Literatura pantoflarzy

Literatura pantoflarzy

Przed wyjazdem do Polski zajrzałem do Borders, jednej z księgarń bardzo popularnej sieci w północno-środkowych stanach USA, i pośród wielu nowości znalazłem cienką książeczkę Jacka M. Bickhama, profesora Uniwersytetu Oklahoma i autora dwudziestu pięciu nie znanych w Polsce powieści.
Publikacja ta nosi tytuł "38 najczęściej popełnianych błędów autorów fikcji literackich". W samolocie wypisałem sobie dekalog amerykańskiego profesora literatury współczesnej. Miałem przeczucie, że przydadzą mi się, gdy zajrzę do ulubionej księgarni we Wrzeszczu, szukając nowych polskich powieści. Przepisuję te napowietrzne notatki powstałe gdzieś nad Atlantykiem. Oto przestrogi profesora Bickhama: 1. Siadając do pisania, nie myśl, że jesteś najmądrzejszy, bo wkrótce okaże się, iż czytelnicy stracą do ciebie zaufanie. 2. Nie popisuj się biegłością w tworzeniu nieistotnych dla rozwoju akcji zdań. 3. Nie opisuj zachodów słońca ani kwiatów, wszyscy bowiem choć raz je widzieli. 4. Nie wykorzystuj realnych osób w swojej opowieści. 5. Nie bierz na głównych bohaterów whimpów (ludzi nie potrafiących poradzić sobie z życiem). 6. Pamiętaj, że w fikcji literackiej najciekawsze dla pisarza i czytelnika są miejsca, w których bohater ma największe trudności (i walcz z nimi!). 7. Pamiętaj o zasadzie bodźca i nie błądź we mgle! 8. Pamiętaj, że twoja opowieść jest zawsze opowieścią głównego bohatera. 9. Nie rób wykładów czytelnikom, nawet ustami tego lub owego gościa. To zawsze robi złe wrażenie. 10. Opisuj tylko to, co popycha akcję, unikając dygresji i zbyt szczegółowych opisów. Ceń czytelników. Dbaj o to, by się nie nudzili. Bądź z nimi szczery, jeśli jeszcze wiesz, co znaczy literacka szczerość. Unikaj gadulstwa. Wreszcie - pisz na kolanach z rumieńcem na twarzy! To tyle, jeśli chodzi o wypisy z Bickhama.
Moją wycieczkę do księgarni we Wrzeszczu rozpocząłem od lektury książki pisarza kompletnie nie znanego, bo jeśli nawet Piotr Kuncewicz nie wie, kim jest Jerzy Przybysz, to naprawdę nikt go nie zna. "Pustynia Dżebel" wydała mi się z wielu względów interesująca. Miała to być opowieść o zupełnie nie znanej nam Saharze. Akcja tej powieści-wspomnienia jest niewątpliwie oryginalna. Postsolidarnościowy dziennikarz Jerzy jedzie na Saharę, by przyjrzeć się warunkom pracy pielęgniarek i lekarzy zatrudnianych na kontraktach i zarobić trochę grosza. Trwa wojna między dwoma afrykańskimi państwami. Jerzy uczestniczy w polowaniu na "czarne antylopy", którymi okazują się uciekinierzy. Jest świadkiem zabójstwa jednego z nich. Nie budzi to w nim jednak głębszych emocji lub je ukrywa, bo wycieczkę tę fundują mu okrutni strażnicy pustyni z automatami. Jakby na zakończenie Jerzy trafia do domu polskiego lekarza alkoholika, który po pijanemu wykłada na kilku stronach całą nędzę swego pobytu na pustyni. Efektem tej wizyty jest adres polskiej pielęgniarki Joanny mieszkającej w innej oazie. Piękna Joanna bez specjalnej żenady częstuje niespodziewanego gościa najlepszą rzeczą, jaką jeszcze posiada - własnym ciałem. Po udanym - jak się wydaje - stosunku opowiada Jerzemu, jak stała się "sekspielęgniarką" afrykańskich wodzów. Efektem tej międzyrasowej spolegliwości były różne prezenty: samochód z kierowcą, dom, telewizor etc. Pan Przybysz próbuje przekonać czytelnika, że sytuacja Joanny jest tragiczna, wywołując uczucie przywiązania do bohatera. Potem dzieją się inne "mocne" rzeczy: katastrofa samochodu na pustyni, szpital Legii Cudzoziemskiej, gdzie Jerzy wykazuje się zabiciem jakiegoś oszalałego afrykańskiego żołnierza i zyskuje szacunek. Następnie spotyka go propozycja zostania francuskim szpiegiem, co przyjmuje bez wahania, by jak najdłużej zostać w Afryce. Dodatkowo może spełnić swe marzenie z dzieciństwa - na najlepszym sprzęcie uczy się podwodnego fotografowania. W końcu jako szpieg zostaje wysłany do Polski, która mu się nie podoba, "bo w ludziach nie ma czułości na zapachy". Bohater wraca więc do Joanny i spotyka go miła niespodzianka - pielęgniarka za swoje usługi uzbierała tyle, że kupiła domek w Hiszpanii, gdzie - być może - żyje długo i szczęśliwie.
Powieść-spowiedź Przybysza ma ciekawe folklorystyczne fragmenty, lecz jej lektura pozostawia głęboki niesmak. Nie ma w niej bowiem żadnej poważniejszej siły moralnej kierującej postępowaniem bohatera. Autor zapolował na jakiś niedobry camusowski egzystencjalizm i - niestety - przegrał. Powieść zamiast po hemingwayowsku porywać, odstręcza czytelnika. Jest to tym smutniejsze, że - jak się wydaje - autor do budowy fabuły użył własnego życiorysu. Ale spowiedź ta nie zasługuje na literackie rozgrzeszenie. Po co więc o tym pisać? Moim zdaniem, tekst ten ujawnia bardzo poważną chorobę polskiej prozy współczesnej, polegającą na tym, że widzimy fakty, lecz autorzy nie silą się na to, by je zestrukturalizować - włączyć w jakąś wizję. Rzeczywistość, tak gwałtownie się zmieniając, powoduje, że każde działanie ludzkie pozbawione zostaje punktu oparcia.
Generalną strategią polskich pisarzy jest ucieczka od rzeczywistości. Najpopularniejszą jej formą jest penetrowanie własnego dzieciństwa (pisałem już o tym wiele lat temu w śp. "ExLibrisie"). Kobiety proponują jednak inny rodzaj ucieczki - w świat fantazji. Piękne przykłady takiej tendencji można znaleźć u najbardziej znanych - w prozie Süskindówny Olgi Tokarczuk czy też eterycznej jak kwiat Magdaleny Tulli, zdecydowanej italocalvinistki etc. Nie chcę przez to powiedzieć, że wymienione autorki nie zasługują na laury. Uważam jednak, że lekceważą one swój talent. Sytuacja kobiet w Polsce jest bowiem dwuznaczna - z jednej strony karesy i szarmancja mężczyzn, z drugiej zaś - wręby na paskach po kolejnym odstrzale "sarenek". Wszyscy tak robią, nie łudźmy się. Tej nienawiści i zgorzknienia Polek w tekstach nie widać. Polki boją się mężczyzn, bo są od nich zależne, a kultura uczy je uległości. Nieliczne kwiaty buntu - między innymi Manuela Gretkowska, Izabela Filipiak i Kinga Dunin - niewiele tu zmieniają. Karmienie czytelnika bajkami zamiast prób uchwycenia realności to strategia na krótką metę. Rzeczywistość jest znacznie bogatsza w fantazje niż odloty - nawet najwrażliwszych.
W najnowszej polskiej prozie historia kończy się na narodzinach autora. Nie dostrzegam najmniejszego zainteresowania mentalnym kontaktem ze schedą naszych dziadów. W kraju, w którym odbył się straszliwy Holocaust, ani jeden mój rówieśnik nie stworzył polsko-żydowskiej powieści. Czy to nie dziwne? Dlaczego autorom tak bardzo brakuje odwagi do penetracji własnej historycznej tożsamości?! Dopóki nie przyznamy się, skąd mentalnie pochodzimy, dopóty nie da się stworzyć przekonującej wizji współczesności! Zabraknie po prostu punktu wyjścia.
Nie zgadzam się z poglądem Andrzeja Stasiuka, wyrażonym w "Dukli", że fabuła jest matką głupców. Przeciwnie - uważam, że powieści warto pisać właśnie po to, by opowiedzieć jakąś historię. Tak zawsze było i tak będzie. Po okresie postmodernizmu, kiedy żegnano się z ideałami jednostki walczącej z Rzeczywistością, potrzeba ta wróciła i zastała w Polsce puste pisarskie boisko. Mieliśmy nadzieję na talent Jerzego Pilcha. Jego "Spis cudzołożnic" zapowiadał nowego Kunderę. Potem były wspomnienia o Wiśle, w której autor się urodził. Teraz przeczytałem jego "Bezpowrotnie utraconą leworęczność" i jestem poważnie skonfundowany. Jakże można marnować taki talent?! Opisy pracy pielęgniarek (s. 16-17) nie służą niczemu i donikąd nie wiodą, udowadniając tylko talent językowy autora. Brak akcji, przesłania. Jak za panią matką (to jest za Miłoszem - "Piesek przydrożny") znani autorzy uderzają w felietonizm pełen nudnych epifanii. Przypominam - to są szczyty naszej literatury. Jakby nie wierząc we własne siły twórcze, Pilch posiłkuje się powszechnie znanymi nazwiskami krytyków, aktorów, poetów - jak z laurki. Panowie, to już nie jest dziennikarstwo, to coś smutniejszego. To regresja.
"Ziemia obiecana" Reymonta rozpoczyna się w budzącej się kapitalistycznej Łodzi. Dlaczego nikt z nas nie spróbuje stworzyć choćby najmniejszej wizji rzeczywistości? Są oczywiste wyjątki. Należą do nich Tomek Tryzna ("Panna Nikt") i Witold Horvath ("Seans") - obaj scenarzyści. Czyżby więc problem polegał na tym, że miniona epoka, dając nam gotowe recepty na wszystko i prześladując wszelki krytycyzm, wychowała generację egotyków skupionych na własnym, choćby najbardziej interesującym odczuwaniu? Czyżby więc tę walkę o zrozumienie rzeczywistości wygrywali dziennikarze i scenarzyści, dla których akcja, dialog i konstrukcja scen są pojęciami podstawowymi? Świat zmienia się zbyt szybko, to prawda, ale każdy pisarz, nawet ten, który własnym sumptem wydał trzy książki ("Jak zostałem pisarzem..."), musi mieć w sobie pewien procesor przechowujący stały skład zasad. O zasadach w naszej literaturze głucho! Obawiam się, że grozi nam literatura pantoflarzy.

Czytaj także

 0

Czytaj także