Pierwszy księgowy Ameryki

Pierwszy księgowy Ameryki

Bezwzględny, skuteczny, przystojny. Na kampanię może wydać nawet miliard dolarów. Po wygraniu prawyborów na Florydzie Mitt Romney ma największe szanse na prezydencką nominację republikanów. PIOTR MILEWSKI, Nowy Jork Były gubernator liberalnego Massachusetts jest politykiem tego samego typu co Bill Clinton czy Barack Obama. To technokrata. Ideologia ma dla niego znaczenie drugorzędne. Romney i partyjna elita wychodzą z  założenia, że o władzę walczy się dla władzy. Zwycięstwo w wyborach prezydenckich, gdy pominiemy pompę, blichtr, patriotyczne zadęcie, jest jak awans na szefa wielkiej korporacji. Tyle że w korporacji o awansie decydują raczej przesłanki racjonalne, m.in. zdolności organizacyjne czy umiejętność kreatywnego rozwiązywania problemów, a w polityce w grę wchodzą również przeciwstawne interesy grup społecznych oraz emocje elektoratu. Obok szkiełka i oka – czucie i wiara. O wyniku wyborów decydują zwykle wyborcy, którzy niespecjalnie interesują się polityką, od władzy oczekują przede wszystkim świętego spokoju, nie chcą wojny na  górze ani ingerencji rządu w ich życie prywatne. Elektorat środka kocha przeciętność, a bezbarwny Romney obiecuje sprawne zarządzanie krajem i  nawet najwięksi wrogowie nie mogą mu odmówić zdolności menedżerskich. Być jak Richard Gere Mitt Romney jest synem gubernatora Michigan. Skończył dwa najbardziej prestiżowe wydziały na Harvardzie: prawa i biznesu. Po studiach zatrudnił się w firmie konsultingowej Bain & Company i szybko awansował na wicedyrektora generalnego. Właściciel firmy Bill Bain, doceniając talent młodego rekina, zaproponował mu pokierowanie nowo powstałym funduszem inwestycyjnym Bain Capital. Romney zgodził się po długich targach o pieniądze i kompetencje. Został kimś w rodzaju Richarda Gere’a z „Pretty Woman”. Fundusz, który miał prowadzić działalność typu venture, czyli wspierać nowe przedsiębiorstwa w zamian za udziały, przekształcił w private equity. To już zabawa dla dużych chłopców, kapitalizm z kłami i pazurami, wykupywanie na siłę firm, którym brakuje gotówki, restrukturyzacja oparta na masowych zwolnieniach pracowników i  sprzedawanie odchudzonych przedsiębiorstw z zyskiem. Romney chwali się, że w 1986 r. pomógł wystartować młodej spółce Staples, dziś jednej z  największych sieci sklepów z materiałami biurowymi na świecie. Owszem, ale dziesiątki innych kupił za pieniądze pożyczone pod zastaw ich majątków, rozbił, zdeklasował. Był jednym z pionierów korporacyjnej filozofii uznającej za cel spółki maksymalizację zysków akcjonariuszy. I  potrafił realizować założenia teoretyczne w praktyce: przejęcie Calumet Coach przyniosło zwrot rzędu 3400 proc., Gartner Group – 1600 proc. Podczas rządów Romneya średnia wewnętrzna stopa zwrotu inwestycji w Bain Capital wynosiła 113 proc. Początkowo cześć zysków zgarniała spółka matka Bain & Company, ale Romney przekonał Baina, że taka polityka odbiera ludziom motywację do pracy. Był zwolennikiem sprawiedliwego podziału profitów. Sobie zostawiał mniej niż 10 proc., choć statut nie  narzucał mu takich ograniczeń. Dawni podwładni do dziś wspominają z  sentymentem, że był świetnym szefem. Kierował się przede wszystkim kupiecką skrzętnością. Zanim wyłożył pieniądze, dokładnie obliczał wszystkie za i przeciw. Nigdy nie ryzykował. Czasem przy podejmowaniu decyzji biznesowych dochodziły do głosu jego przekonania. Odmówił np. ratowania wytwórni Artisan Entertainment, która produkowała filmy erotyczne. Nie ma danych, które pozwoliłyby choć w przybliżeniu wyliczyć, ile osób straciło pracę wskutek zakupów finansowanych przez Bain Capital, ale z pewnością niemało. Romney tak opisał kiedyś strategię firmy: „Czasem lekarstwo bywa gorzkie, ale trzeba je podać dla  ratowania pacjenta. Naszym celem nie było kreowanie miejsc pracy, tylko pomnożenie pierwotnych wkładów inwestorów i zwiększanie zyskowności przedsiębiorstw, ale najlepszą gwarancją bezpieczeństwa finansowego rodziny jest sukces firmy, w której pracują jej członkowie”. Piękne słowa, gorzej było z czynami. Bain Capital przejął, wycisnął jak cytrynę, a następnie zostawił na pastwę losu między innymi fabrykę wyrobów papierowych Ampad, która ostatecznie zbankrutowała. Na wykupie zakładów Dade Behring produkujących urządzenia diagnostyczne dla  szpitali, po zwolnieniu ponad tysiąca robotników, firma Romneya zarobiła osiem razy tyle, ile zainwestowała, a następnie ogłosiła upadłość wyeksploatowanego finansowo przedsiębiorstwa. W ciągu 30 lat działalności biznesowej Romney zarobił około 350 mln dolarów. Ćwierć miliarda stanowią udziały w tak zwanych ślepych funduszach powierniczych na nazwisko jego i żony, 100 mln – udziały przepisane na dzieci i wnuki. Ślepy fundusz nie informuje inwestorów, jak rozporządza ich pieniędzmi. Dla polityków jest to korzystne, bo nie można im zarzucić konfliktu interesów. Dobry menedżer, średni polityk Romney ostatecznie pożegnał się z Bainem w 1999 r. Został szefem komitetu organizacyjnego olimpiady w Salt Lake City. Miał naprawić wizerunek igrzysk nadszarpnięty aferą korupcyjną z udziałem swoich poprzedników i ojców miasta, którzy przekazali komisarzom MKOl łapówki o  łącznej wartości kilkuset tysięcy dolarów. Załatwiali im m.in. atrakcyjne stypendia dla krewnych, darmowe leczenie w amerykańskich klinikach i usługi luksusowych prostytutek. 50 tys. dolarów gotówką otrzymał Jean-Claude Ganga z Kongo, rzekomo na pomoc dla głodujących dzieci. W efekcie wiele firm wycofało się ze sponsorowania skompromitowanej imprezy. Miasto i stan Utah liczyły na krociowe zyski, tymczasem w olimpijskim budżecie brakowało 379 mln dolarów. Romney „zrestrukturyzował” komitet, zwalniając niekompetentnych darmozjadów, uspokoił sponsorów, zainwestował w PR. Nadzorował 700 etatowych pracowników i 26 tys. ochotników. Dwoił się i troił, niemal codziennie udzielał wywiadów mediom, stał się twarzą olimpiady. W końcu sprawił, że  impreza, której wróżono finansową klęskę, przyniosła 100 mln czystego zysku i 224 mln oszczędności. Harvardzka Szkoła Biznesu przez pewien czas prowadziła kurs oparty na sukcesach swojego absolwenta zatytułowany „Sztuka przekształceń kapitałowych”. Gorzej szło Romneyowi z polityką. W  1994 r. przegrał sromotnie wybory do Senatu jako republikański kandydat z Massachusetts. Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że odważył się wówczas stawić czoło żywej politycznej fortecy – senatorowi Edwardowi Kennedy’emu. Czkawką odbiło mu się bankructwo Ampadu, które było głównym tematem wyborczych reklamówek Kennedy’ego. Osiem lat później Romney wystartował w wyborach na gubernatora jako „niezależny republikanin o  poglądach umiarkowanych i postępowych”. Obiecał uporządkować finanse publiczne. W zwycięstwie pomogła pomogła mu też popularność zdobyta w  czasie olimpiady. Po objęciu stanowiska zastał deficyt w wysokości 3 mld dolarów, zostawił 700 mln nadwyżki, a na dodatek obciął podatki. Dzięki pragmatyzmowi zdobył sympatię demokratów i jego współpraca z legislaturą układała się wzorowo. Jako gubernator podjął decyzję, którą wciąż wypominają mu partyjni wrogowie – zatwierdził reformę systemu opieki zdrowotnej, która stała się później wzorem dla prezydenta Obamy. A  sprzeciw wobec reformy prezydenta jednoczy całą Partię Republikańską. Romney tłumaczy, że inaczej zarządza się leczeniem 6,5 mln ludzi, a inaczej 300 mln. Twierdzi też, że nigdy nie pogwałciłby „konstytucyjnych uprawnień stanów poprzez narzucenie im jednolitego przymusu ubezpieczeniowego”. Podczas prawyborów w 2008 r. Romney dzielnie stawiał czoło Johnowi McCainowi. Poległ dopiero w Superwtorek, kiedy głosuje jednocześnie kilkanaście stanów. Przez następne dwa lata budował polityczne i finansowe zaplecze obecnej kampanii. Ma najlepszych specjalistów od wizerunku, analityków i strategów. Dysponuje naprawdę wielkimi pieniędzmi. Eksperci obliczają, że jeśli zmierzy się z Obamą, jego kampania pochłonie w sumie miliard dolarów. Jest przystojny, a o tym, jak wielkie znaczenie w amerykańskiej polityce ma wygląd, napisano już całe rozprawy. Bezrobotny z milionami Mimo swoich zalet nie zdołał rozgromić rywali w pierwszych starciach. Sukcesy budżetowe powinny zjednać Romneyowi wyborców spod znaku Partii Herbacianej, ale nie zjednały. Jest niewątpliwie znakomitym biznesmenem i menedżerem, brak mu jednak charyzmy Steve’a Jobsa. Pod względem poczucia humoru, zdolności nawiązywania kontaktu z ludźmi i swobody bycia przypomina raczej kujonowatego Billa Gatesa. Rozmawiając z  wyborcami, używa technokratycznej nowomowy. Konkurenci nie bez racji zarzucają Romneyowi brak empatii. Podczas spotkania z bezrobotnymi na  Florydzie, zażartował: „Ja też jestem bezrobotny. Ale staram się o taką jedną posadę...”. Dowcip nie wzbudził entuzjazmu. W ubiegłym roku odsetki od wkładów inwestycyjnych przyniosły byłemu prezesowi Bain Capital 22 mln dolarów, od czego zapłacił 14-procentowy podatek. Przeciętny Amerykanin oddaje fiskusowi jedną trzecią zarobków. Zapytany o kwestie podatkowe, Romney zmarszczył brwi i odparł stanowczo: „Płacę tyle, ile się należy, i ani centa więcej. Nie sądzę, by naród amerykański chciał mieć prezydenta, który płaci urzędowi podatkowemu więcej, niż jest winny!”. Komicy od razu przerobili to nadęte pustosłowie: „Mam tyle wzrostu, ile mam, i ani cala więcej. Nie sądzę, by naród amerykański chciał prezydenta wyższego, niż jest!”. Komentatorzy kpili, że szykując się do debat, kandydat oglądał chyba filmy Monty Pythona. Kiedy indziej palnął: „Korporacje to też ludzie, kolego”. Niezbyt dobre hasło na czasy masowych protestów na Wall Street. Sala zaczęła buczeć, kandydat tłumaczył, że użył skrótu myślowego, ale w  amerykańskiej polityce nie ma przebacz. Cytat trafił do telewizyjnych reklamówek konkurencji. Romney często zmienia stanowisko w ważnych kwestiach, a wyborcy lubią polityków zdecydowanych. Do tego wszystkiego jest mormonem. Jedna czwarta obywateli deklaruje w sondażach, że nie zagłosowałaby na kandydata wyznającego tę egzotyczną wiarę. Przy czym wyborców niechętnych mormonom jest prawdopodobnie więcej, bo Amerykanie, którym tolerancję wpaja się od dziecka, często kłamią ankieterom. Czy są gotowi wprowadzić do Gabinetu Owalnego pierwszego buchaltera? Cóż, być może trudne czasy wymagają niekonwencjonalnych wyborów. Autor jest korespondentem Radia Zet
Okładka tygodnika WPROST: 6/2012
Więcej możesz przeczytać w 6/2012 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

Czytaj także