Skok na główkę

Skok na główkę

Premier Tusk wie, jak wychodzić z kryzysów, więc obecną zadyszkę szybko pewnie opanuje. Czy Platforma potrafi jednak dostrzec, że pod polityczno-medialną pianą coś się w Polsce zmienia? Czy zdąży zareagować?
Kryzys władzy? Co do tego nikt w Platformie Obywatelskiej nie ma  wątpliwości. Po jesiennej wyborczej euforii nastała ciężka zima i niemal z dnia na dzień wszystko zaczęło trzeszczeć. Nad kolejnymi etapami kryzysu nie warto się rozwodzić, od tygodni Polska żyje ustawą refundacyjną, ACTA, znikającym głosem generała Błasika w smoleńskich stenogramach, kompromitacją policji w Sosnowcu, awanturą wokół Narodowego Centrum Sportu, szybkimi pociągami pod specjalnym nadzorem ministra Nowaka, wreszcie publicznym pośmiewiskiem z minister Muchy.

 Osłabiony organizm rządowy coraz słabiej się broni. Z sondaży zamawianych przez kancelarię premiera wynika, że debatę z internautami premier przegrał. Czy ktoś jeszcze pamięta Donalda Tuska, który nie  potrafi sobie dać rady w bezpośrednim starciu z oponentem? Chyba tylko najwytrwalsi obserwatorzy polskiej polityki: przed wyborami prezydenckimi w 2005 r. Tusk nieznacznie wtedy przegrał z Lechem Kaczyńskim.

Reforma emerytalna na kryzys

 Są w Platformie tacy, którzy zrzucają odpowiedzialność na zimę. I  pocieszają się, że polityka jest jak przyroda – żyje cyklami. A za pasem już przecież wiosna. Coś w tym pewnie jest, obecny kryzys do złudzenia przypomina ten sprzed 12 miesięcy. U progu 2011 r. rząd testował wytrzymałość swojego najtwardszego elektoratu, odbierając OFE część składek. Z kolei przeciwników skutecznie mobilizował, opieszale reagując na stronniczość raportu MAK. 

W mediach przestawiono wajchę, a sondaże poleciały na łeb. W kwietniu ubiegłego roku na Platformę chciało głosować 31 proc. Polaków pytanych przez CBOS ( jeszcze w grudniu było ich więcej o 10 punktów procentowych), a przeciwnicy rządu Tuska po raz pierwszy przeważyli nad zwolennikami. Wiosną PO opanowała sytuację. Po  czym weszła w kampanię wyborczą, kiedy to jakość rządów zeszła na plan dalszy, przesłonięta widmem powracającego kaczyzmu. Wielkomiejski młody elektorat, stanowiący siłę napędową PO, raz jeszcze zawierzył Tuskowi.

Dziś sytuacja jest jednak bardziej skomplikowana. Następne wybory dopiero za trzy i pół roku, więc powrotem PiS nawet nie warto próbować straszyć. Dziś największym problemem Tuska jest słabość jego własnej ekipy, która straciła zdolność skutecznego zarządzania kryzysem, oraz  rosnące zwątpienie w klubie parlamentarnym w przywódcze talenty premiera.

Doszło do rzeczy niecodziennej: jedynym sposobem na opanowanie sytuacji stał się „skok na główkę" w najbardziej kontrowersyjną z reform planowanych przez ten gabinet – podniesienie wieku emerytalnego. Premier osobiście podjął się przeprowadzenia jej przez parlament. Publicznie straszy konsekwencjami zarzucenia reformy. Ostrzega, że jak nie wyższy wiek emerytalny, to drastyczne cięcie emerytur i niebotyczne stawki podatku VAT. Nawet argumenty pozytywne – że dłuższa praca oznacza wyższą emeryturę – zeszły na dalszy plan. Czy twardo forsując reformę, którą popiera tylko 20 proc. obywateli, można odbudować zaufanie do rządu? –  Paradoksalnie tak – przekonuje wpływowy poseł PO.

– Donald nie ma  wyjścia. Gdyby zaczął lawirować, dałby partii sygnał, że stracił zdolność rządzenia. Zaczęłyby się ruchy odśrodkowe. Posłowie chcą tej reformy i potrzebują spektakularnego sukcesu. Doradca Tuska: – Reforma wieku emerytalnego da partii nowe spoiwo i pozwoli Donaldowi utrzymać przywództwo. Schetyna zobowiązał się przed Tuskiem, że dopóki kurs reformatorski będzie utrzymywany przez rząd, on pozostanie lojalny. Ale  jak tylko zejdziemy z tego kursu, Grzegorz zawiąże sojusz z Pałacem Prezydenckim przeciwko Tuskowi. Do tego dochodzą nastroje w największych mediach, które – jak tłumaczy współpracownik Tuska – zakochały się w  reformie emerytalnej.Premier nie chce dawać im powodów do krytyki. Podwyższenie wieku emerytalnego ma więc odbyć się możliwie szybko, bez dzielenia włosa na czworo, ewentualnie z pewnymi koncesjami na rzecz PSL.

Poseł Platformy: – Poparcie jeszcze bardziej nam spadnie, ale do  czasu. Ubiegłoroczny kryzys związany z OFE dostarcza budujących wniosków. Ludzie zostali przestraszeni przez media wizją głodowych emerytur, ale później szybko spostrzegli, że przecież nic w ich życiu się nie zmieniło. Któż miałby się trwale zadręczać tym, co stanie się za  kilkanaście bądź kilkadziesiąt lat? I teraz ma być tak samo. A jak już rząd Tuska upora się z najbardziej niepopularną reformą, będzie miał ponad trzy lata na ocieplanie swojego wizerunku. – Donald aż tak nie  obawia się drastycznego załamania sondaży. Potrafi walczyć o odzyskanie sympatii wyborców – tłumaczy jego współpracownik.

– Znacznie gorsza byłaby stopniowa erozja władzy, która wywołuje rosnące zniechęcenie społeczne i prowadzi do rozkładu zaplecza politycznego. To mniej więcej spotkało przed laty rząd Jerzego Buzka.

Od reform gorszy rozkład

Rzut oka na wykresy poparcia dla rządu AWS-UW dowodzi, że obawy i  nadzieje otoczenia Tuska mają podstawy. Przypomnijmy: Buzek został premierem jesienią 1997 r. i niemal z marszu zaczął wprowadzać rewolucyjne zmiany. Rok 1998 był czasem wprowadzania wielkich reform –  zdrowia, administracji, edukacji i ubezpieczeń społecznych.

Opozycja jak tylko mogła, rzucała Buzkowi kłody pod nogi: szef SLD Leszek Miller straszył siedmioma plagami egipskimi, prezydent Kwaśniewski zbijał kapitał na lękach lokalnych społeczności obawiających się nowego podziału administracyjnego, a upartyjniona TVP Roberta Kwiatkowskiego odmawiała rządowi wsparcia w misji tłumaczenia reform. Na niewiele to  się zdało. Reformy weszły w życie, a poparcie dla AWS w styczniu 1999 r. (według CBOS) było na takim samym poziomie jak rok wcześniej – 28 proc. Rządowi Buzka ubyło zaś raptem 4 proc. zwolenników.

Schody zaczęły się, gdy reformy weszły już w życie. W styczniu 1999 r. nastał wielki bałagan. Kasy chorych nie zadziałały jak należy, a poukładana na nowo administracja pogrążyła się w chaosie. Ludzie poczuli, że i tak już rachityczne państwo straciło resztki wydolności. Chwilę później cały kraj dosłownie stanął w wyniku blokad poustawianych na kluczowych drogach przez Samoobronę. Skutek? Natychmiastowy spadek poparcia dla AWS o ponad 6 punktów procentowych i przyrost przeciwników rządu. Nie było tego już jak odwojować, gdyż pieczołowicie lepiona przez Mariana Krzaklewskiego konstrukcja AWS zaczęła pękać w szwach. W styczniu kolejnego roku poparcie dla Akcji wynosiło już tylko 16 proc., a półtora roku później formacja Krzaklewskiego i Buzka nie zdołała nawet przekroczyć progu wyborczego.

Jakie z tego przestrogi dla Donalda Tuska? Że wyborcy reagują na bieżące problemy. Nie lubią być zaskakiwani zmianami negatywnie wpływającymi na  ich życie – tu i teraz. Odstręcza ich chaos w państwie, brak koordynacji i silnego przywództwa. Wizja zaś wyrzeczeń czekających w przyszłości nie  jest aż tak straszna, o ile da się ludziom czas na oswojenie się z nimi.

Dla Tuska wypływa z tego nadzieja, że polityczny koszt podniesienia wieku emerytalnego wcale nie musi być aż tak wysoki. Mimo to w otoczeniu szefa rządu dominuje niepewność. Słabość nowego gabinetu jest oczywista, a już poprzedni nie grzeszył zbytkiem silnych punktów. Nie dziwi więc, że w otoczeniu premiera częściej mówi się o zagrożeniach niż o szansach. Nawet największe wydarzenie roku – Euro 2012 – uznawane jest za  potencjalne źródło kłopotów.

Doradca premiera: – Po pierwsze, przed mistrzostwami media dokonają bilansu przygotowań i okaże się, jak wiele nie udało się zrobić. Po drugie, również bilans ekonomiczny samego Euro jest niewiadomą. Donald obawia się, że będzie tak, jak z olimpiadą w  Atenach – ogromne koszty przy niewielkich zyskach. Po trzecie, słabość drużyny Smudy. Gramy w słabej grupie, więc nadzieje na dobry wynik zostaną napompowane. A jeśli piłkarze nie podołają, nastroje społeczne siądą, co odbije się na poparciu dla rządu. To wiele mówi o nastrojach w  PO.

Czy bać się piętnastolatków?

Kwestia kolejna, której nie można ominąć, sprowadza się do odpowiedzi na  pytanie ochoczo stawiane niegdyś przez samego premiera: czy Platforma ma  z kim przegrać? PiS utrzymuje poparcie na poziomie 20 proc. i nic nie  wskazuje, aby partia Kaczyńskiego była w stanie przyciągnąć nowe grupy wyborców. Na spadkach sondażowych PO zdaje się lekko tuczyć Janusz Palikot. Ale sondaże są jeszcze rozchwiane, a sejmowej zbieraniny Palikota sztabowcy Platformy ciągle nie traktują poważnie. Co innego, gdyby do gry miał wejść Kwaśniewski, o czym polityczne salony spekulują od dawna. – To byłby poważny przeciwnik – uważa nasz rozmówca z  otoczenia Tuska.

– Partia Kwaśniewskiego i Palikota, wsparta autorytetem takich ludzi jak Marek Belka bądź Jerzy Hausner, mogłaby spowodować nową polaryzację sceny politycznej. Zostalibyśmy zepchnięci do narożnika jako antyreformatorscy oportuniści. Ale to kolejny argument za szybkim podniesieniem wieku emerytalnego. Z rozmów ze współpracownikami Tuska wynika jednak, że ich analizy ograniczają się do wąskiej przestrzeni dającej się zmierzyć sondażami poparcia dla istniejących dziś partii. Zjawiska społeczne dokonujące się poza tą sferą bywają już ignorowane.

Czy słusznie? Wydarzenia ostatnich miesięcy pokazują, że w Polsce coś się zmienia. Wiele wskazuje, że pod grubą warstwą oficjalnego dyskursu polityków i mainstreamowych mediów dokonują się procesy, z których można wnioskować, iż legitymizacja całej politycznej nadbudowy kruszeje. Ujawniają się kolejne grupy, które odrzucają nie tyle Tuska czy PO, ile cały system oparty na reprezentacji wyłonionej w demokratycznych wyborach, namaszczonych przez media autorytetach oraz kulturze masowej dostarczanej przez wielkie korporacje.

Już wydarzenia z 11 listopada pokazały, że potencjał prawicowego niezadowolenia zdaje się już wymykać spod kontroli Jarosława Kaczyńskiego. W Warszawie odbyła się wielka manifestacja przeciwników liberalno- -demokratycznych fundamentów państwa, odmawiających uczestnictwa w oficjalnym dyskursie, otwarcie za  to gloryfikujących narodową wspólnotę czerpiącą z przedwojennych endeckich wzorców.

Coś, co do niedawna było uważane za martwą tradycję, dostarczającą co najwyżej użytecznej symboliki, zdawało się nagle ożywać. A czymże były protesty przeciwko ACTA, jeśli nie kolejną (choć dokonaną z innych pozycji) demonstracją sprzeciwu wobec reguł porządkujących sferę publiczną? Powód protestu – wolność wymiany plików w internecie – mógł niektórym wydać się błahy, ale to tylko dowodzi, jak mało polityczno-medialny establishment wie o stylu życia i aspiracjach wchodzącego w dorosłość pokolenia. Wiele wskazuje, że oto w końcu ujawnili się polscy „oburzeni". Ich również łączy odmowa uczestnictwa. W  pogardzie mają niepozostawiającą zbyt wielu alternatyw demokrację parlamentarną. Kontestują globalny kapitalizm podporządkowany zachciankom rynków. Wielu z nich pewnie odrzuca celebrycki blichtr kultury masowej.

Internet gwarantował im dotąd odrębny obieg informacyjny, ale dopiero protestując na ulicy, mogli się ujrzeć i  policzyć. To przejście od odmowy uczestnictwa do zaangażowania się jest znaczące. I choć nie można wykluczyć, że styczniowe protesty to tylko polityczny flash mob (zwołana wirtualnie jednorazowa zgrywa), młode pokolenie mimo wszystko zdołało uczynić pierwszy krok ku politycznej podmiotowości. Jak zareagowali stratedzy PO? Schematycznie. Definiując przeciwnika jako „internautów", usiłowali uciec od problemu. Użytkownicy internetu nie tworzą przecież grupy społecznej, są zbiorowością amorficzną, niezdolną do wyłonienia trwałej reprezentacji, a więc politycznie niegroźną.

Ale internet jest jedynie narzędziem komunikacyjnym. Istotą sprawy wydaje się przebudzona obywatelskość sporej części młodego pokolenia. Dziś w PO słychać jednak uspokajające głosy, że nie ma się co martwić, bo piętnastolatki nie głosują. A że za  trzy lata staną się już osiemnastolatkami? Co im wówczas powie władza? Że Kaczyński czai się za rogiem?

Okładka tygodnika WPROST: 8/2012
Więcej możesz przeczytać w 8/2012 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0