Sortujący Holender

Sortujący Holender

Od 15 stycznia polscy szczypiorniści będą walczyć o mistrzostwo Europy. Mają spore szanse na medal! A to dzięki pewnemu holenderskiemu biznesmenowi… z Kielc.
Pogadamy jeszcze o tym – Bertus Servaas kończy rozmowę telefoniczną z  Bogdanem Wentą, trenerem szczypiornistów z drużyny Vive Targi Kielce, i  tłumaczy: – Bogdan to mózg, on o wszystkim decyduje.

– A pan? Prezes i  sponsor klubu musi przecież mieć głos…

– Bogdan rządzi, a ja dobrze wychodzę na zdjęciach – odpowiada Servaas.

To chyba przesadna skromność. Odkąd w 2002 r. Servaas przejął kielecką drużynę piłki ręcznej, zdążyła ona trzykrotnie zdobyć mistrzostwo Polski, sześciokrotnie Puchar Polski, dostać się do jednej ósmej finału Ligi Mistrzów i stać się fundamentem składu polskiej reprezentacji narodowej.

Na mistrzostwa Europy, które rozpoczynają się 15 stycznia w Serbii, wyjedzie aż siedmiu zawodników ze  składu Vive Targi, a także trener Bogdan Wenta. Wcześniej takie sukcesy w Kielcach były nie do pomyślenia. Stały się możliwe dzięki pieniądzom zainwestowanym w zespół przez Servaasa.

Śmierć i zgliszcza

Zamieszkały w Kielcach Holender dorobił się majątku na importowaniu, sortowaniu i eksportowaniu odzieży używanej – jego firmy, m.in. Vive Textile Recycling, dają mu ok. 200 mln zł przychodów rocznie i stawiają go w szeregu najbogatszych mieszkańców miasta, obok inwestora giełdowego Michała Sołowowa i właściciela firmy Kolporter Krzysztofa Klickiego. Pierwsza polska firma Servaasa nie powstała jednak w Kielcach, ale w  podkieleckiej wsi Górki Szczukowskie.

W 1991 r. wraz ze wspólnikiem kupił 25 proc. udziałów mieszczącej się tam niewielkiej hurtowni odzieży. Od razu na początku pobytu w Polsce wspólnik zginął w wypadku samochodowym. – Straciłem wieloletniego przyjaciela. Było naprawdę ciężko, ale skoro już tu byłem, to nie mogłem się poddać – mówi Holender.

Latami rozwijał firmę. Zatrudniał już 400 osób. Aż w nocy z 7 na 8 października 2002 r. Górki Szczukowskie rozświetliła łuna pożaru. Servaas był akurat w drodze do Holandii. Z wiadomością zadzwonili współpracownicy. Zawrócił.

– W nocy nie było widać ogromu zniszczeń. Miałem nadzieję, że rano wstanę i zobaczę, że nie wszystko poszło z  dymem. Poszedłem z samego rana. Zastałem zgliszcza – wspomina. Przetrwał dzięki pomocy znajomych biznesmenów z Klubu Stu zrzeszającego firmy z  Kielecczyzny i promującego rozwój regionu oraz współpracowników z Vive Textile. Firma wkrótce podwoiła obroty osiągane przed pożarem.

Nostalgia się sprzedaje

Dziś siedziba firmy Servaasa mieści się w Kielcach, w starych odrapanych pofabrycznych halach, które kiedyś należały do zakładów Chemaru. Serce Vive Textile – sortownia – znajduje się w największym budynku. Co  kilkanaście minut wwożona jest kolejna partia worków z importowaną (głównie z Niemiec i Holandii) używaną odzieżą.

Dziennie przez sortownię przechodzi 260 ton materiału importowanego po 15-50 eurocentów za  kilogram. Sortowaniem (ok. 700 kategorii produktów!) zajmuje się ponad tysiąc osób pracujących na trzech zmianach. Pracownicy najpierw sprawdzają, co jest w workach – czy przypadkiem nie np. śmieci albo martwe koty. W branży krąży mnóstwo opowieści o nieuczciwych dostawcach wrzucających do worów co popadnie. Oczywiście, nie wszystko, co nie jest odzieżą, jest spisywane automatycznie na straty.

– Czego my tutaj nie  znajdujemy! – śmieje się Mariusz Pniewski, dyrektor produkcji. –  Komórki, paski, akcesoria erotyczne. To wszystko trzeba posegregować, wybrać perełki, umieścić w odpowiednich kontenerach. Pniewski wskazuje na pojemniki naprzeciw drzwi do skomputeryzowanego „centrum dowodzenia", z którego roztacza się widok na całą dwupoziomową halę.

– Tutaj ląduje, jak to mówimy, „stara nostalgia", czyli odzież z lat 60. czy 70. Idzie na eksport głównie na Zachód. Młodzież lubi teraz chodzić na dyskoteki w  odkurzonych rzeczach – mówi. Po sentymentalne ubrania vintage przyjeżdża do Servaasa nawet jego rodaczka Laura Dols. Holenderska bizneswoman sprzedaje je turystom w swoim amsterdamskim butiku po 500-600 euro za  sztukę.

– Tutaj natomiast lądują znane wyroby. Marynarki Pierre Cardin, spodnie Hugo Boss… – Pniewski wskazuje stanowisko, nad którym ponaklejano logo tych marek, żeby ułatwić pracownikom identyfikację produktów. Markowe ubrania i „stara nostalgia" to nawet 25 proc. przychodów firmy. Resztę „robią" zwykłe używane rzeczy, a także czyściwo przemysłowe, czyli fragmenty materiałów i odpady, z których robione są na przykład tanie koce albo… izolacje do samochodów. Nic się nie  zmarnuje.

– Dziennie przez sortownię przechodzi 2,5 mln sztuk odzieży. Sortować muszą ludzie, bo tylko oni potrafią ocenić wartość danej rzeczy, ale i tak mechanizacja postępuje. Cały proces koordynowany jest komputerowo, a rzeczy do sortowania rozwozi robot – mówi Servaas.

Chyba nawet z pewnym żalem, bo lubi pracować z ludźmi. Pozuje do fotografii, obejmując barczystymi ramionami operatorów wózków widłowych albo kordialnie ściskając pracownice. W ogóle w firmie panuje atmosfera dość familijna. Nikt przed szefem nie staje na baczność.

– W tej firmie najważniejsza jest osoba, która sortuje, a nie ja – zapewnia Servaas. Swoje biznesowe imperium wciąż rozbudowuje. Vive Textile to już nie  tylko sortownia, ale także pierwsza w Polsce sieć supermarketów z  odzieżą używaną Profit Center, firma recyklingowa i firma transportowa. Rocznie do Polski wjeżdża z Zachodu odzież używana i „szmaty" (oficjalna nomenklatura Głównego Urzędu Statystycznego) o wartości ok. 1,9 mld zł (dane za 2010 r.).

Wbrew pozorom niewiele zostaje w kraju – większość po  sortowaniu wyjeżdża. – Także my eksportujemy odzież. Głównie do  Pakistanu, Indii i Afryki – ujawnia Servaas. – Najgorsza jakość i  najtańszy towar idzie do Pakistanu i Indii, gdzie ludzie są często biedniejsi nawet niż w Afryce.

W krajach Afryki Północnej natomiast powolutku się bogacą. Dawniej można było wysłać im wszystko, co tylko można wykorzystać jako moskitiery albo okrycie na zimne noce, teraz zaczynają wybrzydzać. – Nie myślał pan o ataku na Chiny? – Owszem, produkowana dla Chińczyków odzież nowa jest gorsza od tej, którą mógłbym tam wyeksportować. Ale Chińczycy chronią własnych producentów odzieży i  zakazują importu używanej – wzdycha Servaas z żalem.

Ledwie 10 proc. produkcji Vive Textile trafia na rynek polski. Choć – przynajmniej teoretycznie – ten rynek jest bardziej rentowny, to jest na nim mnóstwo lokalnych hurtowni i zaopatrujących się w nich lokalnych sklepików. Trudno się w to wbić. Do tego rozdrobnienia dochodzi towar nielegalnie sprowadzany z zagranicy w szarej strefie. Szacowany nawet na 6 mld zł polski rynek lumpeksów jest jednak zbyt smakowitym kąskiem, by Servaas o  nim zapomniał.

– Profit Center to próba podbicia go strategią dyskontową, czyli przez sprzedaż odzieży prosto z importu przy niewiele wyższej niż hurtowa marży – tłumaczy. Do końca przyszłego roku ma  powstać siedem sklepów – m.in. w Kielcach, Lublinie, Toruniu. W planach: otwarcie podobnych eleganckich lumpeksów butików, jak ten w Amsterdamie.

W końcu niemal co drugi Polak kupuje raz na jakiś czas w lumpeksie. Nawet uchodzący za snobów warszawiacy chętnie tam zaglądają. W centrum stolicy takich sklepów jest kilkanaście.

Nadzieja Ajaksu

Kiedyś Servaas zamiast udziałów w rynku chciał zdobywać gole, a słowo „szmaty" kojarzyło mu się jak najgorzej. – Moją pasją była piłka nożna –  wspomina 48-letni Servaas. Praktycznie każdy facet mógłby to o sobie powiedzieć. Dla Servaasa piłka miała być jednak sposobem na życie. Do  słynnej piłkarskiej szkółki prowadzonej przez Ajax Amsterdam przyjęto go  w 1976 r. Miał wtedy 13 lat. Kilka lat później był już zawodnikiem juniorów Ajaksu.

Dobrze poznał reguły rządzące piłkarskim światkiem, widział, jak kompletuje się drużynę, oswoił się z zawodowym sportem. To  wszystko owocuje teraz, gdy pracuje na sukces kieleckiej drużyny szczypiornistów. W juniorach Ajaksu grał na ofensywnej pomocy. Barczysty, wytrzymały, wysoki (prawie 2 metry), był – jak mówi – „blisko awansu do pierwszej drużyny". Marzenia o karierze na miarę Kazimierza Deyny (polski zawodnik był wśród jego ówczesnych idoli) prysły w jednej chwili w 1982 r. – Bramkarz przeciwników sfaulował mnie. Rozwalił mi kolano. Dotąd mam z nim problemy, miałem 20 operacji. Nie mogę uprawiać żadnych sportów z wyjątkiem pływania – żali się Servaas.

Gdy jego dawni koledzy z zespołu juniorów – Marco van Basten czy Frank Rijkaard –  strzelali już bramki dla pierwszego składu Ajaksu, on musiał poszukać sobie nowego zajęcia. Został pracownikiem urzędu skarbowego w  Amsterdamie. Urząd zorganizowałmu krótkie szkolenie, kazał wyszukiwać uchybienia podatkowe w zeznaniach przedsiębiorstw i egzekwować kary.

– Byłem za miękki, nie nadawałem się do tej pracy. Chciałem się wyrwać, robić coś na własną rękę – twierdzi Servaas. I wyrwał się. Wraz z kolegą założył w Amsterdamie firmę zajmującą się importem i eksportem odzieży używanej. Agrotex kupował towar od międzynarodowych instytucji charytatywnych, takich jak Armia Zbawienia. Miał też oddział na  Węgrzech. Servaas kokosów na tym nie zarabiał. Z całą pewnością pod  koniec lat 80. van Basten i Rijkaard zarabiali od niego znacznie, znacznie więcej. – Ale już teraz nie żałuję, że nie było mi dane pójść w  ich ślady – uśmiecha się Servaas.

No pewnie! U nas zrobił potężną karierę, a zamiast grać w drużynie – ma własną. Ale co sprawiło, że w  1991 r. pojawił się akurat w Polsce? – Traf – mówi Servaas. – Palec trafił akurat w miejsce na mapie z napisem „Polen".

Najpierw wraz z  ówczesnym wspólnikiem zastanawiali się nad Węgrami, zrezygnowali jednak, gdy dowiedzieli się, że tamtejszy oddział ich firmy został przez węgierskich wspólników zrujnowany, a wyeksportowany nad Balaton towar –  rozkradziony.

Nigdy w weekendy

O swej piłkarskiej przeszłości Holender opowiada tylko, gdy ktoś spyta. Za to o swoim biznesie mógłby opowiadać bez końca. O tym, że musi być na  czasie z aktualnymi modami, bo przecież ludzie kupujący w lumpeksach też chcą być modni, albo o tym, że nienawidzi papierowej roboty i zamiast niej woli zrzucić garnitur, iść na halę i sobie posortować.

Pytam pracowników, czy widzieli szefa w akcji. – Kiedyś ktoś coś widział. Tak mówią – śmieje się jeden z nich. Ma polską żonę (zdjęcie brunetki z  szerokim uśmiechem wisi w wyeksponowanym miejscu w gabinecie), czworo dzieci i lubi chodzić na mecze.

Do bycia stuprocentowym Polakiem brakuje mu jeszcze tylko polskiego obywatelstwa. Na razie od prezydenta Komorowskiego dostał Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski. To dowód uznania za działalność założonej przez biznesmena fundacji Vive Serce Dzieciom.

Biznes czy fundacja, Servaas stara się jednak trzymać zasady: pracuje do 17 i nigdy w weekendy. – Praca pracą, ale życie człowieka to  coś więcej. Niektórzy zdają się żyć wyłącznie pracą, zdobywać coraz to  więcej i więcej. Ja taki nie jestem. Ostatnio dużo słucham muzyki. Głównie Chopin i Mozart. I czytam dużo religijnych książek. O Janie Pawle II i Ojcu Pio – mówi Servaas.

Okładka tygodnika WPROST: 2/2012
Więcej możesz przeczytać w 2/2012 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0