Autolustracji Króla nie będzie, sąd się nie zgodził

Autolustracji Króla nie będzie, sąd się nie zgodził

Marek Król (fot. Wprost) / Źródło: Wprost
Sąd odmówił wszczęcia autolustracyjnego procesu byłego naczelnego tygodnika "Wprost" Marka Króla. Król chciał, by sąd stwierdził, czy Król współpracował z organami bezpieczeństwa PRL, co trzeba wpisać w rubryki oświadczenia lustracyjnego. - Sąd od tego nie jest - wyjaśnił rzecznik sądu.
Sąd Okręgowy w Warszawie zbadał wniosek Króla w tej sprawie. Ze względów formalnych odmówiono wszczęcia postępowania. - Składając wniosek o autolustrację należy złożyć oświadczenie lustracyjne i wskazać w nim, czy służyło się w organach bezpieczeństwa PRL, albo się nie służyło, lub czy się z nimi współpracowało, czy nie. Tymczasem lustrowany nie wypełnił rubryk oświadczenia, bo chciał, aby to  sąd stwierdził, czy doszło do współpracy, czy też nie - a sąd nie jest od tego. W tej sytuacji sąd uznał, że zachodzi tzw. formalna ujemna przesłanka procesowa i odmówił wszczęcia postępowania - oświadczył po posiedzeniu rzecznik sądu Wojciech Małek.

59-letni Król skorzystał z zapisu ustawy lustracyjnej, dającej prawo do sądowej autolustracji każdemu, kto chce oczyścić się z "publicznego pomówienia" o związki z tajnymi służbami PRL. O związki z SB oskarżył Króla w latach 90. tygodnik "Nie" Jerzego Urbana. Król wiele razy zaprzeczał. Proces o ochronę dóbr osobistych z powództwa Króla wobec Urbana nadal się toczy. Nie może jednak dotyczyć lustracji jako takiej - stąd wniosek o autolustrację. Najnowsza decyzja sądu jest nieprawomocna. Król może się od niej odwołać do Sądu Apelacyjnego w  Warszawie. Nie wiadomo, czy tak uczyni.

W 1996 r. tygodnik Urbana po raz pierwszy napisał, że Król - przez 18  lat redaktor naczelny "Wprost" - był agentem SB o kryptonimie "Rycerz". "Nie" powtórzyło to oskarżenie W 2005 r., powołując się na oficera SB. Te dwie publikacje stały się powodem procesu cywilnego wytoczonego przez Króla. W  2006 r. "Rzeczpospolita" podała, że były oficer SB Witold N., zeznając przy zamkniętych drzwiach jako świadek w tym procesie, potwierdził informacje "Nie".

W 2009 r. Sąd Okręgowy w Warszawie orzekł, że Urban nie musi przepraszać Króla i publikować sprostowania twierdzeń, by był on agentem SB. Od tego orzeczenia apelację złożył pełnomocnik powoda. SA uchylił orzeczenie i nakazał ponowne rozpoznanie sprawy. - Podstawą takiego rozstrzygnięcia jest nierozpoznanie istoty sprawy w I instancji -  mówił, uzasadniając orzeczenie SA, sędzia Jacek Sadomski. Według SO dziennikarze "Nie" "zachowali należytą staranność". Za wiarygodne SO uznał zeznania Witolda N. SO zastrzegł, że nie rozstrzygał o  prawdziwości dokumentów, tylko badał fakt dochowania staranności przez autorów publikacji.

W 1996 r. w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej" na pytanie, czy był agentem, Król odpowiadał: "Niczego w życiu nie podpisywałem. (...) Gdy w  1985 r. zostałem zastępcą naczelnego »Wprost«, to raz na miesiąc, raz na dwa miesiące, przychodził do redakcji jakiś facet z SB, meldował się w  sekretariacie i pytał o nastroje". W 2007 r. "Wprost" przyznało, że  Marek Król był zarejestrowany jako tajny współpracownik SB o pseudonimie Adam. Król zaprzeczał, by jego kontakty jako wiceszefa "Wprost" z  oficerem SB w latach 80. miały charakter tajnej współpracy.

Od lipca 1989 r. do stycznia 1990 r. Król był sekretarzem Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. W latach 1989–1991  był posłem na Sejm z listy PZPR. Od 1984 r. związany z "Wprost". Redaktorem naczelnym został w lutym 1989 r. Złożył rezygnację z  kierowania tygodnikiem w 2006 r. Zaprzeczał wtedy, że powodem dymisji były niewyjaśnione epizody z jego przeszłości.

W trybie autolustracji sądy uznały prawdziwość oświadczeń o braku związków ze służbami specjalnymi PRL m.in.: byłego marszałka Sejmu Wiesława Chrzanowskiego, prezydenckiego ministra Mariusza Handzlika, sekretarza Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa Andrzeja Przewoźnika, byłego szefa Państwowej Komisji Wyborczej Ferdynanda Rymarza, byłej minister finansów Zyty Gilowskiej. Za "kłamcę lustracyjnego" i agenta SB z lat 1969-77  uznano w tym trybie historycznego lidera KPN Leszka Moczulskiego. Z autolustracji wycofał się abp Stanisław Wielgus. Trwa lustracja Ireny Dziedzic.

zew, PAP

Czytaj także

 2
  • Nasław IP
    Zrozumcie młodzi ,że w czasach totalitarnej i nie demokratycznej komuny wystarczyło ,abyś siedząc biurko w biurko z kolegą ,który był w S.B.lub W.S.I. a nawet w W.O.P. i działał pod przykryciem normalnej pracy jako oficer agent - abyś bez swojej wiedzy został zarejestrowany jako Kontakt Operacyjny!!!Nic nie podpisywałeś i nic nie wiedziałeś ,a założył ci teczkę i nadał pseudonim....a w rozmowach koleżeńskich zbierał informacje od ciebie pod pozorem rozmowy!!! Wobec przłożonych wykazywał się pozyskaniem K.O.Dodatkowo każde przedsiebiorstwo ,czy organizacja ,czy urząd miał przydzielonego swojego \"opiekuna\" ,który co poniedziałek ,lub kiedy chciał oficjalnie odwiedzał dyrektora i rozmawiał o tym co się dzieje , ten dyrektor tez miał założoną teczkę i nadany pseudonim. Jeśli przedsiębiorstwo ,lub instytucja były ważne z ich punktu widzenia ,to oczywiście pozyskiwano też T.W. od których brano podpis o zgodzie na współpracę i wynagradzano w różny sposób - i o nich można jedynie mówić jako o świadomych współpracownikach.Byli też umiejscowieni w różnych środowiskach T.W tak utajnieni ,że nie rejestrowano ich w ogólnych kartotekach. Pmiętać też należy ,że większość aktywności Służb była nastawiona na kontrwywiad i wywiad gospodarczy i wojskowy ,polityka dotyczyła niewielkiej opozycji.
    • sondor IP
      Moczulski, uchodzący za takiego antykomunistę okazał się
      sam być \"pieskiem\" na usługach \"reżimu\" jak to sam nazywał
      Komu tu wierzyć? Chyba tylko samemu sobie, bo tylko wtedy
      wiadomo czy swym zachowaniem nie naruszył godności człowieczej, więcej nikomu a więc i Królowi.

      Czytaj także