Gwiazdy okupują

Gwiazdy okupują

Angelina Jolie, Meryl Streep, Charlotte Gainsbourg, Antonio Banderas, Michael Fassbender, Christian Bale i inni – w tym roku berlin był wyjątkowo glamour. Bo choćby festiwal był najbardziej zaangażowany i politycznie słuszny, to dziś bez gwiazd nie ma racji bytu.
Historie, które nie zostały opowiedziane, nie istnieją w ludzkiej świadomości – tłumaczył w Berlinie Javier Bardem, producent i jeden z  bohaterów „Sons of the Clouds: The Last Colonyo Saharawi", dokumentu o  konflikcie wokół zapomnianego skrawka świata, jakim jest Sahara Zachodnia, gdzie mieszkańcy od lat – bezskutecznie – walczą o  niepodległość. W filmie Bardem przemierza obozy dla uchodźców, wydeptuje korytarze ONZ, domaga się skutecznych działań od hiszpańskiego rządu. Aktor ma rację, że nieopowiedziane historie nie istnieją w ludzkiej świadomości, jednak film, którego jest współautorem, dowodzi jeszcze jednego: że nie wystarczy tych historii opowiedzieć.

 One jeszcze muszą mieć twarz. Koniecznie wystarczająco znaną, by skupić uwagę widzów i  mediów. Bez Bardema „Sons of the Clouds: The Last Colonyo Saharawi" byłoby tylko kolejnym „prawoczłowieczym” dokumentem przykuwającym uwagę garstki zainteresowanych.

Z kolei gdyby za kamerą w „The Land of Blood and Honey" stał ktokolwiek inny niż Angelina Jolie – największa gwiazda tegorocznego Berlinale – pies z kulawą nogą nie zainteresowałby się słabym melodramatem, dla którego tłem jest wojna na Bałkanach, a media z  całego świata nie powtarzałyby banałów o dramacie pary kochanków (ona bośniacka Muzułmanka, on prawosławny Serb), który symbolizuje rozpad byłej Jugosławii. – To strasznie dziecinne, ale chciałam po prostu zobaczyć Angelinę – wyznała mi szeptem niemiecka dziennikarka, której też udało się cudem dostać na konferencję ekipy „The Land of Blood and  Honey”.

– Musiałam się przekonać, czy na żywo też jest taka piękna… No właśnie – trudno dociec, czy w ostatecznym rozrachunku gwiazda, która staje się rzecznikiem sprawy, jak Bardem czy Jolie, faktycznie rzuca na  ową sprawę światło, czy raczej ją swoim blaskiem przyćmiewa.

W Berlinie nie rozmawiano o wojennych gwałtach, nie dyskutowano z reżyserską wizją Jolie; za to dużo było mowy o tym, czy przyjechała na festiwal z Bradem Pittem i dziećmi. Jedyne prowokacyjne pytanie, a i to żartem, zadała Jasmila Žbanić, reżyserka lepszych i mądrzejszych filmów o  konsekwencjach bałkańskiego konfliktu: „Grbavicy" i „Jej drogi”. Žbanić prowadziła rozmowę z Jolie po jednej z projekcji i dociekając, dlaczego gwiazda zatrudniła lokalnych, nieznanych światu aktorów, rzuciła z  uśmiechem: „Po prostu byli tańsi?”. Jeszcze bardziej zaskakująca była konferencja po pokazie „Side by Side” Chrisa Kenneally’ego.

Moderator usiadł do reżysera… tyłem, bo całą jego uwagę skupił Keanu Reeves, producent i jeden z bohaterów tego dokumentu o końcu taśmy filmowej i  znaczeniu digitalnej rewolucji („Nienawidzę 3D! Te niewygodne okulary… Zawsze jest mi niedobrze… 3D to czysty marketing!" – deklaruje w tym filmie słynny operator Wally Pfister). – Problem ze współczesnym kinem polega na tym, że wciska ludzi w role, do których nie pasują, tylko dlatego że są znani – przekonywałw Berlinie Billy Bob Thornton, który prezentował w konkursie wyreżyserowany przez siebie „Jane Mansfield’s Car”.

I choć mówił o rolach filmowych, jego słowa można interpretować szerzej. Zasada wydaje się prosta: jeśli jesteś celebrytą, który kręci film, możesz zatrudnić nieznanych aktorów (casus Jolie); jeśli jesteś nieznanym reżyserem, musisz obsadzić celebrytów (casus choćby „Bel Ami" Declana Donnellana i Nicka Omeroda, w którym wystąpili Robert Pattinson, Uma Thurman, Christina Ricci).

 Nużąca polityka

 Berlinale od lat przekonuje, że film bywa narzędziem demokracji, tym razem dowiodło jednak, że lepiej, by kino nie było używane w ten sposób za często, a jeśli już – by odbywało się to subtelnie, jak choćby w  węgierskim „Csak a szel" Bence’a Fliegaufa, najlepszej z konkursowych produkcji (ten numer „Wprost” zamykaliśmy przed ogłoszeniem werdyktu jury). Bardzo intensywny, gęsty, kreujący niesamowite napięcie film Fliegaufa luźno oparty jest na faktach i odnosi się do serii niedawnych zabójstw Romów dokonanych na Węgrzech; w ciągu niespełna roku życie straciło tam osiem osób. Fliegauf pokazuje jeden dzień z życia romskiej rodziny i społeczności.

Osaczeni przez cichą nienawiść, która może wybuchnąć od najbłahszego incydentu, Romowie żyją jak zwierzęta – bo są traktowani jak zwierzęta. Poza filmem Fliegaufa konkurs nie przyniósł żadnych rewelacji. Był dość nużącym, momentami tylko interesującym przeglądem gorących tematów i ważnych politycznie spraw. W pamięci zostanie „Captive" Brillante Mendozy z ciekawą rolą Isabelle Huppert, odwołujący się luźno do incydentu z września 2001 roku, gdy filipińska Al-Kaida przetrzymywała w dżungli przez kilkanaście miesięcy grupkę zakładników; „Shadow Dancer” Jamesa Marsha, niezły szpiegowski thriller, którego akcja rozgrywa się w Irlandii Północnej; czy „Meteora” Spirosa Stathoulopoulsa, czyli nastrojowa rzecz o erosie i  agape, dwóch rodzajach miłości, z jakimi mierzy się para: prawosławni mniszka i mnich.

Jednym z moich ulubionych berlińskich tytułów stał się tani, nakręcony w tydzień filipiński film„Ang Babae Sa Septic Tank" Marlona Rivery. To satyra na zachodni świat złakniony kinowej egzotyki, w przyswajalnej i przewidywalnej postaci, ale też na filipińskich twórców chętnie wykorzystujących modę na tę część świata.

Bohaterowie „Ang Babae Sa Septic Tank", czyli młodzi i rzutcy reżyser oraz  producent, postanawiają nakręcić film w slumsach Manili. Jego bohaterką będzie samotna matka siedmiorga dzieci, która na obiad gotuje gar wody z  torebką makaronu instant i zmuszona przez okrutny los sprzedaje pociechy starym pedofilom.

Twórcy rozważają, czy poprzestać na dramacie, czy może nakręcićdokument albo jeszcze lepiej musical. W jakim to ma być stylu („Po co ci steadicam, bro, im bardziej kamera się trzęsie, tym lepiej!")? Czy jeśli matka sprzeda pedofilowi syna, będzie to bardziej kontrowersyjne – czyli bardziej spodoba się festiwalowym selekcjonerom? Kogo obsadzić w głównej roli? Atrakcyjną młodą aktorkę czy lepiej gwiazdę lokalnych soap oper? Rivera nazywa to „pornografią biedy”, której rzeczywiście nie brakuje we współczesnym kinie.

Okupacja czerwonego dywanu

Tak czy owak, gwiazdy zdecydowanie przyćmiły w tym roku politykę –  zupełnie inaczej niż podczas poprzedniej edycji, poświęconej Iranowi. Wtedy puste krzesło do końca czekało na uwięzionego w areszcie domowym reżysera Jafara Panahiego, a zwycięstwo „Rozstań" Asghara Farhadiego (wkrótce dowiemy się, czy dostanie także Oscara) przypieczętowało polityczny i artystyczny sukces irańskiego kina w Berlinie.

Także w  zeszłym roku egipscy dziennikarze i twórcy świętowali w Berlinie upadek rządów Mubaraka. Nic dziwnego, że tegoroczne Berlinale zdominowała arabska wiosna, pokazywana w dokumentach i fabułach, omawiana podczas spotkań i dyskusji.

Ale temperatura politycznych debat nie była w tym roku wysoka, czasami nawet wiało chłodem, jak po pokazie „Indignados", najnowszego, tym razem dokumentalnego, filmu Tony’ego Gatlifa („Vengo”, „Exils”). Chaotyczny, by nie powiedzieć: bełkotliwy, film Gatlifa to  podróż z kamerą przez europejskie miasta: Ateny, Paryż, Madryt, gdzie trwają protesty „oburzonych”, a demonstranci wychodzą na ulicę z hasłami „Wstań z kanapy, wyłącz telewizor, Europejczycy, powstańcie”.

– Czuliśmy się, jakbyśmy obserwowali wojnę – opowiadał Gatlif, który przywiózł z  sobą do Berlina samego Stephane’a Hessela, autora bestsellerowego „Indignez- -vous!", od którego wzięli nazwę „oburzeni”. Hessel wygłosił monolog o potrzebie zmieniania świata, a odtwórczyni jednej z ról, Isabell Vendrell Cortes, przybyła na konferencję z maską „oburzonych”, na której widniał napis: „Occupy Everywhere”. Dziennikarzy prosiła, by  nie służyli dyktaturze medialnych korporacji, lecz stali na straży prawdy. Gdy brawa ucichły, wszyscy spokojnie rozeszli się do swoich zadań: ekipa „Indignados” poszła okupować czerwony dywan, a dziennikarze – stanowiska komputerowe w biurze prasowym, skąd w pocie czoła relacjonowali swoim medialnym koncernom przebieg festiwalu. Jak podpisana powyżej.

Okładka tygodnika WPROST: 8/2012
Więcej możesz przeczytać w 8/2012 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0