiego parlamentu nie jest „właściwym miejscem do  debatowania”. Wreszcie obecny minister obrony Anatolij Sierdiukow był dyrektorem sklepu meblowego i – jak pisze Inoziemcew – z trudem odróżnia niszczyciela od barki. Za to – tak jak inni podobni mu biurokraci –  próbuje przykryć ignorancję tytułami naukowymi nabytymi w trakcie sprawowania urzędu. Dyplom ekonomisty zdobył drogą korespondencyjną w  1994 r., tytuł doktora w 2000 r. i wreszcie tytuł profesorski w 2006, kiedy to piastował stanowisko rosyjskiego ministra do spraw podatków. Dzisiejsza elita polityczna Rosji jest, zdaniem Inoziemcewa, dramatycznie mniej kompetentna niż klasa biurokratów okresu sowieckiego.

Dynastie władzy

Tej „deprofesjonalizacji" towarzyszył ogromny napływ gotówki do  rosyjskiej gospodarki, głównie z powodu wzrostu cen ropy. Przychody budżetu federalnego skoczyły z 1,2 bln rubli w 2001 r. do 8,2 bln w 2008  r. Czołowy rosyjski ekspert do spraw korupcji Gieorgij Satarow szacuje, że o ile jeszcze na początku rządów Putina co roku w rosyjskiej gospodarce z rąk do rąk przechodziły łapówki o wartości ok. 33 mld dolarów, to dziś ich łączna wartość sięga nawet 400 mld!

Tak dużych pieniędzy nie powierza się obcym. Nic więc dziwnego, że całe rodziny penetrują sektor rządowy. Wspomniany Sierdiukow był ministrem obrony w  rządzie kierowanym przez swojego teścia Wiktora Zubkowa (Zubkow był wcześniej szefem inspekcji podatkowej w Petersburgu, a od 2001 r. kierował Federalną Służbą Monitoringu Finansowego, czyli wywiadem finansowym). Obecna minister zdrowia i spraw socjalnych Tatiana Golikowa (wchodziła w skład specjalnej rosyjskiej komisji rządowej do zbadania przyczyn katastrofy pod Smoleńskiem) jest żoną ministra przemysłu Wiktora Christienki.

Powstały całe dynastie – i to na wszystkich szczeblach władzy. Dmitrij Patruszew, najstarszy syn Nikołaja Patruszewa, szefa FSB w okresie 1999-2008, w maju 2010 r., w wieku 32  lat został mianowany na prezesa państwowego banku Rosselchozbank, czwartego co do wielkości w Rosji. Nawiasem mówiąc, jego brat Aleksander był głównym doradcą Igora Sieczina, gdy obecny wicepremier stał na czele państwowego giganta naftowego koncernu Rosnieft. Z kolei wiceprezesem kontrolowanego przez państwo rosyjskiego Wniesztorgbanku (VTB), jednego z największych banków Rosji specjalizującego się w obsłudze handlu zagranicznego, został w wieku 36 lat Denis Bortnikow, syn Aleksandra Bortnikowa, obecnego szefa FSB. 37-letni Siergiej Matwijenko, syn Walentyny Matwijenko, która jest gubernatorem St. Petersburga, jest dziś szefem VTB Development, zajmującej się nieruchomościami fili banku i jednym z najmłodszych w Rosji miliarderów. Syn wspominanego wcześniej wicepremiera Siergieja Iwanowa w wieku 25 lat został wiceprezydentem Gazprombanku, finansowej gałęzi Gazpromu. Dzisiejsza Rosja to kraj, w którym polityka jest po prostu jeszcze jednym biznesem. Najważniejszym celem elity jest zachowanie systemu, który umożliwia niekompetentnym kontrolę nad bogactwem kraju

Łapówkarskie kariery

Ważną rezerwę kadrową dla elity stanowią rozmnożone za Putina organy ścigania. Dziś około 1,1 mln żołnierzy służy Ministerstwu Spraw Wewnętrznych, ponad 300 tys. zatrudnia Federalne Biuro Bezpieczeństwa (dawne KGB), około 200 tys. pracuje w organach prokuratury i dodatkowe 150 tys. w różnych komitetach śledczych. Podobnie wielu służy w policji podatkowej i ponad 100 tys. w Komitecie Ceł i Federalnej Służbie Migracji. Jeśli dodać do tego 1,2 mln żołnierzy służby czynnej i 200  tys. zawodowych oficerów, to okazuje się, że blisko 12 proc. aktywnej męskiej siły roboczej kraju (około 3,4 mln ludzi) zatrudnionych jest czy też służy w organizacjach, które charakteryzuje niekwestionowane posłuszeństwo i głęboko zakorzeniona korupcja.

Tymczasem mniej niż 10  proc. przestępstw gospodarczych znajduje swój sądowy epilog. To oznacza, że wiele z nich zostaje polubownie rozwiązanych między organami ścigania i biznesmenami. Według danych przygotowanych w zeszłym roku przez komitet Czistyje Ruki (Czyste Ręce), które cytuję za Sławomirem Popowskim, wieloletnim korespondentem polskiej prasy w ZSRR i Rosji, za  najbardziej skorumpowane uważa się sądownictwo oraz jednostki tzw. struktur siłowych. Funkcjonariusze tych służb, jak podano w raporcie „Korupcja 2010", z łapówek zgarniają miesięcznie nawet po 20 tys. dolarów. Nieźle też powodzi się prokuratorom – ich średnie dochody z  łapówek to równowartość ok. 10 tys. dolarów. Korupcyjny plebs, do  którego zaliczają się zwykli milicjanci, dorabia sobie tym sposobem co  miesiąc około 2 tys. dolarów. Przeciętna łapówka policjanta drogówki wynosi dziś około 2 tys. rubli, czyli 70 dolarów. Nic dziwnego, że  chętni do zdobycia tak atrakcyjnej posady gotowi są za to płacić do 50  tys. dolarów, nawet w miastach prowincjonalnych.

Polityka jako biznes

Zgodnie z zasadą, że najlepiej łowić ryby w mętnej wodzie, państwowej korupcji towarzyszy rozbudowana działalność legislacyjna. Rosyjska Duma uchwala rocznie blisko 400 nowych praw, sześć razy tyle co Kongres USA. Niektóre służą tylko temu, aby zniszczyć określony biznes. Dzisiejsza Rosja jest bowiem krajem, w którym polityka jest po prostu jeszcze jednym biznesem. Najważniejszym celem elity jest zachowanie systemu, który umożliwia niekompetentnym kontrolę nad bogactwem kraju.

Co dalej? Pesymiści uważają, że alternatywą dla Putina, który już za kilka miesięcy chce wrócić z obecnego stanowiska premiera na fotel prezydencki, są siły politycznie jeszcze gorsze – komuniści albo wręcz faszyści, z pomysłem na większy zamordyzm i może mniejszą korupcję, ale  z pewnością bez pomysłu na sprawną gospodarkę. Twierdzą także, że – inaczej, niż to było w końcowych latach istnienia ZSRR – wielkie zastępy społeczeństwa chcą dziś znaleźć swoje miejsce w systemie, a nie stać w  opozycji wobec niego. Optymiści z kolei wierzą, że właśnie kiełkują nasiona sprzeciwu, że demonstracje, jakie miały do jakich doszło po  ostatnich wyborach do Dumy, to znak, że Rosja wchodzi w fazę budowania społeczeństwa obywatelskiego.

Po blisko 20 latach starań Rosja lada dzień ma się stać członkiem Światowej Organizacji Handlu (WTO). Kreml liczy na to, że będzie to silny impuls do dopływu kapitału niezbędnego dla modernizacji, jak to się stało w przypadku Chin. Samo członkostwo zwiększa bowiem wiarygodność kraju. Ale ostatecznie zadecyduje to, czy zmienią się metody sterowania gospodarką, czy korupcja na gigantyczną skalę nieco przywiędnie – bo myśl o jej eliminacji w rosyjskich warunkach wydaje się mrzonką – i czy reguły gry staną się odrobinę bardziej przejrzyste i przewidywalne.

Okładka tygodnika WPROST: 51-52/2011
Więcej możesz przeczytać w 51-52/2011 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 2
  • sadza IP
    Brazylia, Rosja, Indie i Chiny: brachu rób i cierp
    • [email protected] IP
      Nie czekaj! Nie jadł jeden, a Polska nie jest jednym, że możemy jeść i nie zadławić. Curb ambicji. Wyglądasz jak dyskusja, która próbuje sikać na pomnik.

      Czytaj także