Trybun cierpliwy jak saper

Trybun cierpliwy jak saper

Po problemach z ACTA premier Donald Tusk już wie, że przepychanie niepopularnych rozwiązań sporo kosztuje. Teraz będzie trochę łatwiej. Podwyższając Polakom wiek emerytalny, przynajmniej zna swojego głównego przeciwnika. Miejsce wirtualnego „anonymousa” zajmie całkiem realny szef „Solidarności” Piotr Duda.
Pragmatyk, jakiego na czele „Solidarności" jeszcze nie było. Zaczął od  wymiany opakowania. Ograniczył „solidarnościową" celebrę, zmienił język. Koniec z Bogiem, Honorem i Ojczyzną. Piotra Dudę odróżnia od poprzednika Janusza Śniadka wiele: nie cytuje choćby na każdym kroku Jana Pawła II, nie wspomina o „męczeństwie księdza Jerzego”, nawet nawiązania do  „wartości Sierpnia” dawkuje oszczędnie.

 Archiwum „Solidarności" oddał w  ręce profesjonalistów z Europejskiego Centrum Solidarności, czemu Śniadek się sprzeciwiał. Chętnie użycza innym pięknie wyremontowanej sali BHP w Stoczni Gdańskiej, w której podpisywano przed laty porozumienia sierpniowe. Lubi jeździć po Polsce, sporo czasu spędza też w Brukseli – tam zapadają przecież ważne decyzje. Wreszcie – inaczej niż  Śniadek – Duda ani nie pielęgnuje kultu Lecha Kaczyńskiego, ani nie  staje na baczność przed Jarosławem. Z politykami spotyka się wtedy, gdy ma do nich interes.

Walcząc z reformą wieku emerytalnego, znalazł wspólny język nawet z szefem SLD Leszkiem Millerem.

Premier zapracował na protesty

W biurach „Solidarności" na terenie całego kraju wystawione są księgi, w  których każdy obywatel może złożyć swój podpis pod wnioskiem o  referendum w sprawie utrzymania obecnego wieku emerytalnego. Operacja przebiega znakomicie – uzbierano już 1,3 mln podpisów, a jej organizatorzy liczą, że do 5 lutego uda się zebrać ponad dwa miliony. A  to już pokaźny kapitał.

Piotr Duda tłumaczy: – Ta reforma jest szkodliwa. Uważamy, że skoro każdy sam zarabia na swoją emeryturę, odprowadzając składki na indywidualne konta, powinien mieć możliwość wyboru. Chcesz mieć na starość więcej, to pracujesz dłużej. Wolisz odpocząć– przechodzisz na emeryturę wcześniej, godząc się na mniejsze pieniądze.

Rząd i pracodawcy odpowiadają, że to demagogia. Polacy przyzwyczaili się do gwarantowanej przez ZUS emerytury, więc nie będą skłonni pracować dłużej, licząc, że koniec końców państwo coś im ekstra dorzuci. A procesy demograficzne są nieubłagane: kurcząca się grupa pracowników nie zdoła sfinansować rosnącej armii emerytów. Na końcu tej drogi państwo czeka plajta.

Henryka Bochniarz, szefowa konfederacji pracodawców Lewiatan: – Równie dobrze można zaproponować, że każdy będzie zarabiał o 500 zł więcej. Podpisy na pewno udałoby się zebrać. Tylko po co? Gdyby doszło do referendum, wynik byłby oczywisty. Rząd już teraz mógłby sobie darować pracę nad reformą, która ma być najważniejszym punktem planu zapewnienia Polsce stabilności finansowej.

Toteż premier Tusk, nie bacząc na owe 1,3 mln podpisów, bez zbędnej dyplomacji stwierdził, że referendum nie będzie. – Jeśli miałbym rzucić w diabły mandat wyborców, dlatego że w jednej sprawie duża grupa się ze  mną nie zgadza, to znaczy, że nie miałbym podstawowych kwalifikacji. Odpowiedzialna władza bierze czasami na klatę decyzje, co do których wie, że nie będą cieszyły się akceptacją większości – mówił premier. Ale  premier robi srogą minę do lawiranckiej gry. „Mandat wyborców" teoretycznie posiada, ale byłby on znacznie mocniejszy, gdyby Polacy jeszcze przed wyborami mogli się czegoś dowiedzieć o najważniejszej reformie rządu PO w jego drugiej kadencji.

Niestety, minister finansów Jacek Rostowski mówił wtedy to samo, co teraz Duda – o wolności wyboru. A sam premier w kampanii najchętniej rozwodził się o korzyściach płynących z orlików. Dopiero w powyborczym exposé odkrył karty. Czy  referendum można uniknąć? Oczywiście – wpychając wniosek „S" do sejmowej zamrażarki albo wprost odrzucając go w głosowaniu. Tylko że koszt polityczny takiej konfrontacji może być ogromny. „Solidarność" otrzymałaby do ręki pretekst do wyprowadzenia ludzi na ulicę.

– Kilkudziesięciotysięczna manifestacja to zwykle test siły związku, wymagający dużych nakładów finansowych. Nie mam jednak wątpliwości, że w  sprawie wieku emerytalnego bylibyśmy w stanie zmobilizować ludzi, i to nie tylko związkowców – dowodzi pracownik Komisji Krajowej, daleki od  wszelkich radykalizmów.

Pogadać można. Tylko z kim?

Piotr Duda potrafi zmobilizować ludzi. Ten krępy 50-latek ze starannie przystrzyżoną bródką i dyskretnym śląskim akcentem ucho- dzi wśród współpracowników za człowieka zrównoważonego i spokojnego. Ale  gdy chce, potrafi porwać ludzi kilkoma zdaniami. Jesień 2003 r., zjazd „S" w Stalowej Woli.

Atmosfera na sali senna, związek od dawna jest w  defensywie. Rządzi SLD, szaleje bezrobocie, ale „Solidarność" liżąca wciąż rany po AWS nie bardzo wie, co robić. Na mównicę wchodzi szef regionu śląsko-dąbrowskiego Piotr Duda i krzyczy: „dość układów z  rządem", „koniec z tajnymi paktami pod stołem”, „nie ograniczać naturalnej radykalizacji związku”, „czas na strajk generalny”. I choć polskie prawo nie przewiduje strajku generalnego przeciwko rządowi, rozemocjonowana sala idzie za Dudą.

Nic z tego oczywiście nie wyjdzie, ale ledwie 40-letni wówczas związkowiec demonstruje talenty trybuna ludowego. A że równolegle buduje w swym regionie markę solidnego i  przewidywalnego negocjatora, nie bardzo wiadomo, jak go zaszufladkować. Ta niepewność stanie się atutem Dudy.

Czy teraz też huknie? To zależy od  tego, o co naprawdę toczy się gra. „S" nie może sobie pozwolić na  milczącą akceptację trudnej reformy, skoro obawia się jej zdecydowana większość płacących składki członków związku. Z drugiej strony otwarcie konfrontacyjny kurs antyrządowy może zachwiać całym państwem. Polacy na  tym stracą, a część odpowiedzialności spadnie na awanturniczych związkowców. W tej sytuacji trzeba więc szukać rozwiązań pośrednich.

Współpracownik szefa „S": – Nie podoba mi się pomysł referendum, bo  podniesienie wieku emerytalnego jest koniecznością. Ale i nie sądzę, abyśmy kurczowo się tego pomysłu trzymali. Zbieramy podpisy przede wszystkim po to, aby rząd się z nami liczył. Reformie powinny towarzyszyć systemowe zmiany sprzyjające zatrudnieniu osób w wieku przedemerytalnym. O tym tak naprawdę chcemy rozmawiać.

Duda między wierszami potwierdza: – Postulat referendum jest jak najbardziej serio, ale to również środek nacisku na rząd, aby otworzył debatę. Sprawa ACTA pokazała, czym kończy się brak dialogu.

Zresztą debaty premiera z  internautami to zwykła hucpa. Miejscem do prowadzenia istotnych rozmów jest Komisja Trójstronna. Tyle że Komisja już od czerwca jest martwa. W  poprzedniej kadencji na jej czele stał wicepremier Waldemar Pawlak, który po wyborach oświadczył, że dłużej już nie chce. Premier do  kierowania Komisją wyznaczył więc ministra pracy Władysława Kosiniaka- -Kamysza z PSL.

To jednak rządowy debiutant, bez politycznego doświadczenia, ledwie 28-letni. Nikt nie wierzy w jego samodzielność. Związki i pracodawcy domagają się więc kogoś bardziej wpływowego, związkowcy wręcz samego Tuska. Premier tej oferty przyjąć jednak nie może. I tak ma dość obowiązków, a do tego – co od zawsze podkreślali jego współpracownicy – uważa dialog społeczny za zbędne obciążenie ograniczające jego władzę. Jeśli coś uzgadniać, to bez żmudnych procedur, za to z propagandowym przytupem i przed kamerami – jak w  sprawie ACTA. Z drugiej strony Tusk najwidoczniej uznał, że do końca ignorować partnerów (zwłaszcza związków) nie może, i obiecał przybyć na  pierwsze w tej kadencji posiedzenie Komisji Trójstronnej. A to oznacza, że dostrzegł w akcji „S" realne zagrożenie.

Spotkanie odbyło się w  ostatni piątek, problemy jednak pozostały. Choćby to, kto będzie twarzą reformy wieku emerytalnego. Potrzebny jest silny polityk, który w  imieniu premiera weźmie na swe barki przekonywanie opornych. Henryka Bochniarz: – Newralgiczne zmiany prowadził dotąd Michał Boni, ale teraz jest ministrem cyfryzacji i już nie może się we wszystko angażować. Pytałam premiera, kto będzie twarzą reformy emerytalnej, ale nie doczekałam się odpowiedzi. Dziś wiadomo tylko tyle, że twarzą protestu przeciwko reformie będzie Piotr Duda.

W czerwonym berecie

Ślązak z pierwszego pokolenia. Rodowód robotniczy: ojciec był ślusarzem, matka – salową w szpitalu psychiatrycznym. 18-letni Piotr poszedł na  tokarza do Huty Gliwice, gdy akurat zaczęła się „Solidarność". Od razu się zapisał. Po 13 grudnia chodził po zakładzie z ulotkami, ale jak podziemie zaczęło się na dobre rozkręcać, po Dudę upomniało się wojsko.

Znalazł się w elitarnej VI Pomorskiej Dywizji Powietrzno-Desantowej, inaczej mówiąc – w „czerwonych beretach". Jako saper służył w Syrii, w  ramach misji pokojowej ONZ. Na wzgórzach Golan w ciągu pół roku wydłubał z ziemi kilkadziesiąt min.

Opowiada: – W 1983 r. skończyłem służbę. Proponowali nam pracę w  ochronie lotnisk. Gdyby to była policja, a nie MO, pewnie bym się zdecydował i dziś cieszyłbym się emeryturą mundurową. Wróciłem jednak do  huty. Chodziłem po zakładzie, wykłócając się o ubrania robocze i mydło pod prysznicem. Koledzy mnie docenili i jak po 1989 r. powróciła „Solidarność", wygrałem wybory na wydziale.

Potem była już szybka kariera w związkowej hierarchii. Tak szybka, że aż sam ją hamował. Nie  miał jeszcze czterdziestki, jak został szefem regionu śląsko-dąbrowskiego, największego w „S". Kilka miesięcy później mógł już stać na czele całego związku. Jesienią 2002 r. na zjeździe krajowym był pat. Pogruchotany po klęsce AWS Marian Krzaklewski desperacko walczył o  utrzymanie przywództwa w „S".

Ale sala podzieliła swe głosy pomiędzy trzech kandydatów i nie było jak z tego wybrnąć. Krzaklewski zaapelował więc do swych rywali, aby wszyscy zgodnie się wycofali i oddali przywództwo Dudzie. Tylko że Duda nie chciał. – Nie jestem gotowy, mam czas – powtarzał delegatom. Wygrał wtedy Janusz Śniadek, choć każdy wiedział, że wąsaty gdynianin nie ma papierów lidera.

Pod Śniadkiem „S" dryfowała. Ówczesny szef niczego nie narzucał. Badał, za czym opowie się większość, po czym stawał na jej czele. A związkowa oligarchia obawiająca się radykalnych zmian utrzymywała dla niego poparcie.

Niezadowoleni zerkali w stronę Dudy, ten jednak powtarzał swoje: –  Jeszcze nie teraz. Zdecydował się dopiero jesienią 2010 r., gdy sympatyzujący z PiS Śniadek coraz silniej wiązał „Solidarność" z tą partią. Trwale opozycyjną, więc korzyści z tego nie było. A straty poważne – utrata wiarygodności, ciążąca łatka „pisowskiej przybudówki". Duda obiecujący silne przywództwo i polityczną neutralność nieznacznie pokonał Śniadka.

– Popieram go, to konkretny chłopak – ocenia Jerzy Borowczak, jeden z organizatorów sierpniowego strajku w Stoczni Gdańskiej, dziś poseł PO i nadal członek „S". – On zna się na tej robocie. Wie, że kierowanie związkiem to żmudne układanie klocków ze  wszystkich dostępnych elementów, ciągłe poszukiwanie partnerów, umiejętne lawirowanie między demonstracjami siły, a dochodzeniem do  kompromisu.

Nawet teraz, gdy wchodzi w ostre zwarcie z moim premierem, mam do niego pełne zaufanie.

Dziś dla Dudy nie ma w 700-tysięcznym związku konkurencji. A biorąc pod uwagę długowieczność przewodniczących „Solidarności (Duda jest dopiero czwartym w jej ponad 30-letniej historii), można przypuszczać, że jego czas dopiero się zaczyna.

Okładka tygodnika WPROST: 7/2012
Więcej możesz przeczytać w 7/2012 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0