Czy pan jest przyjacielem Putina?

Czy pan jest przyjacielem Putina?

Czy Michaił Prochorow ma szansę wygrać prezydencki wyścig z Władimirem Putinem? Na razie pytanie brzmi inaczej: czy Prochorow w ogóle podejmie walkę?
W rosyjskiej polityce przedwiośnie. Niby ziemia jeszcze skuta mrozem, ale pod lodem – coraz aktywniejsze życie polityczne. Jednak na szczycie rosyjskiej polityki na razie lodowiec trzyma się mocno i zmian niewiele. Kampania wyborcza, jak to we współczesnej Rosji, jest dziwna. Niby Rosjanie w ciągu ostatnich paru miesięcy bardzo się upolitycznili, ale  politykę rosyjską zmieniło to w niewielkim stopniu. Kilkanaście dni przed wyborami prezydenckimi wynik jak zwykle jest oczywisty, przede wszystkim dlatego, że starannie wyselekcjonowani kandydaci robią wszystko, by za ostro nie skrytykować faworyta Władimira Putina. Największe nadzieje opozycja wiąże z Michaiłem Prochorowem, chociaż miliarder, na politycznej scenie w Rosji postać nowa, nie pozwala sobie na zbyt daleko idące polityczne plany, by nie nadepnąć Putinowi na  odcisk. Właśnie na nadziejach oparte są kalkulacje części opozycjonistów i manifestujących na ulicach Rosjan. Liczą na to, że oligarcha (według zeszłorocznego „Forbesa" trzecie miejsce w Rosji, majątek szacowany na  18 mld dolarów) ujawni skryte ambicje, odrzuci wiążące go nieformalne zobowiązania i ruszy do prawdziwej walki z symbolem zła – Putinem. Niektórzy opozycjoniści proponują Prochorowowi pakt.

W zamian za  poparcie wszystkich niezadowolonych z obecnych porządków panujących w  Rosji Prochorow musiałby podpisać swoistą umowę społeczną: dokona zmian w ustawodawstwie i konstytucji, rozwiąże Dumę i po przeprowadzeniu reform oraz wolnych wyborów parlamentarnych poda się do dymisji, by  naród mógł w prawdziwych wyborach wybrać sobie prezydenta. Prochorow pojawia się na manifestacjach opozycji i jest tam całkiem popularny.

Podczas wiecu 24 grudnia 2011 r. na prospekcie Sacharowa w  centrum Moskwy niezależny ośrodek badań socjologicznych Centrum Lewady przeprowadził sondaż wśród uczestników, z którego wynika, że aż ponad 17 proc. zagłosowałoby w wyborach właśnie na Prochorowa. Najwięcej chciało głosować na lidera partii Jabłoko Grigorija Jawlińskiego – ponad 29 proc. – ale nie został on dopuszczony do wyborów, odmówiono mu rejestracji. Miliarder Prochorow zachowuje jednak twarz pokerzysty – nie  reaguje na gesty opozycjonistów, nie daje im żadnych politycznych obietnic, ani razu nie wystąpił też na scenie podczas demonstracji.

Chociaż uważa, że grudniowe wybory do Dumy były sfałszowane, to dla opozycji na razie niewiele z tego wynika. Z udziału Prochorowa w  wyborach niezbyt dużo wynika też dla władzy. Biznesmen początkowo najszybciej ze wszystkich wydawał pieniądze z funduszu wyborczego, ale  po kilku tygodniach wyhamował, bo sypanie kasą nie przekładało się na  wyniki. Co prawda wszędzie widać jego plakaty, a on sam sporo jeździ po  Rosji i występuje w telewizji, jednak sondaże pokazują, że w całej Rosji może liczyć na 4 proc. wyborców, to nieco więcej niż błąd statystyczny.

Kremlowski projekt

– Mam dwóch przeciwników – deklaruje 46-letni biznesmen. – To Władimir Putin i staruszkowie z Dumy, których nie dzielę na konkretne osoby. Staruszkowie z Dumy to przywódcy trzech partii, które oprócz rządzącej Jednej Rosji weszły do parlamentu: komunistaGiennadij Ziuganow (67 lat), populista i nacjonalista Władimir Żyrinowski (65 lat) oraz lider Sprawiedliwej Rosji Siergiej Mironow (58 lat).

Tworzą tzw. systemową opozycję, która nigdy nie próbowała uszczknąć choćby kawałeczka władzy Putinowi. Także teraz – niby krytykują, ale nie pozwalają sobie na zbyt wiele. Nie łamią reguł gry ustalonych przez Kreml. Atakowanie staruszków z Dumy jest łatwe. Z podgryzaniem Putina Prochorow radzi sobie już gorzej. – Nadal jest pan przyjacielem Putina? – spytał Prochorowa emeryt podczas grudniowej manifestacji. Biznesmen najpierw mocno się zmieszał, a potem dość nieskładnie zaczął tłumaczyć, że to wyborcy powinni ocenić, kto jest dobry, a kto zły. – Nie jestem zwolennikiem Putina – dodał ostrożnie. – Uważam, że robi niewłaściwe rzeczy. Na tym kończy się krytyka władzy ze strony kandydata, który mógłby się stać czarnym koniem i największym zaskoczeniem tych wyborów.

Wielu miało nadzieję, że  kandydując w wyborach prezydenckich, weźmie odwet za awanturę z września zeszłego roku. Wtedy to, jak się wyraził Prochorow, Kreml ukradł mu partię. Wcześniej przez kilka miesięcy Prochorow, podobno właśnie na  prośbę Kremla, stał na czele partii Prawoje Dieło (Słuszna Sprawa). Ale  gdy stał się zbyt energiczny i zaczął odbierać głosy kremlowskiej partii Jedna Rosja, został wyrzucony na bruk – w Słusznej Sprawie grupa wiernych zwolenników Kremla dokonała przewrotu. Prochorow nie  wypowiedział wtedy ani jednego słowa krytyki pod adresem Putina ani Miedwiediewa.

Nazwał co prawda jednego z najważniejszych urzędników Kremla, Władysława Surkowa, który odpowiadał za działalność partii, władcą marionetek, ale wyraził nadzieję, że spotkanie z  Putinem wyjaśni wszystkie wątpliwości. Jednak Putin – oficjalnie – nie  zechciał go przyjąć. Biznesmen przestał wspominać o upokorzeniu. Nieoficjalnie eksperci uważają, że Prochorow to „kremlowski projekt". Wynika to z jasnej zasady panującej w putinowskiej Rosji: niezależni oligarchowie z ambicjami politycznymi ukrywają się w Londynie albo siedzą w więzieniach. Prochorow jest idealny dla Kremla – mówią politolodzy. – Nie będzie odbierał Putinowi głosów, bo elektorat Putina szczerze go nienawidzi. W większości to ludzie gorzej wykształceni, mieszkający na prowincji, wiedzę o świecie czerpiący z telewizora i jak ognia bojący się zmian. Oligarchowie to dla nich wysłannicy szatana, bandyci i złodzieje.

Ponadto z punktu widzenia Kremla Prochorow może przyciągnąć wiele głosów zbuntowanej ulicy. Bo akurat na  „niezadowolonych" – młodych, wykształconych, często z własnym, niewielkim biznesem – może robić wrażenie. Na przykład deklaracją majątkową: zarobił w ciągu czterech lat (2007-2010) 115 mld rubli, czyli około 3,5 mld dolarów. Około 5,5 mld rubli (185 mln dolarów) leży na  lokatach w bankach. Pod Moskwą ma działkę 2,29 hektara i na niej dom o  powierzchni 2100 mkw. Do tego jeszcze trzy mieszkania – 699 mkw., 205,9 mkw. i 68,8 mkw.

Nie wszystko mu się udaje. Na początku 2009 r. gorączkowo starał się o zwrot zaliczki. 39 mln euro zapłacił za pewność, że kupi zabytkową i bardzo elegancką willę Villa Leopolda na Lazurowym Wybrzeżu. Gdy uderzył w niego kryzys, miliarder chciał się wycofać z  transakcji, jednak francuski sąd orzekł, że nie może żądać zwrotu zaliczki. Prochorow sam nazywa się awanturnikiem, dzięki czemu zdobył swój wielki majątek. Podobno pierwsze pieniądze zarobił w czasach radzieckich na gotowaniu dżinsów – dzięki temu ze zwykłych spodni uzyskiwał supermodne marmurki, które kosztowały wielokrotnie więcej.

Mimo to nie jest zbyt radykalnie samodzielny. Jak twierdzą ludzie, którzy z nim pracowali, zazwyczaj świetnie wykonywał czyjeś polecenia, realizował cudze pomysły, był dobrym zarządcą. Ale lubi epatować, chwalić się i obiecywać. Ma pomysł na likwidację korupcji, który chce wprowadzić w życie po swoim zwycięstwie w wyborach: ogłasza amnestię, każdy, kto się przyzna, po zapłaceniu wysokiego podatku zostanie ułaskawiony, reszta pójdzie do więzienia.

Uczciwe wybory po rosyjsku

W obietnicach wyborczych ani Prochorow, ani żaden z kandydatów nie  przebije jednak Putina. Nawet jeśli na realizację niektórych obietnic trzeba będzie poczekać. Putin zapowiedział np. przywrócenie w  Rosji zmiany czasu z letniego na zimowy i odwrotnie (prezydent Miedwiediew zlikwidował przestawianie zegarów dwa razy w roku). Obiecał też skrócić święta noworoczne (trwają przez dziesięć dni stycznia), a w  zamian wydłużyć weekend majowy, co zapewne spodoba się większości zwykłych Rosjan. Inne projekty są już realizowane.

Zwłaszcza te  najbardziej fantastyczne, jak wykup akcji jednego z największych rosyjskich banków – VTB. W 2007 r. niemal jedna czwarta jego akcji została sprzedana na giełdzie. Do kas rzuciła się cała Rosja, bo miał to  być świetny interes. Niestety, okazało się, że akcje szybko potaniały i  kosztują dzisiaj połowę ceny zakupu.

Teraz Putin zapowiedział, że bank skupi z powrotem swoje akcje po cenie emisji sprzed prawie pięciu lat –  13,6 kopiejki, chociaż na giełdzie akcje obecnie kosztują zaledwie 7 kopiejek. Będzie to kosztować bank 15-18 mld rubli, czyli od 480 do 580 mln dolarów. To piękny gest, ale Putinowi niezbyt on pomaga. Sondaże poparcia, choć gwarantują mu wygraną, nie zmieniają się niemal wcale.

Nic dziwnego – Putin obiecuje zmiany w systemie politycznym i  gospodarczym, ale mają one charakter raczej kosmetyczny, a niektóre wręcz wywołują pytanie – a dlaczego Putin wcześniej ich nie  przeprowadził? Przecież rządzi od 12 lat. – Żeby rating Putina wzrósł, on musi zacząć mówić coś nowego – uważa Dmitrij Orieszkin, politolog. –  Putin dużo jeździ, ale niewiele mu to pomaga, bo nie ryzykuje i spotyka się z przedstawicielami tych grup społecznych, które go popierają. Centrum Lewady w ostatnim sondażu na pytanie „Na kogo będziesz głosował?" uzyskało odpowiedź: 37 proc. na Putina (konkurencyjne ośrodki, WCIOM i FOM, mocno związane z władzą, uzyskują lepszewyniki, odpowiednio 49 i 45 proc.).

Pozostali kandydaci: Giennadij Ziuganow – 11 proc., Władimir Żyrinowski – 9 proc., Siergiej Mironow i Michaił Prochorow – po 4 proc. Kreml wydał gubernatorom i wszystkim, którzy w  Rosji zajmują się wyborami, polecenie, które w świetle powyższych liczb może być trudne do spełnienia. Wybory mają być uczciwe, a Putin ma  wygrać w pierwszej turze.

Eksperci twierdzą, że fałszerstwa będą, bo  rosyjska władza nie jest w stanie przeprowadzić uczciwych wyborów. I nie pomoże to, że na polecenie Putina w całej Rosji w niemal wszystkich lokalach wyborczych instaluje się kamery podłączone do internetu, które przez cały czas mają pokazywać urnę do głosowania, a po zakończeniu wyborów stół, na którym będą liczone głosy. Tylko że w Rosji wybory w  niewielkim stopniu fałszuje się przez dorzucanie właściwie wypełnionych kart do głosowania. Jak wyglądało to podczas wyborów do Dumy 4 grudnia 2011 r., opisuje Irina Kołpakowa, przewodnicząca komisji wyborczej nr 655 w Samarze.

Warto dodać, że to typowy przykład. Po zakończeniu głosowania i policzeniu głosów okazało się, że w jej lokalu wygrali komuniści. Jedna Rosja zajęła drugie miejsce. Kopie protokołów, potwierdzone pieczęciami i podpisami przewodniczącej, zabrali obserwatorzy z ramienia poszczególnych partii. I nagle zadzwonił telefon – przewodnicząca została wezwana na spotkanie z władzami rejonu, gdzie polecono jej po prostu napisać nowy protokół, z innymi liczbami. Kołpakowa odmówiła, bo to przestępstwo i jak się wydaje, łatwe do  wykrycia. Są przecież kopie protokołów. Niekoniecznie łatwe.

Kilka razy partie opozycyjne, w podobnej sytuacji, dysponując kopiami protokołów, kierowały sprawy do sądów. Chciały skorygowania sfałszowanego wyniku wyborów i ukarania winnych. Okazywało się, że w tak ewidentnej sprawie nie można wygrać – sąd decydował, że dokumenty, które otrzymali obserwatorzy i które partie przedstawiły jako dowód, to brudnopisy, przez pomyłkę wydane obserwatorom.

A ostateczny wynik był taki jak w  oficjalnych dokumentach. Żadnego ponownego przeliczania głosów. Politolodzy są więc pewni, że jeśli nie zmieni się system, nie pojawią się niezależne sądy ani uczciwe organy ścigania z prokuraturą na czele, nie ma mowy o zmianach. Bo na razie wszystko jest podporządkowane Putinowi i jego otoczeniu.

Okładka tygodnika WPROST: 7/2012
Więcej możesz przeczytać w 7/2012 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0