Boni nie chodzi do Biedronki

Boni nie chodzi do Biedronki

Michał Boni wytłumaczył Polakom, że w naszej miodem i mlekiem płynącej krainie, fachowiec wstaje z łóżka dopiero, jeśli zaoferujemy mu wynagrodzenie w wysokości ok. 10 tysięcy złotych miesięcznie – a i wtedy niechętnie, więc najlepiej dopisać mu w kontrakcie jakieś 500 tysięcy złotych premii. Bo inaczej żaden Kapler, żadnego stadionu już nam nigdy do użytku po terminie nie odda.
Wypowiedź Boniego przypomina niedawną argumentację minister Joanny Muchy, która po tym jak zrobiła swojego znajomego wicedyrektorem Centralnego Ośrodka Sportu (bez konkursu, bo po co tracić czas?), przekonywała, że wszyscy powinniśmy się cieszyć iż taki fachowiec chce pracować dla nas za tak niewielkie pieniądze (nie dowiedzieliśmy się niestety jak niewielkie, ale można domyślać się, że jest to wynagrodzenie w granicach wskazanych przez Boniego). Przypomina też argumentację tych, którzy przekonywali, że gdyby w kontrakcie Rafała Kaplera zabrakło obietnicy wypłacenia półmilionowej premii za to tylko, że Kapler będzie do pracy przychodził, to wówczas nie tylko Kapler, ale w ogóle nikt odpowiednio fachowy by nam Narodowego nie budował. A więc podatnicy – chcecie mieć fachowców, to płaczcie i płaćcie.

Z częścią wypowiedzi Boniego mogę się zgodzić – rzeczywiście, jeśli nie chcemy, aby stadiony i drogi budowali nam absolwenci szkół tego i owego do niczego nieprzydatnego to musimy im zapłacić więcej niż 1500 złotych brutto. Trudno jednak zgodzić się z tym, że jeśli nie obiecamy złotych gór Kaplerom et consortes – to nie znajdzie się nikt godzien pracy w pocie czoła na chwałę infrastruktury III RP. Zwłaszcza, że dotychczas castingi na fachowców wyglądają tak, jak wyglądają. Albo – jak w przypadku wspomnianej wcześniej Joanny Muchy – okazuje się, że jakiś znajomy chciałby się sprawdzić na nowym odcinku, więc zamiast organizować konkurs na stanowisko, cieszmy się że nasza piękna minister ma takich utalentowanych znajomych. Albo – jak w przypadku Kaplera – znajdujemy fachowca, który sprawdził się w biznesie - a mówiąc biznes mamy na myśli m.in. kontrolowany przez Skarb Państwa PKN Orlen. I potem nasz fachowiec nie spieszy się z realizacją powierzonego mu projektu, bo czy się stoi czy się leży premia od państwa się należy. Co nie jest, broń Boże, winą Kaplera (sam bym podpisał taki kontrakt bez mrugnięcia okiem) – ale jest winą tych, którzy są przekonani, że fachowcom trzeba nieba przychylić, aby byli łaskawi nie wywiązywać się ze swoich obowiązków.

Powiedzmy sobie wprost – państwo nigdy nie skusi najlepszych z najlepszych, by dla niego pracowali – bo prywatne firmy zawsze będą mogły zapłacić więcej. Państwo może kusić prestiżem realizowanych inwestycji, albo grać na patriotycznej nucie (zarabiasz mniej, ale robisz to dla Rzeczpospolitej). Stać je jednak na zatrudnienie solidnych rzemieślników, którzy z entuzjazmem zgodzą się pracować za wspomniane przez Boniego 10 tysięcy złotych miesięcznie - i nie będą upominać się o gigantyczne premie. Dlaczego tak myślę? Bo – najwyraźniej w odróżnieniu od Boniego – odwiedzam czasem supermarkety, w których absolwenci zarządzania i marketingu wykładają chemię na półkach, albo siedzą za ladą – i marzą o tym, by dostać 100 złotych więcej niż wynosi pensja minimalna. Absolwentów rozmaitych uczelni spotykam też w barach szybkiej obsługi, w sklepach z ubraniami i w wielu innych miejscach, w których w żaden sposób nie wykorzystują wiedzy, w którą wyposażyliśmy ich za pieniądze podatników (bo wielu jest absolwentami państwowych uczelni). Owszem – część z nich pewnie studiując minęła się po prostu z powołaniem i teraz cierpi, ale inna część z powodzeniem mogłaby ubiegać się o pracę w szeroko rozumianej administracji – pod warunkiem, że dalibyśmy im taką szansę.

Niestety państwo taką szansę daje bardzo rzadko. Owszem – aby obsadzić stanowisko, na którym pobiera się pensję z państwowej kasy, trzeba przeprowadzić konkurs, ale miałem kiedyś przyjemność obserwować jak to wygląda w praktyce. Rzecz dotyczyła pewnego stanowiska związanego z obsługą mediów w Ministerstwie Obrony Narodowej. Obowiązki związane z piastowaniem tego stanowiska od pewnego czasu sprawowała osoba, która miała zostać pełnoprawnym pracownikiem resortu. Aby to zrobić trzeba było jednak przeprowadzić konkurs. Żaden problem – konkurs ogłoszono bowiem w taki sposób, aby dowiedział się o nim wyłącznie sam zainteresowany (próbowaliście kiedyś znaleźć informację na temat rekrutacji w Biuletynie Informacji Publicznej? Nie? To spróbujcie). Jakimś cudem o konkursie dowiedziała się jednak jeszcze jedna osoba – co wywołało konsternację wśród wszystkich zainteresowanych sprawą, ale nie przeszkodziło nikomu w tym, by stanowisko zajął ten, kto miał je zająć. Czasem w ten sposób pewnie uda się zatrudnić fachowca. Ale czy zawsze?

Może więc zamiast zapisywać kolejnemu Kaplerowi milion, albo i dwa miliony złotych premii w kontrakcie – warto by było czasem poszukać tych fachowców na poważnie?

Czytaj także