Leczenie strachem

Leczenie strachem

Dwa tysiące leków staniało﹐ A chorzy płacą w aptekach więcej niż wcześniej﹒ Lekarze boją się, że zapłacą kary, jeśli źle wypiszą receptę. A farmaceuci – że nikt im nie odda za leki, które wydadzą ze zniżką . Zapowiedź premiera, że sporne przepisy ustawy refundacyjnej zostaną zawieszone, nikogo nie uspokoiła.
SCENA I Lekarka rodzinna: Joanna Zbielska-Cieciuch Miejsce: Białystok Rekwizyt: różowa pieczątka z czerwonym tuszem „Refundacja leku do decyzji NFZ"

Dopóki nie zostanie zmieniona ustawa refundacyjna, będę się zabezpieczać pieczątką. To jedyny sposób na pozbycie się odpowiedzialności za coś, za co nie mogę być odpowiedzialna. Czy pacjent, któremu wypisałam lek, płaci składkę zdrowotną, jest ubezpieczony? – jak ja mam to sprawdzić?

W każdej chwili ktoś mi może zarzucić, że popełniłam błąd. A wtedy kara. Przyszła do mnie pacjentka z legitymacją emeryta, powinno wystarczyć. Ale dzwonię na wszelki wypadek do NFZ. Mówią, że nie ma jej w centralnym wykazie ubezpieczonych. Trzeba śledztwa, żeby ustalić, że kobieta, przechodząc na emeryturę, została jako pracownik skreślona z listy ubezpieczonych, a jako emerytki jeszcze jej na listę nie wpisano. Jeśli przyjmę i wypiszę receptę komuś, kto został z wielomiesięcznym opóźnieniem zarejestrowany albo wyrejestrowany, to jak się wybronię?

W ubiegłym roku wydałam ponad 4 tys. recept na leki refundowane. W przychodni mam wszystko tak poukładane, że pacjent jest umawiany na konkretną godzinę, nie czeka. Mam dla niego 15 minut. I to jest czas na badanie, leczenie, a nie detektywistyczne ustalanie: czy pan jest ubezpieczony, czy uprawniony, do jakiego poziomu refundacji? Bo są cztery poziomy: leki bezpłatne, ryczałt, 30 proc., 50 proc. Lista leków ma 2,7 tys. pozycji, ale za chwilę może się zmienić – ministerstwo ogłosiło pierwszą listę 23 grudnia, a zmiany do niej były już 29 grudnia. Jak ma to wszystko śledzić lekarz, który nie ma w gabinecie komputera z dostępem do sieci, tylko długopis?

Na okrągło straszy się nas karami. Kiedyś koleżanka na przykład wypisała receptę, ale zapomniała odnotować to w karcie – była kontrola, musiała oddać 300 zł za lek plus 5 tys. zł kary umownej. Innej lekarce, jak słyszałam, kazano oddać aż 140 tys. zł. Ja nie mogę ryzykować, mam dzieci.

SCENA II Pacjent: Grzegorz Perzyński, anglista, politolog Miejsce: Gdańsk

Zadzwoniła do mnie znajoma farmaceutka. Mówi, że widziała listę leków refundowanych i że cellcept, który bierze mój brat, wyleciał z listy, a advagraf, który ja biorę, zamiast 3 zł i 20 gr będzie kosztować 236 zł. Mój brat jest po przeszczepie nerki, ja po przeszczepie wątroby. Aby żyć, musimy brać leki immunosupresyjne, które zapobiegają odrzutom, więc słucham, co ona mówi i myślę: to koniec. Jak ktoś mógł nam coś takiego zrobić?

Dla ludzi po przeszczepach sporym wydatkiem jest już sam wyjazd do lekarza na kontrolę – mieszkam w Gdańsku, a dojeżdżać muszę do Instytutu Transplantologii w Warszawie. Nie wyobrażam sobie rencisty, który mając 700 zł, udźwignie zakup leku i jeszcze będzie miał na bilet, żeby dojechać do lekarza. Byłem kiedyś na rencie, wiem, jak jest. Okazało się, że dorabiając do renty, powinienem był płacić pełną składkę ZUS. Muszę ją teraz oddawać z odsetkami. Mam więc potężne długi, a na to jeszcze taki skok ceny leku, bez uprzedzenia, bo po co głupiemu pacjentowi coś komunikować. To jakaś skaza po PRL: nie mówić, niech ludzie żyją w niepewności.

Ilu ludzi grzebało w Wigilię w karpiu, nie mając pojęcia, co ich czeka po Nowym Roku? Do 29 grudnia żyłem nadzieją, że lista leków zostanie zmieniona. I faktycznie, były zmiany. Lek, który musi brać mój brat, został przywrócony. Ale sprawdzam, czy ten, który ja biorę, też znów będzie tani. Niestety. I gdy wszyscy już myślą o sylwestrze, to ja o tym, jak zdobyć trochę leku, jeszcze zanim zdrożeje. Jechać po receptę do stolicy? Nie zdążę. Zostaje mi miejscowa przychodnia. Tyle że jest kolejka, nie mam szans. Ale poznaje mnie pielęgniarka, okazuje się, że była moją uczennicą, negocjuje z lekarką. Niestety, nie ma pełnej historii mojej choroby, odmawia wypisania recepty.

Dzwonię do instytutu w Warszawie z pytaniem, co robić. Mojego lekarza już nie ma, a czas goni. Jest dyżurny, ale nie chce pomóc. Jeszcze raz dzwonię, proszę na recepcji, niechże ktoś okaże się człowiekiem i przefaksuje dokumentację do przychodni w Gdańsku. I tu problem. W gabinecie lekarka oczywiście faksu nie ma, jest w administracji. Biegnę, ale tam jest już tylko pani sprzątaczka, bo wszyscy inni poszli do domu. Sprzątaczka wie, gdzie stoi faks, ale nie zna numeru. Mówi mi, że księgowa chyba została dłużej, może ona wie? Szukam pani księgowej. Jest, zna numer. Dzwonię ponownie do Warszawy. I jeszcze raz biegnę do pani sprzątaczki, żeby otworzyła pokój, w którym stoi faks, bo inaczej nie odbiorę dokumentów. Z nimi jeszcze raz do pielęgniarki, pielęgniarka do lekarki i dzięki temu mam na razie leki. Pacjentom po przeszczepie nakazuje się żyć bez stresu. Bo stres zwiększa ryzyko odrzutu. Tymczasem minister Arłukowicz mówi, że to wszystko dla mojego dobra. Kreuje się na Robin Hooda, który zabiera obrzydliwie bogatym firmom farmaceutycznym, a daje chorym i biednym. Muszę znosić tę obłudę i to, że nie będzie leków, ale będzie Euro 2012.

Tylko co z moim życiem? Ja mam je darowane w 2002 r., olbrzymim kosztem. Miałem wtedy 28 lat, niewydolność wątroby taką, że z Gdańska trzeba mnie było transportować śmigłowcem do Warszawy, stan ostry, w zasadzie beznadziejny. Naprawdę byłem cieniutki, nie trzymałem większości życiowych parametrów. Odkąd wybudziłem się po operacji, mówię o sobie Grzegorz Drugi. Nie ma żadnej przesady w określeniu „drugie życie". Przecież zanim znalazł się dawca, miałem już tak wyniszczony organizm, że się nie ruszałem. Zdążyłem zapomnieć, jak to jest samemu jeść, podnieść głowę, usiąść o własnych siłach. A wstać z łóżka? Chodzić? To wymagało długiej rehabilitacji.

Lek, który teraz biorę, sprawia, że mógłbym zapomnieć o chorobie. Mam fantastyczną wydolność, przygotowuję się do startu w triatlonie, na dystansie olimpijskim: 1,5 tys. metrów pływania, 40 kilometrów rowerem, 10 kilometrów biegiem. A teraz stawia się mnie pod ścianą. Albo będę płacić i żyć, jak dotąd, albo… nie wiem. Mój lek nie ma tańszego odpowiednika.

SCENA III Farmaceutka: Aleksandra Golecka-Kuźniak Miejsce: Sopot, apteka Gemini Wydajemy pacjentom leki, choć nie mamy jeszcze umowy z NFZ.

Z tego, co wiem, mają je tylko nieliczne apteki. Obiecuje się nam, że zostaną podpisane do 15 stycznia, ale ze wsteczną datą. Tak oto proponuje się nam łamanie przepisów. Przez pół miesiąca mamy wydawać leki na podstawie ustnego zapewnienia, że umowa będzie podpisana i dostaniemy zwrot pieniędzy. Od Wigilii nie śpię dobrze. Najpierw sprawdzanie, co wypadło z listy leków refundowanych. Widać, że była robiona na kolanie, są literówki w nazwach. Później w aptece kolejki, ludzie spanikowani, kupują leki na zapas. Nawet krople walerianowe. Atmosfera koszmarna, nerwy. Z jednej strony zaskoczeni pacjenci, z drugiej my zaskoczeni, bo jeśli lek wypadł z listy, to wiadomo, że nie będzie chętnych, żeby za niego płacić 100 proc., może nam zostać na półce, aż się przeterminuje.

Aby móc od Nowego Roku wydawać leki na zniżki, trzeba było złożyć wniosek z toną dokumentów: koncesją, szczegółowymi informacjami o właścicielu apteki, kierowniku, historię zawodową każdego z pracowników, w tym dyplomy i miejsca, w których odbywało się praktykę zawodową. Wigilię spędzam więc, siedząc w papierach.

Sylwester? Nie, nikt z nas się nie bawił, siedzieliśmy w aptece. Najpierw obsługiwanie pacjentów, nie zamykaliśmy aż do ostatniego. Oni wszyscy zdenerwowani, bo na przykład ktoś z astmą dotąd za lek płacił 3,20 zł, a zgodnie z nowymi zapisami musi płacić 70. Insulina też droższa – za tę nowoczesną płaciło się 10-20 zł, teraz 43. Dwukrotnie wzrosła cena mleka dla dzieci, które nie tolerują laktozy. Żal ludzi, strasznie dostali w kość. Ale my, aptekarze, też nie mamy różowo. W Nowy Rok, oczywiście, praca w aptece, na osiem par rąk, trzeba było się przygotować do nowych limitów, odpłatności. Jeśli coś przeoczymy, zapłacimy kary umowne – mogą sięgać od kilkudziesięciu do kilkuset tysięcy złotych. Niedopuszczalne jest na przykład przyjęcie recepty, na której nie ma nazwy, adresu lub numeru REGON drukarni, w której lekarz zamówił druczki.

A jeśli sam wydrukuje receptę, koniecznie musi być dopisek: „wydruk własny". Składając wniosek o zawarcie umowy z NFZ, wielu absurdalnych wymagań dotyczących realizacji recept nie znaliśmy, bo jeszcze nie było rozporządzenia w tej sprawie. Najpierw więc musieliśmy zobowiązać się, że będziemy – pod groźbą kary – przestrzegać przepisów, a dopiero później nam się te przepisy pokazało. Nie wiem, dokąd dojdziemy, idąc za Ministerstwem Zdrowia po omacku. Ale kiedy wracam do domu, minister Arłukowicz jest już, jak zwykle, w telewizji i stamtąd zapewnia, że jest pięknie.

SCENA IV Urzędniczka: Małgorzata Koszur, rzeczniczka zachodniopomorskiego oddziału NFZ Miejsce: Szczecin

Gdy czytam, że w aptekach jest horror, to myślę, że taka jest poetyka dziennikarskiego przekazu. Samolot, który leci, to żaden temat. Dlatego w mediach tak mało o tym, co w polskim systemie ochrony zdrowia dobrze funkcjonuje. Dopiero jak się znajdzie słaby punkt, jest sensacja. Nie zgadzam się z tym, co czytam w gazetach, że nowa ustawa refundacyjna wprowadziła chaos – to nie ustawa jako taka, tylko niezgoda środowiska lekarskiego na pewne jej zapisy.

W naszych aptekach recepty są w większości refundowane, ale dla dziennikarzy ważniejsze jest to, co nie działa, i temu poświęcają uwagę. Wiem, że NFZ jest teraz chłopcem do bicia, jawimy się jako bezduszni urzędnicy, choć przecież staramy się tylko jak najlepiej realizować przepisy.

Nawet nie mamy czasu frustrować się tym, jak jesteśmy postrzegani, bo jest nas mało, a pracy dużo. Wstaję ok. 5.50, czasem nawet trochę wcześniej, od razu włączam radio, żeby być na bieżąco. Po siódmej ruszam do biura i nie wychodzę przed wieczorem. Przez cały dzień odbieram mnóstwo telefonów z pytaniami od dziennikarzy, piszę informacje. Dzisiaj na przykład skontaktowała się ze mną dziennikarka lokalnej gazety, ponieważ jednej z pacjentek nie wydano w aptece leku refundowanego.

Farmaceutka tłumaczyła, że pieczątka lekarza i jego podpis na recepcie nie mieszczą się w przeznaczonej do tego rubryczce. Poprosiłam o przysłanie mi skanu recepty. Okazało się, że rzeczywiście zamaszysty podpis lekarza o milimetr wystaje za ramkę. Farmaceutka odmawiając wydania leku, założyła, że NFZ tę receptę zakwestionuje.

To szkodliwa nadinterpretacja – powiedziałam tej dziennikarce. W sylwestra wyszłam z pracy po 21, bo do ostatniej chwili podpisywaliśmy umowy z aptekami – ponad 500 złożyło wnioski i z wszystkimi umowy zostały już zawarte. Zdążyłam na zabawę sylwestrową, bawiliśmy się z mężem u znajomych. Nie rozmawialiśmy o refundacji ani o aptekach – jak najdalej od spraw zawodowych. W nowym roku wróciłam do pracy, spodziewając się, że będzie tak samo jak zawsze, czyli po prostu ciężko.

EPILOG

Firma IMS Health (specjalizuje się w badaniu rynku farmaceutycznego) wyliczyła, że choć po wprowadzeniu nowej listy ceny 2 tys. leków spadły, a tylko 636 wzrosły, to jednak zdrożały głównie leki na najbardziej powszechne choroby, więc w sumie chorzy zapłacą więcej niż dotychczas – o 302 mln zł. Za to NFZ zaoszczędzi 738 mln zł.

Okładka tygodnika WPROST: 2/2012
Więcej możesz przeczytać w 2/2012 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Czytaj także