Kwestia wiarygodności

Kwestia wiarygodności

Donald Tusk mierzy się dziś z dwoma problemami: kryzysem własnej wiarygodności i utratą kontroli nad Platformą. W pierwszym ma mu pomóc reforma emerytalna, w drugim – przejęcie inicjatywy w partii. Premier spotyka się z posłami, jednego pochwali, drugiego skarci, innego nazwie liderem. Czy to wystarczy?
Współpracownik Donalda Tuska: – Nastrój w kancelarii premiera jest nie najlepszy. Jakoś tam ciemno, ponuro, wszyscy zmęczeni. Od razu skojarzyła mi się końcówka Jerzego Buzka. Niby wszystko w porządku, niby ktoś się krząta, są jakieś spotkania, ale czuć schyłek. A przecież kadencja się dopiero zaczęła.

– Skoro jest tak źle, to dlaczego premier nie dokonuje zmian? Nie może ktoś mu tego doradzić? – dopytuję jednego z ministrów. – Doradzają mu to różni ludzie. Nawet Jan Krzysztof Bielecki mówi mu, że coś trzeba zrobić, bo ten rząd nie jedzie. Premier się z tym zgadza, nawet sam narzeka, że musi być ministrem od wszystkiego, bo inni sobie nie radzą. Ale jak pada pytanie o zmiany, to temat się ucina: „Nie mogę przecież ciągle wychodzić i przyznawać się do porażek".

Współpracownik szefa rządu: – Tusk widzi, co się dzieje: Janusz Palikot jest rosnący, a nam kłopotów przybywa. Mentalnie jest przygotowany na to, że ta kadencja nie będzie pełna. Odejdzie od nas jeszcze czterech Gibałów, posypie się koalicja i trzeba będzie robić przedterminowe wybory – przewiduje.

Byleby ocalić wiarygodność

Porażek w ostatnich miesiącach rzeczywiście trochę było: ustawa refundacyjna, ACTA, zamieszanie wokół premii szefa Narodowego Centrum Sportu Rafała Kaplera. W każdej z tych spraw rząd się pogubił. Najpierw twardo przy czymś obstawał, a później rakiem się z tego wycofywał. Na więcej niekonsekwencji Tusk nie może już sobie pozwolić.

Premier liczy, że jego wiarygodność uratuje konsekwentne przeprowadzenie reformy emerytalnej. W tej sprawie zabrnął już tak daleko, że jeśli znów musiałby „wyjść i przyznać się do porażki", to jego autorytet ległby w gruzach. Zadanie Tusk ma niełatwe – przeciw pomysłowi wydłużenia czasu pracy opowiada się większość społeczeństwa, według sondaży może nawet 80 proc. Polaków. By zmienić te proporcje, rząd zamierza przeprowadzić telewizyjną kampanię społeczną. Kancelaria premiera szuka już agencji, która zajmie się przygotowaniem spotów reklamowych. – Pomysł jest dobry, ale to może być musztarda po obiedzie. Konsultacje społeczne już się kończą i projekt niedługo może trafić do Sejmu. Na tym etapie kampania społeczna byłaby bez sensu. Należało ją przeprowadzić miesiąc temu – uważa jeden z posłów PO. Inny dodaje: – Myśli pan, że nie mówiliśmy wcześniej premierowi, że przydałaby się taka akcja? Mówiliśmy, i to już od listopada. On za każdym razem odpowiadał: „Pełna zgoda", ale nic nie robił. Obudził się dopiero teraz.

W otoczeniu premiera krążą dwie koncepcje. Pierwsza, najpoważniejsza: zsynchronizować podwyższenie wieku emerytalnego z reformą emerytur mundurowych i przeprowadzić obie zmiany jak najszybciej. Dzięki temu największe protesty odbędą się jeszcze przed Euro 2012, a wśród Polaków nie powstanie wrażenie, że jedne grupy społeczne są obarczane nowymi zobowiązaniami, a inne dalej cieszą się przywilejami. Ten scenariusz kryje w sobie jednak dwa zagrożenia. Kampania społeczna będzie prowadzona na ostatnią chwilę, a więc może się okazać nieskuteczna. Nie wiadomo też, jak w tej sytuacji podczas Euro 2012 zachowałaby się policja. Część polityków Platformy boi się, że zreformowane służby zamiast dać z siebie wszystko, będą „urzędolić od ósmej do szesnastej".

Druga koncepcja: wstrzymać się z wszelkimi zmianami co najmniej do wakacji. Wówczas będzie można przeprowadzić porządną akcję informacyjną, która pomoże przekonać część społeczeństwa. Zwlekanie z reformą będzie jednak oznaczać dalszą erozję wiarygodności Tuska, a podczas Euro 2012 przez Polskę przetoczy się fala protestów związkowych.

Wiceewa się frustruje

Atmosfera w Platformie jest zła. Posłowie widzą, że nie mają na nic wpływu, wszystkie decyzje zapadają w Al. Ujazdowskich, a oni są traktowani jak maszynki do głosowania. Tusk dotychczas nawet nie dbał o pozory. W tej kadencji był zaledwie na jednym posiedzeniu klubu parlamentarnego. A kiedy dwa miesiące temu w jednej z wewnętrznych dyskusji pojawił się temat wniosku o Trybunał Stanu dla Jarosława Kaczyńskiego i Zbigniewa Ziobry, tylko odburknął: – Róbcie, jak wam sumienie dyktuje, a mnie dajcie święty spokój.

W Platformie nie jest zresztą tajemnicą, że części posłów, tych zasiadających w tylnych ławach, premier nie kojarzy nawet z wyglądu. Do tego miesiącami lekceważył konflikty w regionach – po jednym z nich Platformę opuścił Łukasz Gibała.

Tusk tak zaniedbał partię i klub, że frustracja dopadła nawet tzw. spółdzielnię. Jej szef Cezary Grabarczyk – z racji zajmowanego stanowiska wicemarszałka Sejmu nazywany dziś w Platformie Wiceewą – nie jest już tak jak przed wyborami zapraszany do kancelarii premiera. Nie licząc oficjalnych okazji, od czasu powołania rządu rozmawiał z Tuskiem tylko raz. Gdy na sali sejmowej doszło do jakiegoś zamieszania, premier do niego zadzwonił i kazał mu pomóc w prowadzeniu obrad. Jego dwóch najbliższych współpracowników – Andrzej Biernat i Ireneusz Raś – sytuację ma nie lepszą. Przed wyborami, gdy byli potrzebni do równoważenia w partii wpływów Grzegorza Schetyny, Tusk obiecał jednemu z nich objęcie resortu sportu. Ostatecznie ministrem została Mucha, a gdy Biernat niedawno delikatnie przypomniał premierowi jego dawne zobowiązanie, usłyszał krótką odpowiedź: – Posłowie nie są od załatwienia swoich spraw.

A skoro lider zostawił swoją partię, to myszy zaczęły harcować. Schetyna szybko dogadał się ze spółdzielnią – o porozumienie nie było trudno, obie frakcje połączyła wspólna frustracja. Od początku kadencji w klubie pojawili też outsiderzy notorycznie łamiący partyjną dyscyplinę: Łukasz Gibała i John Godson. Pierwszego już w partii nie ma, a drugi zacząć się obnosić ze swoimi ambicjami. Z kolei konserwatyści coraz częściej przebąkują o swoich nadziejach związanych z Jarosławem Gowinem: – Jarek powinien wykorzystać Ministerstwo Sprawiedliwości tak, jak kiedyś zrobił to Lech Kaczyński.

Wraz z kłopotami rządu w partii ruszyły też spekulacje, kto po Tusku. Zaczęły padać kolejne nazwiska: Hanna Gronkiewicz-Waltz, Ewa Kopacz, Sławomir Nowak, Krzysztof Kwiatkowski… W sumie nic w tym dziwnego, każdy z tej czwórki usłyszał kiedyś z ust Tuska odpowiednie aluzje: „Następnym liderem Platformy powinna być kobieta", „A może któryś z młodych?", „Kwiatkowski to jeden z najzdolniejszych polityków w Platformie".

Rozmówca z otoczenia premiera: – Tusk wie, że zaniedbał klub i partię. Jeszcze trochę i problemy przekroczą masę krytyczną. Jeśli nie zajmie się nimi teraz, to za kilka miesięcy będzie za późno. Premier może stracić panowanie nad sytuacją.

Polityk PO: – Tusk najbardziej przestraszył się odejścia Gibały. Boi się, że za nim mogą pójść następni, oczywiście jeszcze nie teraz, ale za pół roku, rok czy dwa lata. Frustratów przecież nie brakuje. Ten nie wszedł do tej komisji, do której chciał, tamten jest wycinany w regionie. Pewnie zaraz się zaczną częstsze posiedzenia zarządu, spotkania z klubem, zapraszanie regionalnych posłów.

Irku, sam rozumiesz…

Właściwie to już się zaczęło. Spotkanie z małopolskimi parlamentarzystami PO. Tusk pojawia się lekko spóźniony. Podchodzi do stołu, do wyboru ma dwa miejsca: jedno obok szefa regionu Ireneusza Rasia, a drugie obok ministra sprawiedliwości Jarosława Gowina. Siada przy Gowinie, miejsce obok Rasia zostawia puste. – Irku, mam nadzieję, że nie masz mi tego za złe, ale sam rozumiesz, muszę pilnować swojego ministra – tłumaczy. Uczestnik spotkania: – Dotychczas premier zawsze wchodził na salę, siadał i zwracał się do Rasia: „Irek, usiądź koło mnie, poprowadzisz spotkanie". To, że teraz tego nie zrobił i usiadł obok Gowina, było znaczącym gestem.

Spotkanie z parlamentarzystami z Zachodniopomorskiego. Tusk rozgląda się po sali: są posłowie, szef regionu Stanisław Gawłowski, minister zdrowia Bartosz Arłukowicz. – A Sławka nie ma? – pyta o eurodeputowanego Sławomira Nitrasa, skonfliktowanego z Gawłowskim. Później w trakcie spotkania dodaje: – Każdy minister w naturalny sposób jest liderem w województwie. Takim liderem w Zachodniopomorskiem jest Bartek.

Spotkanie z regionem łódzkim, w którym od kilkunastu miesięcy kotłuje się między spółdzielnią reprezentowaną przez szefa regionu Andrzeja Biernata i wicemarszałka Sejmu Cezarego Grabarczyka a Krzysztofem Kwiatkowskim. Premier wchodzi i sadowi się między byłym ministrem sprawiedliwości a posłanką Iwoną Śledzińską-Katarasińską, także skonfliktowaną ze spółdzielnią. Grabarczyk obserwuje to zza przeciwległego końca stołu. Spotkanie poświęcone jest wnioskowi o referendum w sprawie odwołania prezydent Łodzi Hanny Zdanowskiej, współpracownicy Grabarczyka i Biernata. Tusk jest niezadowolony. Analizę regionalnych kłopotów przedstawia mu Kwiatkowski.

Posiedzenie zarządu partii. Rafał Grupiński tłumaczy, dlaczego zapowiedział złożenie wniosku dotyczącego Trybunału Stanu: to przecież żadna sensacja, ja tylko powiedziałem, nad czym pracuje klub, zresztą publicznie wspominałem o tym wniosku i w styczniu, i w lutym, a tym razem media zrobiły z tego news dnia, bo akurat nic się nie działo… – W polityce nie są ważne intencje wypowiedzi, ale to, jak zostaje odebrana – ucina premier.

Poseł PO związany z Tuskiem: – Donald przejmuje inicjatywę. Widać, że szykuje jakieś ruchy wewnątrz partii, może myśli o przegrupowaniu w regionach. Zamieszanie wokół Trybunału Stanu też interpretowałbym w ten sposób. Najpierw dał zielone światło, więc Grupiński, jak przystało na porządnego poznaniaka, wziął się do roboty. A potem złapał go na spalonym i dał mu po łapach.

Okładka tygodnika WPROST: 12/2012
Więcej możesz przeczytać w 12/2012 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0