Bank z Kantem

Bank z Kantem

Najpierw Sławomir Lachowski dał Polakom tanie usługi bankowe, czym ściągnął na siebie gniew innych bankowców. Teraz zamienił się w krytyka chciwych korporacji. W swojej książce daje biznesmenom wykład z etyki praktycznej. Czy go zrozumieją?
Enron, Lehman Brothers, Merrill Lynch, Xerox, News Corp., Art-B, Bezpieczna Kasa Oszczędności. Wszystkie te skandale i afery miały wspólną przyczynę – chciwość i egotyzm menedżerów oraz właścicieli. Chciwość skłaniała do finansowych machinacji w celu uzyskania premii i  bonusów, a egotyzm prowadził do zaspokajania próżności kosztem interesu firmy i pracowników. To nie słowa przemówienia z wiecu pod hasłem „Okupuj Wall Street". To argumenty z opublikowanej właśnie książki „Droga ważniejsza niż cel” bankowca i finansisty Sławomira Lachowskiego.

Lachowski w świecie wielkiej finansjery pracuje od ponad 20 lat. Zna system od wewnątrz i nie ma o nim dobrego zdania. – To finansiści i  bankierzy wywołali kryzys, a potem sprywatyzowali zyski, uspołecznili straty i nie ponieśli żadnych konsekwencji. Wciąż latają prywatnymi odrzutowcami! – oburza się. Lachowski nie darzy sympatią cudownych chłopaków z Wall Street, którzy przypalają kubańskie cygara od dolarów należących do rentierów i podatników. Tylko czy to nie jest zbyt banalny temat na książkę? 

Gordon Gekko nie ma racji

Z pewnością byłby banalny, gdyby narzekaniu towarzyszyły oklepane postulaty: opodatkować sektor finansowy i skrępować go siecią regulacji, ograniczyć premie i bonusy menedżerskie.

– Takie rozwiązania wywołałyby skutek odwrotny do zamierzonego, zabijając innowacje i spowalniając rozwój. Ja jestem zwolennikiem maksimum wolnego rynku i minimum regulacji – przyznaje Lachowski. I dodaje: – Chodzi o kryzys wartości. Dopóki biznes nie uświadomi sobie, że w firmie powinny obowiązywać te  same kryteria uczciwości co poza nią, nic się nie zmieni.

Zdaniem Lachowskiego niezmienne wartości (szczęście, praca, miłość) stanowią podstawę dobrego biznesu. Zgodnie z Kantowskim imperatywem kategorycznym ludzi, a więc zarówno pracowników, jak i klientów, nie wolno traktować, jakby byli narzędziami. O tym właśnie – jego zdaniem – Wall Street zapomniało.

Lachowski powołuje się na klasyków filozofii, Epikura, Platona czy właśnie Kanta, żeby za chwilę zacytować utwór zespołu Hey. Czyżby narodził się Paulo Coelho biznesu? Zatrzymuje się jednak na  granicy pretensjonalności dzięki temu, że wie, iż „wiele książek biznesowych można wyrzucić do kosza po kilku przeczytanych stronach", bo  często stanowią one „popisy narcystycznych prezesów”.

On sam na narcyza nie wygląda. Sympatyczny pan w kwiecie wieku (54 lata), który poza pieniędzmi ma misję. Uznał, że jego obowiązkiem jest podzielić się ze  światem tajemnicą swojego sukcesu: świetna kariera, udane małżeństwo, syn z karierą naukową i dom na wsi. Na czym więc polega tajemnica?

– Starałem się nigdy nie tracić z oczu wartości – odpowiada. I dodaje z  takim patosem, jakby chciał do tego przekonać samego Gordona Gekko z  pamiętnego filmu „Wall Street": – Chciwość nie jest dobra.

Od bazaru do banku

W swojej książce Lachowski deklaruje, że „jego droga do wartości rozpoczęła się w domu rodzinnym od bezwzględnego poszanowania pracy". Kiedy miał 12 lat, rodzice wysyłali go do lasu, by przez cały dzień zbierał jagody. W czasach licealnych rozładowywał worki z cementem z  wagonów kolejowych, żeby zarobić na to, czego nie mogli mu sfinansować rodzice. Poszedł na SGPiS (obecnie Szkoła Główna Handlowa). Trenował sport, stronił od imprez. Wolał podróże. – W latach 80. nauczyłem się, jak przetrwać dzień za 10 dolarów w Europie i za 5 dolarów w Azji –  wspomina.

Podróże pozostały jedną z jego największych pasji. I jeszcze wspinaczka. Zaczynał od Gór Świętokrzyskich, teraz na swoim koncie ma  już najwyższe góry obu Ameryk: Aconcaguę w Andach i szczyt McKinley na  Alasce, czy górujący nad Kaukazem Elbrus. Chciał pracować naukowo, ale  na SGH pracy nie dostał. Konkurs o posadę wygrała „koleżanka z grupy, której przeciętność intelektualna porażała, a serwilizm przyprawiał o  mdłości" – pisze.

Chyba powinien jednak tej koleżance podziękować, bo  ostatecznie trafił do Instytutu Rozwoju Gospodarczego pod skrzydła Leszka Balcerowicza. Praca w instytucie była kiepsko płatna, więc dorabiał handlem. Jeździł do Azji (Tajwan, Singapur) i importował stamtąd komputery, układy scalone i dyski twarde. – Za pierwsze zarobione pieniądze kupiłem prawie w tej samej cenie fiata 126p i  komputer IBM XT z dyskiem twardym 20 MB. Ten ostatni zakup wzbudzał więcej zazdrości znajomych niż samochód, który ciągle się psuł –  opowiada.

Gdy upadał mur berliński, a Polska żegnała się z komuną, on rezerwował w pośpiechu miejsce na bazarze w Zgorzelcu. Okazało się na  wagę złota i – jak wspomina – trzeba go było pilnować przez 24 godziny na dobę. Zyski z bazaru sfinansowały pierwszy poważny biznes, czyli Centrum Analiz Ekonomicznych Intexim. Niestety, biznes skończył się klapą. Rynek doradztwa zdominowały firmy zagraniczne: miały doświadczenie, którego Lachowskiemu brakowało. Zdobył je dopiero dzięki swej biznesowej wpadce. I dobrze je wykorzystał.

Okazja nadarzyła się, gdy w 1993 r. Powszechny Bank Gospodarczy w Łodzi – wówczas trzeci co do  wartości aktywów w Polsce – szukał kogoś, kto zajmie się restrukturyzacją portfela złych długów. Mówiąc przystępnie: skuteczną windykacją. Lachowski sprawdził się tak dobrze, że szybko stał się menedżerską podporą banku. W 1998 r., już jako jego wiceprezes, zrobił coś, co zakrawało na szaleństwo w czasach, gdy internet był luksusem. 14 października 1998 r. zaoferował klientom dostęp do konta za  pośrednictwem sieci. Jeszcze w tym samym roku odszedł do PKO BP, gdzie pracował przy reformowaniu banku. Jednak ciągle to nie było to. Oba banki były wówczas tak stetryczałe, że na więcej niż delikatne eksperymenty Lachowski nie mógł sobie pozwolić. Z gabinetu w PKO BP sprzątaczka wyganiała go o wpół do siódmej wieczorem, a weterani bankowości, którzy zęby zjedli na obracaniu rublem transferowym, obrażali się, gdy podczas prezentacji ilustrował kondycję banku wymownym obrazkiem dinozaura.

Nagana za niskie ceny

Odszedł więc i zrobił to, za co do dziś szczerze nienawidzi go część środowiska bankowego. W 2000 r. w ramach BRE Banku (był tam najpierw wiceprezesem, potem prezesem) stworzył zupełnie nowy bank – różniący się od innych tym, że nie miał oddziałów, a jedynie serwerownie, konsultantów i informatyków. mBank, pierwszy polski bank internetowy z  prawdziwego zdarzenia, narodził się w chwili, gdy na globalnym rynku pękała bańka internetowa. Lachowski musiał wówczas przekonywać zarząd i  akcjonariuszy, że bankowość internetowa ma przyszłość – w odróżnieniu od  tysięcy innych e-biznesów, które właśnie okazały się wydmuszkami.

Jego mBank zaczynał od najprostszych usług – konta osobistego i lokaty oszczędnościowej, które oferował niemal bez prowizji. Już w pierwszym roku działalności zdobył ok. 100 tys. klientów. Dla polskiego rynku bankowego to był szok. Przyzwyczajeni do wysokich marż bankowcy stanęli przed alternatywą: albo rezygnują z łatwych zysków, albo z klientów. A  Lachowski robił wszystko, by klienci dowiedzieli się, jak bezlitośnie ich dotąd dojono. W telewizyjnych reklamach mBanku pracownicy banków tradycyjnych zachowywali się niczym pensjonariusze zakładów psychiatrycznych, a dostępna na bankowej stronie porównywarka pokazywała, że mBank daje za lokaty oprocentowanie o kilkadziesiąt procent wyższe niż bankowi tradycjonaliści.

– Dostałem naganę od Związku Banków Polskich za nieetyczne zachowanie wobec konkurencji, choć pokazywałem tylko nagie fakty, żadnych opinii. Dla świętego spokoju sprzedaliśmy porównywarkę portalowi Money.pl i nadal robiliśmy swoje –  wspomina Lachowski. Efekt? Po 12 latach mBank jest największym bankiem internetowym w Polsce, ma ponad 2,5 mln klientów i generuje dużą część zysków całego BRE Banku. Oprócz niego na rynku pojawiły się kolejne wirtualne instytucje, które oferują po kilkanaście rozmaitych produktów finansowych – od lokat terminowych przez pożyczki, e-płatności po  inwestycje giełdowe – a przy tym biorą bliskie zeru prowizje.

Bankowa Biedronka

Jak właściwie możliwe jest oferowanie darmowych kont i osiąganie zysku? – Gdy zaczynałem z mBankiem, wszyscy traktowali to jak chwyt marketingowy, a nie realny biznes. Koledzy z branży o bankowości internetowej wyrażali się lekceważąco. Tymczasem bank internetowy jest dla banków tradycyjnych tym, czym Biedronka i Wal-Mart dla wielkich i  staroświeckich sieci handlowych, a Ryanair i Southwest Airlines dla  państwowych linii lotniczych. To dyskont. Może zarabiać na minimalnej marży, głównie dlatego że nie musi utrzymywać oddziałów ani tysięcy pracowników. W ten sposób zmusza wszystkich rynkowych graczy do  obniżenia marży – tłumaczy Lachowski.

Jednak BRE Bank dla Lachowskiego to już przeszłość. Odszedł w 2008 r., kiedy główny udziałowiec grupy, niemiecki Commerzbank, nie pozwolił mu na podbój Europy Środkowo-Wschodniej, woląc zdobywać region własną rozpoznawalną marką. Dziś prowadzi działalność konsultingową, a także zasiada w radach nadzorczych kilku spółek. Jest m.in. przewodniczącym rady nadzorczej internetowego Meritum Banku, za którym stoi amerykański fundusz byłego szefa Banku Światowego Jamesa Wolfensohna, a także kapitał Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju i funduszu Innova Capital.

Na pytanie o to, czy jego nowe dziecko pożre poprzednie, czyli mBank, Lachowski uśmiecha się tylko i sprowadza rozmowę na książki. Chwali się, że ma ich w domu ponad trzy tysiące i dodaje: – Kiedyś zostałem zaproszony przez Billa Gatesa do jego słynnej posiadłości na Lake Washington. Widoki z okna piękne, ale najbardziej podobała mi się jego olbrzymia biblioteka.

Okładka tygodnika WPROST: 6/2012
Więcej możesz przeczytać w 6/2012 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 1
  • Junio IP
    Radzę poczytać wielkiego poety z Rawicza (Jerzego Pietrasa)troszkę fraszek,co mówią Polacy w domu i w pracy.\"Losy Polski będą takie,jakim będziesz Ty Polakiem,Gdy błąd władzy doskwiera,wtedy jasna cholera,lepiej myśleć by się zdało,gdy się władzę wybierało\"

    Czytaj także