Triumf mimo woli

Triumf mimo woli

Niespodziewany wzlot, bolesny upadek, sukces. Jerzy Buzek nie bardzo pasuje do roli bohatera dramatu, ale polityczne losy tego poczciwego i dobrego człowieka są naprawdę niezwykłe.
Celebrował odejście ze stanowiska przewodniczącego Parlamentu Europejskiego przez kilka tygodni. W połowie grudnia podsumował swoją kadencję podczas sesji plenarnej. Po Nowym Roku odpowiadał na Facebooku na pytania internautów. Ostatnio odwiedzał każdą z frakcji europarlamentu i ponoć wszędzie był fetowany na stojąco. Nawet w eurosceptycznej frakcji Europejskich Konserwatystów i Reformatorów (do której należy PiS).

W Polsce w każdych wyborach zdobywa po kilkaset tysięcy głosów. W krajowej polityce nie uczestniczy, więc nic nie jest w stanie go ubrudzić.

Mimo skończonych 71 lat zdrowie i forma fizyczna dopisują. Forma polityczna też całkiem niezła jak na człowieka, który dekadę temu odchodził z gabinetu w Alejach Ujazdowskich w niesławie, z wątpliwym tytułem najbardziej przegranego premiera III RP. A już rewelacyjnie jak na kogoś, kto wejście w wielką politykę zawdzięcza jedynie kaprysowi pewnego zapomnianego dziś lidera. 

Nikomu nie narobi problemów

Teraz nawet opozycja nie może się nachwalić Jerzego Buzka.

Eurodeputowany Konrad Szymański (PiS): – Sprawdził się na stanowisku przewodniczącego PE. Ma cechy osobiste, które sprzyjają pełnieniu tej funkcji – łagodność, koncyliacyjność, ugodowość.

Eurodeputowany Paweł Kowal (PJN): – Z polskiego punktu widzenia zrobił, co do niego należało. Wykorzystał prestiżową funkcję, aby podkreślać dziedzictwo „Solidarności".

Obaj zaraz jednak dodają, że z tym przewodniczeniem Buzka było trochę jak z polską prezydencją. Z fanfarami otwierano, z fasonem zamknięto, ale co pomiędzy – trudniej już oceniać. Bo stanowisko szefa PE jest tyle prestiżowe, co fasadowe.

Gdy jesienią 2009 r. europarlament ogromną większością wybrał Buzka na przewodniczącego na pierwszą połowę kadencji, premier Tusk ogłaszał wielki sukces Polski i wszystkich krajów „nowej Europy". Nigdy dotąd polityk z naszego regionu nie pełnił tak eksponowanej funkcji w strukturach unijnych.

Jednak komentatorzy z Europy Zachodniej zachowywali dystans. Włoskie „Corriere della Sera" pisało, że wybór Buzka to ledwie gest w stronę coraz bardziej zniecierpliwionych nowych członków Unii, a nie prawdziwe nowe otwarcie. Nie było też wielką tajemnicą, że za Buzkiem obstawali Niemcy. Był bowiem kandydatem na swój sposób idealnym. Jak określał go komentator belgijskiego „Le Soir”, to „człowiek kompromisu, szczery, uśmiechnięty, szanowany w Polsce, sympatyczny, z autorytetem”. A zarazem „słaby i ulegający wpływom (…). Nie jest to osobowość wielkiego formatu, nikomu nie narobi problemów”.

Te opinie nie wzięły się z powietrza. Historię gabinetu Jerzego Buzka (był premierem w latach 1997-2001) pisze się z reguły przez pryzmat wielkich reform, które z różnym powodzeniem zmieniały Polskę. Ale równie dobrze można by napisać historię premiera, który przez cztery lata godził się, żeby sterował nim lider AWS i przewodniczący „Solidarności" Marian Krzaklewski. Politycy, którzy wówczas z Buzkiem mieli do czynienia, choć go szanowali, to zarazem podśmiewali się, że jego opinia to ostatnia, której wysłuchał.

Dwie twarze przewodniczącego

Początek kadencji PE potwierdził zastrzeżenia. Przedłużał się kryzys związany z powołaniem nowej Komisji Europejskiej pod przywództwem José Manuela Barroso. Nieformalne spotkanie nowego przewodniczącego Parlamentu z szefami frakcji. Socjaldemokrata Martin Schulz i lider Zielonych Daniel Cohn-Bendit niemal od razu wchodzą z nim w ostre zwarcie o frakcyjne parytety w komisji. Buzek swoim zwyczajem ustępuje.

Bo profesor frontalnych starć nie lubił nigdy. Dobry przykład to sytuacja, gdy ważyły się losy traktatu lizbońskiego i trzeba było przekonać czeskiego prezydenta Vaclava Klausa do podpisania dokumentu. Klaus był tak zacietrzewiony, że nie odbierał telefonów z Brukseli. Buzek poleciał więc do Pragi, na dwie godziny zamknął się z Klausem i spokojnie przekonał go, że dalszy opór nie ma sensu. Czeski prezydent wkrótce ogłosił, że podpisze traktat po spełnieniu kilku niezbyt istotnych warunków.

Rok temu Buzek pojechał do Mołdawii rozładować kryzys polityczny. Udało mu się skleić proeuropejską koalicję. Następnie wysłał do Kiszyniowa przetłumaczoną na angielski umowę koalicyjną AWS-UW z 1997 r.

Przez ostatnie dwa i pół roku zabierał głos często i – choć nie jest spektakularnym mówcą – bywał słyszany. Czuł puls światowej polityki i wiedział, gdzie należy być. Przemawiał więc do Egipcjan protestujących na placu Tahrir w Kairze, a zrewoltowani Libijczycy na placu Męczenników w Trypolisie skandowali mu: „Dziękujemy ci, Europo!". Potem podkreślał, że to była jedna z najpiękniejszych chwil w jego karierze politycznej.

W ogóle dużo jeździł – także po niedocenianych w Brukseli wschodnich rubieżach kontynentu. Odwiedził wszystkie kraje uczestniczące w programie Partnerstwa Wschodniego. Najbardziej jednak angażował się w kwestie bezpieczeństwa energetycznego oraz praw człowieka.

Członek gabinetu Buzka: – Bywały dni, że przyjmowaliśmy po kilku prezydentów i premierów. Był wtedy problem z dywanami. Bo protokół wymaga różnych kolorów w zależności od charakteru gościa. A my nie nadążaliśmy z wymianą. Buzek nigdy się takimi drobiazgami nie przejmował i zawsze rozładowywał napięcie.

To pierwsza z twarzy Jerzego Buzka, za którą jest powszechnie szanowany i tak po ludzku lubiany. Ale jest i druga, która stała się przyczyną kuluarowych docinków i złośliwości. Twarz polityka poprawnego aż do przesady, uczepionego kurczowo procedur.

Eurodeputowany Ryszard Czarnecki (PiS): – To był powtarzający się za każdym razem rytuał. Czwartek, sesja PE dobiega końca, deputowani spieszą się na samoloty, a Buzek z niezmąconym spokojem dziękuje każdemu sprawozdawcy z osobna. Czasem z sali leciały ku niemu złośliwe docinki, ale on udawał, że nie słyszy.

Kolejny z deputowanych PiS: – Jego znakiem rozpoznawczym są słowa „dear colleagues". Toczy się sesja z ogromną liczbą głosowań. Po każdym Buzek dziękuje „drogim kolegom” posłom za oddanie głosu. W końcu któraś z posłanek nie wytrzymała, wstała i krzyknęła błagalnym głosem, by dał już sobie spokój z tym dziękowaniem. Niezmąconym tonem odparł: „Dziękuję”.

Deputowany z PO: – Ten jego wieczny uśmiech to przyklejona maska. Tłumaczył kiedyś procedury głosowania i wielu posłów nie rozumiało. Zrobił się chaos, zadawali wciąż te same pytania. Buzek oczywiście grzecznie odpowiadał. Ale jak posiedzenie się skończyło, on nie wiedząc, że nadal mikrofon jest włączony, obrócił się do współpracownika i wycedził: „Ależ idiotyczna dyskusja!".

Niemiec przyćmi naszego?

Ryszard Czarnecki: – Nie stał się politycznym „playmakerem", jak niektórzy jego poprzednicy. Wybrał reprezentację.

Sławomir Nitras, deputowany PO: – Główną korzyścią jest to, że po raz pierwszy Polak pełnił eksponowaną funkcję w UE i czynił to godnie.

Ale już kolejny z deputowanych PO obawia się, że następca Buzka przyćmi swoją osobowością pozytywne wrażenie, jakie po Polaku zostaje. Utartym zwyczajem dwie największe frakcje w Parlamencie Europejskim – chadecka i socjalistyczna – dzielą się bowiem stanowiskiem przewodniczącego. Przez pierwsze pół kadencji pełnił ją Buzek, teraz zmieni go niemiecki socjaldemokrata Martin Schulz. To jedna z barwniejszych postaci PE, i to już od blisko 20 lat. Polityk impulsywny, często nadaktywny, szukający kontrowersji. Zaprzeczający stereotypom o gładkich i pozbawionych właściwości europolitykach. Gdy Niemcami rządził socjaldemokratyczny kanclerz Gerhard Schröder, Schulz wchodził z nim w publiczne spory. Przywódców innych krajów też nie oszczędzał, słynna była jego wojna na epitety z Berlusconim. Niedawno określił politykę tandemu Merkel – Sarkozy jako „dyktat niemiecko-francuski". W języku polskiej publicystyki to już wytarty frazes, ale Buzek nigdy by sobie nie pozwolił na takie słowa. – Cóż, Schulz jest Niemcem, a każdy niemiecki polityk zna siłę swojego kraju i w sposób naturalny z niej korzysta – ocenia nasz rozmówca z PO. – A my, co tu dużo mówić… Mamy nie największą gospodarkę, nie jesteśmy płatnikiem netto do unijnego budżetu, polityczną pozycję dopiero budujemy. Dla Polaka jedyne wyjście to być grzecznym, nie narażać się i poszukiwać sojuszników. Gdyby nasz przewodniczący zachowywał się jak Schulz, zostałby dawno pożarty.

I dlatego sukcesy w Europie świętuje dziś Jerzy Buzek, a nie jego kolega z Platformy Jacek Saryusz-Wolski – bez wątpienia polityk znający europejską materię jak mało kto, lecz nadmiernie asertywny, często arogancki.

Wzloty i upadki profesora z Gliwic

Co dalej z Jerzym Buzkiem? Lubi z siebie pożartować, że w drugiej części kadencji będzie „ordynarnym posłem" (gra słów – „ordinary” to po angielsku „zwyczajny”).

Niektórzy przymierzają Buzka do fotela szefa Europejskiej Partii Ludowej (EPP), największego ugrupowania w Parlamencie Europejskim, zrzeszającego partie chadeckie (w tym PO i PSL). Ale wybory w EPP dopiero za półtora roku. Ocenianie dziś szans Buzka nie ma sensu.

Podobnie jest z przymierzaniem go do stanowiska prezydenta RP. Owszem, ma wszelkie cechy, które czynią go kandydatem idealnym dla większości Polaków. Ale naturalnym kandydatem PO w wyborach prezydenckich w 2015 r. jest przecież obecna głowa państwa. Wiele musiałoby się popsuć w relacjach Tuska z Komorowskim, aby coś tu się zmieniło.

Ale już samo to, że można Buzka kojarzyć z najwyższymi stanowiskami, świadczy o jego niezwykłej pozycji. A jeśli przypomnieć jeszcze rozmiar jego politycznej klęski sprzed lat, materiał do zadumy nad przewrotnością ludzkiego losu gotowy. Gdy jesienią 2001 r. schodził ze sceny, to wydawało się, że już na zawsze. To był ewenement w skali światowej – partia rządząca nawet nie wchodzi do parlamentu.

Miesiąc później przygnębiający zjazd Ruchu Społecznego AWS, ówczesnej partii Buzka. Nikt nie kwapił się nawet do zajęcia miejsca za stołem prezydialnym. W pożegnalnym wystąpieniu nieśmiało poprosił, aby zachować szyld partyjny, pod którym zreformowano Polskę. A potem smutno zwiesił siwą głowę, gdy rozgorzała żenująca kłótnia o resztki wpływów w partii. Ostatnia z długiej listy AWS-owskich awantur.

Polacy mieli serdecznie dość premiera Buzka, ale jako człowieka nadal go szanowali. Widzieli, że nie jest politycznym macherem, tylko zagubionym w tym świecie poczciwcem.

Po trzech latach niebytu wyciągnęła go na powierzchnię PO, oferując miejsce na liście w pierwszych polskich wyborach do Parlamentu Europejskiego. Wynik eksperymentu okazał się fantastyczny – Buzek zdobył 175 tys. głosów, najwięcej w Polsce. Leszek Miller, który właśnie odchodził z rządu równie upokorzony jak wcześniej Buzek, widział w sukcesie dawnego rywala dowód na to, że wyborcy niejedno potrafi ą zapomnieć.

W 2009 r., w następnych wyborach do PE, Buzek wyśrubował kolejny rekord – już blisko 400 tys. głosów! Za to również zrehabilitowany przez PO Marian Krzaklewski, mimo jedynki na Podkarpaciu, przegrał z kretesem.

Taka to ironia losu.

12 lat wcześniej – wrzesień 1997 r. AWS wygrywa wybory parlamentarne. Nazwisko Jerzego Buzka, 57-letniego profesora chemii z Gliwic (niespełna 1500 głosów wyborczych i mandat dzięki miejscu na liście krajowej), mówi niewiele nawet niektórym liderom AWS.

Szpakowaty pan z teczką odbiera telefon na jednej z warszawskich ulic. Słyszy, że zostanie premierem. Niektórzy potem opowiadali, że przystanął i bezradnie rozejrzał się wokół.

Okładka tygodnika WPROST: 3/2012
Więcej możesz przeczytać w 3/2012 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0