Mistrz politycznego slalomu

Mistrz politycznego slalomu

Przetrwał 11 ministrów skarbu państwa i zmiany czterech rządów. Wycenianą 10 lat temu na 275 mln dolarów Rafinerię Gdańsk zmienił w warty pięć razy więcej Lotos. Czy przetrwa i tym razem?
Na państwowym rządzi się zazwyczaj krótko. W ciągu ostatnich 10 lat Orlenem kierowało siedmiu prezesów, KGHM – sześciu, a PZU ośmiu… Rekord należy zapewne do PLL LOT – wyprowadzić na prostą narodowego przewoźnika próbowało kilkunastu śmiałków. Jest tylko jedna spółka kontrolowana przez skarb państwa, gdzie prezes nie zmienił się od 10 lat. To gdański Lotos kierowany przez Pawła Olechnowicza. Fenomen? Mocniej od innych przyspawany do stołka? Bardziej niż inni uległy wobec próśb polityków? –  Nie mam strategii przetrwania na stołku. Ale też jestem naprawdę szczęśliwy, robiąc to, co robię – mówi Olechnowicz w rozmowie z  „Wprost".

Teraz, gdy od kilku miesięcy trwa karuzela stanowisk w  największych spółkach kontrolowanych przez skarb państwa, Olechnowicz znów musi walczyć o przetrwanie (w czerwcu kończy się kadencja zarządu Lotosu). Ale to normalne. Z tak kapryśnym właścicielem jak skarb państwa ciężko się pracuje. Trzeba czujnie reagować na  oczekiwania polityków: na życzenie szukać dostępu do zagranicznych złóż ropy naftowej bądź wiercić w poszukiwaniu gazu z łupków. Trzeba też grać rolę zamożnego wujka sponsorującego pomysły lokalnych działaczy.

– Olechnowicz w tym wszystkim świetnie się odnajduje. Budując siłę i  niezależność Lotosu, zarazem mile łechce ambicje pomorskich polityków. Ci rewanżują się mocnym wsparciem – mówi w rozmowie z „Wprost" znajomy menedżera. Przypomina zabawny epizod sprzed kilku lat, kiedy poseł PiS Jacek Kurski chciał wymóc na prezesie dofinansowanie budowy stadionu gdańskiej Lechii. Najpierw ścigał go telefonami, twierdząc, że Olechnowicz ma do spłacenia polityczny dług wdzięczności. Potem próbował go postawić pod ścianą, ściągając dziennikarzy do gabinetu Piotra Adamowicza podczas rozmów prezydenta Gdańska z prezesem Lotosu. Olechnowicz, kompromisowo, wyłożył pieniądze, ale na szkolenie piłkarskiej młodzieży. Finansuje też żużlowy team z Trójmiasta i siatkarzy drużyny Trefl.

Oczywiste jest, że  niezależnie od sprawnego poruszania się w politycznej dżungli Olechnowicz nie przetrwałby bez kompetencji biznesowych. A tu liczby mówią same za siebie. Kiedy w 2002 r. przychodził do Rafinerii Gdańskiej, miała być sprzedana inwestorowi za 275 mln dolarów. Dziś jest warta grubo ponad miliard dolarów. Kiedyś miała 6 mld zł przychodów rocznie, w ubiegłym roku do jej kasy wpłynęło ponad 30 mld zł.

– Ze złotówki zrobić dwa złote to trudna sztuka, ale z czterech – osiem, już łatwiej. Mam nadzieję, że to nie jest moje ostatnie słowo – mówi prezes Lotosu. Skąd się wziął w biznesie?

Mistrz warsztatu

Rodzina Olechnowiczów pochodzi z Wileńszczyzny. W latach 50. osiedlili się na wsi pod Elblągiem, zajmując gospodarstwo jednego z  tamtejszych bauerów. Na studia rzuciło go aż do Krakowa. Kiedy ukończył Akademię Górniczo-Hutniczą w Krakowie, wrócił do rodzinnego Elbląga. Pracował jako technolog w odlewni elbląskiego Zamechu.

Siedział przy biurku i kreślił rysunki techniczne odlewów. Strasznie go to nudziło. Chciał pracy z ludźmi i większej odpowiedzialności.

Tak długo marudził, aż szef mianował go mistrzem na odlewni. To miała być nauczka dla  młodego inteligenta. Miał dostać wycisk i wrócić za biurko. – Kiedy było trzeba, brałem łopatę i zasuwałem fizycznie jak moi podwładni, nosząc belki i robiąc formy odlewnicze. Nie wstydziłem się tego, że z  inżynierskimi papierami robiłem robotę technika. Dziś to klasyka zarządzania – znalazłem się na samym dole, ale poznałem tę pracę od  podszewki i kiedy awansowałem, lepiej czułem biznes – wspomina Olechnowicz.

Kiedy prywatyzowano Zamech, był już dyrektorem. Elbląską firmę kupili Szwajcarzy z ABB. Nowym właścicielom wydał się dość nieokrzesany, ale zaprowadzone przez niego porządki robiły dobre wrażenie. Zaproszono go do Zurychu, gdzie poznał smak pracy w  międzynarodowej korporacji. Mając dostęp do nowoczesnej wiedzy o  zarządzaniu, czerpał z niej pełnymi garściami. To wtedy nabrał sznytu rasowego menedżera międzynarodowej korporacji. Nauczył się sztuki kompromisów, zjednywania przyjaciół, działania bez emocji, odmawiania z  uśmiechem i negocjowania.

W strukturach szwajcarskiego giganta w kilka lat doszedł do szklanego sufitu – stanowiska wiceprezesa na Europę Centralną i Wschodnią. Po powrocie ze Szwajcarii pracował przy prywatyzacji huty aluminium w Kętach. Potem założył własną firmę konsultingową. Miał plan stworzenia „bałtyckiego koncernu energetycznego" łączącego regionalne firmy w duży podmiot zdolny do  większych inwestycji. Byłby go zrealizował, gdyby nie telefon z  Ministerstwa Skarbu. – Może weźmiesz Rafinerię Gdańską? – zaproponował Wiesław Kaczmarek. Wziął, choć status tej pracy był właściwie niejasny. Przejmował stery w firmie, która znajdowała się w przededniu prywatyzacji. Za 275 mln dolarów miał ją kupić brytyjski Rotch Energy. Transakcja była już dogadana ze związkami zawodowymi, a Brytyjczycy zapewniali o poważnych inwestycjach. Jednak transakcja się ciągnęła, Rotch samodzielnie nie był w stanie kupić rafinerii, a jego partnerzy się zmieniali – najpierw był to węgierski MOL, potem rosyjski Łukoil, wreszcie PKN Orlen. Olechnowicz dostał czas od losu i zmienił… losy firmy.

Sukces wydestylowany

– Pół roku zajęło mi wgryzanie się w temat, ale wiedziałem, że jeśli poprzestawiam kilka klocków w układance, jaką jest rafineria, to firma może osiągnąć dużo więcej – wspomina Olechnowicz.

Do tej pory pomorska firma zajmowała się wyłącznie przerobem ropy, co przy niskich marżach nie wróżyło najlepiej na przyszłość. Pomysł polegał na tym, aby  zagospodarować biznesowo wszystko, co powstaje podczas przerobu ropy naftowej. Po przejęciu przynoszących straty rafinerii na południu Polski powstały wyspecjalizowane spółki zajmujące się produkcją asfaltu, parafin (używa się ich w przemyśle spożywczym, np. do pakowania żółtego sera w woskową skórkę), biopaliw i olejów. Do tej układanki pasował jeszcze Petrobaltic – siedzący okrakiem na złożach ropy pod dnem Bałtyku. Aby puścić w ruch poszczególne koła zębate i wyregulować tryby mechanizmu, Olechnowicz musiał zainwestować blisko 2 mld dolarów – i to pożyczone od banków. Krytycy wytykali mu, że zadłuża firmę w szczycie surowcowej hossy i na wysoki procent. Olechnowicz ripostował, że to  ucieczka do przodu.

– Plan był ryzykowny. Dopływ gotówki z nowych projektów miał zapewnić spłatę zobowiązań na pokrycie inwestycji. To  karkołomnie trudne, ale Olechnowicz świetnie sobie poradził. Dziś Lotos to już zupełnie inna firma, międzynarodowy koncern z dobrze ustawionymi rafineriami i własnymi złożami – recenzuje Grzegorz Ślak, były prezes Rafinerii Trzebinia.

Jeszcze cztery lata temu nie wszystko było oczywiste. Kiedy w 2008 r. uderzył globalny kryzys finansowy, a kurs dolara poszybował w górę, zadłużony w walucie Lotos walczył o  przetrwanie. W listopadzie Robert Rethy, analityk Unicredit CAIB, stwierdził w swojej rekomendacji, że nie potrafi znaleźć wartości w  akcjach firmy, więc wycenia je na zero.

– To było jak wypowiedzenie wojny. Ktoś chciał zniszczyć Lotos, moje dziecko. Nie obchodziło mnie, jacy spekulanci chcieli na tym zarobić. Odparliśmy atak w jeden dzień –  wspomina Olechnowicz. Zadziałał według starej szwajcarskiej szkoły. Spokojnie wytłumaczył rynkom finansowym, jakie błędy popełnił przeciwnik. Zyskał poparcie polskiego nadzoru finansowego, który w  finale afery nałożył na maklerów z Unicredit pół miliona złotych kary. Zapłacili.

Balans na linie

Ze szwajcarskiej szkoły Olechnowicz wyniósł coś jeszcze. Kompetencje i  umiejętność rozmowy – także z politykami. Kiedy dostaje polityczne zlecenie, potrafi mu nadać biznesowy sens. Zagraniczne złoża ropy? Proszę bardzo, Lotos ma kilka koncesji na wydobycie surowca na norweskim szelfie. Wyborcy narzekają, że paliwo jest za drogie? Czary- -mary i  paliwo kosztuje 4,99 zł. Przy czym firma wciąż zarabia.

– Prezes dużej spółki musi czuć politykę i trzymać rękę na pulsie wydarzeń wokół firmy. Dziś mówi się o gazie łupkowym, na barkach firm kładąc ciężar kosztownych poszukiwań. W przypadku Lotosu to trochę nie na nasze możliwości, ale ja nie neguję tych pomysłów. Być może zrealizujemy je z  silniejszym finansowo partnerem.

Czy tym razem mistrzowi przetrwania znowu się uda?

Okładka tygodnika WPROST: 12/2012
Więcej możesz przeczytać w 12/2012 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 1
  • wiem IP
    Niech go ktos rozliczy za 10+.Przekret stulecia