Ile dywizji ma abp Michalik

Ile dywizji ma abp Michalik

Dobrowolny podatek kościelny mógłby uczynić w polskim Kościele to, czego nie zdołał dokonać nawet Sobór Watykański II. Całkowicie zmienić feudalny model funkcjonowania naszego Kościoła.
Polska polityka, która przez siedem ostatnich lat toczyła się w parze Tusk – Kaczyński, toczy się teraz w trójkącie Tusk – Kaczyński –  Palikot. Z boku doskakują co prawda Pawlak i Miller, ale to nie oni nadają dynamikę naszemu partyjnemu cyrkowi. Wraz z Palikotem i jego potencjalnie sporym elektoratem o wciąż nie do końca ustalonej ideowej barwie po raz pierwszy w polskiej polityce pojawił się antyklerykalizm. Jako realne polityczne roszczenie, które też warto zaspokoić poprzez realne działania lub choćby poprzez symboliczne gesty. Tak jak wcześniej opłacało się zaspokajać – i to obojętnie, czy było się postsolidarnościowcem, czy postkomunistą – wyłącznie roszczenia Kościoła czy też różnych grup prawicowego elektoratu mobilizowanego hasłem zbyt małego wpływu katolików na polskie prawo i politykę.

W tym właśnie trójkącie Tusk – Kaczyński – Palikot, w kontekście potrzeb bieżącej polityki partyjnej, jako wrzutka mająca odwrócić uwagę od  najnowszych kłopotów Platformy pojawiła się jednak propozycja, która mogłaby zmienić polski Kościół bardzo głęboko. I to zdecydowanie na  lepsze. A wraz z Kościołem mogłaby także na lepsze zmienić Polskę, bo  Kościół nadal jest w naszym kraju instytucją tak silną, że jego jakość przesądza o jakości całej polskiej sfery publicznej. 

Na kłopoty Boni

Ta wrzutka to propozycja zastąpienia Funduszu Kościelnego odpisem podatkowym na Kościół deklarowanym dobrowolnie przez wiernych. Została ona oficjalnie przedstawiona przez Michała Boniego, ale ma poparcie zarówno Tuska, jak i całej PO, łącznie z jej konserwatywnym skrzydłem, skoro nawet Jarosław Gowin zadeklarował, że jest to propozycja ciekawa.

Boni od dawna służy w Platformie za PRstrażaka. Przed ostatnimi wyborami, kiedy po falstarcie kampanii „Polska w budowie" PO szukała drugiego oddechu, to właśnie mityczny zespół Boniego przedstawił ciekawą diagnozę blokad, jakie spotykają młodych Polaków na rynku pracy. Kiedy wybuchł kryzys refundacyjny, to znowu Boni odświeżył i przedstawił publicznie optymistyczną, wręcz imponującą rozmachem wizję przyszłości kraju w raporcie „Polska 2030” (po raz pierwszy zaprezentowanym już w  2009 r.). Także propozycję zastąpienia Funduszu Kościelnego dobrowolnym odpisem podatkowym Boni zgłosił dosłownie nazajutrz po odejściu do  Palikota szefa krakowskiej Platformy Łukasza Gibały. Jak z tego wynika, Tusk bardziej obawia się dziś Palikota (i jego rosnącej atrakcyjności w  oczach młodych liberałów zarówno w aparacie PO, jak też wśród jej wyborców) niż luksusowo zmumifikowanego na wiernym elektoracie i  budżetowych dotacjach Kaczyńskiego.

Szansa na przełom w Kościele

Dlaczego propozycja zastąpienia Funduszu Kościelnego dobrowolnym odpisem podatkowym deklarowanym przez wiernych jest tak ciekawa i ważna? Dlaczego wzbudza aż takie emocje? Dlaczego Jarosław Kaczyński, zawsze chętny do wykorzystania napięć na linii Kościół – państwo, mówi o niej, że jest „pułapką zastawioną na Kościół"? Dlaczego wreszcie po chwili wahania także episkopat oddał głos abp. Józefowi Michalikowi, który odrzucił tę propozycję w języku zapożyczonym od najtwardszej polskiej prawicy, przestrzegając przed nową wojną religijną, mówiąc o  „prześladowaniach Kościoła”, broniąc Funduszu Kościelnego jak niepodległości?

Z pozoru byłaby to przecież zmiana niewielka, wręcz kosmetyczna, szczególnie jeśli myślimy tylko o pieniądzach. Fundusz Kościelny jest niewielką częścią dotacji budżetowych na rzecz Kościoła katolickiego i innych działających w Polsce wyznaniowych wspólnot. W  przypadku Kościoła katolickiego nieporównanie większe środki budżet państwa wypłaca co roku na pensje dla katechetów, na dofinansowanie katolickich uczelni wyższych, na remonty i utrzymanie zabytkowych budowli sakralnych. Ogólna suma państwowych dotacji na Kościół wyniosła w 2011 r. ok. 1,8 mln zł, zatem 89 mln zł dotacji na Fundusz Kościelny to kropla w morzu zarówno kościelnych potrzeb, jak i budżetowych obciążeń. Także sama propozycja dobrowolnego przekierowania 0,3 proc. podatku dochodowego, i tak płaconego przez każdego z nas, na  finansowanie wybranej przez siebie wspólnoty wyznaniowej nie jest przełomem. Tym bardziej że politycy PO od początku zgłaszają chęć negocjowania tej pozycji w górę. Gdyby jak w Niemczech było to 8-9 proc., ale odliczane nie od płaconego podatku, lecz od podstawy opodatkowania, te pieniądze byłyby naprawdę darem pochodzącym w większej części od wiernych, a nie w dalszym ciągu w całości z budżetu państwa.

A jednak przeprowadzenie tej zmiany zmieniłoby wszystko. Tyle że nie byłoby wyłącznie „pułapką zastawioną na Kościół", lecz także szansą. Dobrowolny podatek kościelny mógłby bowiem uczynić w polskim Kościele to, czego nie zdołał w nim uczynić nawet Sobór Watykański II. Całkowicie zmienić przedsoborowy, wręcz feudalny model funkcjonowania naszego Kościoła, w którym hierarchowie są panami wiernych, kler panami laikatu, a między panami a poddanymi nie ma żadnej negocjacji, nie istnieją żadne mechanizmy kontroli lub choćby oceny.

Trudny egzamin z demokracji

Niepokój biskupów jest zresztą zrozumiały. Trzeba bowiem przyznać, że  hierarchowie istotnie przystępowaliby do pierwszego w swojej historii prawdziwie demokratycznego testu z pozycji trudnej, wręcz nie do  pozazdroszczenia. Do przeszłości należy już obraz Kościoła jako sojusznika wolności Polaków. Szczególnie młodsze pokolenie, zasilające coraz większą falą zarówno Ruch Palikota, jak też wynajdujące inne formy wyrażania antyklerykalnych emocji, zna polski Kościół także z nieco innej strony. Jako instytucję silną, roszczeniową, skutecznie walczącą o  swoje, chętnie kryjącą własne patologie przed próbami naprawy lub choćby oceny. W oczach katolików prawicowych i antykomunistycznych notowania hierarchii popsuł kryzys lustracyjny sprzed paru lat. Nie chodziło nawet o to, że ten czy inny biskup coś w przeszłości podpisał, bo księża szantażowani w PRL byli przede wszystkim ofiarami systemu, podobnie jak ludzie świeccy dostający się w krąg zainteresowań SB właśnie z powodu swej niepokorności, prób oporu czy buntu. Chodzi raczej o to, że w  przypadku choćby abp. Stanisława Wielgusa, którego uparcie promowano na  archidiecezję warszawską, znacząca część episkopatu próbowała fałszować prawdę, ukrywać niewygodne fakty. I dopiero interwencja Benedykta XVI rozstrzygnęła sprawę, choć już wcześniej najbardziej odpowiedzialni hierarchowie, jak abp Tadeusz Gocłowski, którego nie można posądzać o  wrogość wobec Kościoła, wzywali swoich kolegów do zakończenia „zgorszenia".

Ale kryzys lustracyjny, dziś przypominany tylko przez ks. Tadeusza Isakowicza- -Zaleskiego i paru ostatnich katolików antykomunistów, to jeden z najmniej ważnych kłopotów polskiego Kościoła. Abp Michalik w wywiadzie dla Onet.pl projekt wprowadzenia dobrowolnego podatku kościelnego określił jako nową falę prześladowań Kościoła. Mówiąc, że „najbardziej prześladowaną grupą społeczną za czasów PRL byli księża, tymczasem po latach okazało się, że głos byłego ubowca jest ważniejszy niż głos księdza czy biskupa", wydaje się zapominać, że to  właśnie „były ubowiec” (mówiąc własnym językiem arcybiskupa) Marek P. stał się jedną z kluczowych postaci skandalu wokół nadużyć związanych z  działalnością Komisji Majątkowej. To właśnie zatrudniony przez Kościół dawny funkcjonariusz IV Departamentu SB, zajmującego się represjonowaniem i łamaniem sumień kapłanów, stał się bowiem postacią najbardziej chyba zasłużoną dla odzyskiwania przez Kościół majątku utraconego w czasach PRL.

Do tego dochodzą skandale obyczajowe w polskim Kościele. Obecność abp. seniora Juliusza Paetza na spotkaniu episkopatu, na którym przygotowano stanowisko Kościoła w sprawie nadużyć seksualnych księży, jest tu przykładem najświeższym i najbardziej szokującym. Sprawa molestowania kleryków przez abp. Paetza, ujawniona przed laty przez najbardziej szacowne postacie polskiego Kościoła, w tym Wandę Półtawską, bliską przyjaciółkę Jana Pawła II, nigdy nie została przez Kościół wyjaśniona. Jednocześnie abp. Michalik stwierdził, że pedofilia i  nadużycia seksualne nie są winą Kościoła, ale jedynie „grzechem prywatnych osób", wobec tego za zachowanie kapłanów Kościół nie powinien ponosić odpowiedzialności, szczególnie materialnej. To stanowisko odmienne od tego, jakie przyjęły zarówno Watykan, jak i wiele Kościołów narodowych, choćby w USA czy Irlandii. Jednak w polskim Kościele to  wszystko uchodzi, bo w oczach Michalika, Głodzia, Skworca, Libery... przyczyny pojawienia się w Polsce politycznego antyklerykalizmu leżą wyłącznie w działaniu „masonerii” albo w złym przykładzie „nihilistycznych artystów”. Hierarchowie są nie tylko poza demokracją (bo Kościół ma oczywiście pełne prawo do własnego ustroju), ale także poza opinią i oceną wiernych. Dobrowolny odpis podatkowy zmieniłby sytuację całkowicie. Z sondażu SMG/KRC przeprowadzonego na zlecenie „Faktów” TVN wynika, że tylko 38 proc. wiernych jest gotowych zadeklarować odpis na Kościół. To i tak niemało. Jednak każdy nowy skandal w rodzaju Paetza, Wielgusa, Marka P. mógłby ten wynik pogorszyć.

Wojna czy pokój?

Oczywiście Kościół ma instrumenty dyscyplinujące. Papierka z urzędu skarbowego będzie można zażądać od kogoś próbującego ochrzcić dziecko lub pogrzebać krewnych na katolickim cmentarzu. Będzie to zresztą logiczne, usługi Kościoła mogą być zarezerwowane wyłącznie dla tych, którzy deklarują swoją do niego formalną przynależność. Tyle że takie wymuszanie otwierałoby nowe pola konfliktów. Szczególnie w Polsce, kraju, którego obywatele są nienawykli do kategorii sformalizowanego, obowiązującego obie strony kontraktu.

Co zatem zrobi Kościół? Może albo nadchodzącą zmianę zaakceptować, albo rozpocząć wojnę, uznając wymuszoną na słabym państwie budżetową daninę za rozwiązanie bezpieczniejsze od  znalezienia się na zmiennej łasce wiernych. Kościół może w tym boju postawić na o. Rydzyka, Kaczyńskiego, Ziobrę. Tusk nie jest dziś aż tak silny, aby walkę z Kościołem wygrać. Także na koalicji z Palikotem nie  zależy mu tak bardzo, żeby w przypadku twardego weta biskupów o sprawie po prostu nie zapomnieć. Zatem ostatecznie to postawa hierarchów rozstrzygnie o wszystkim. Jednak postawienie przez nich w tej walce na  sojusz z jedną tylko z politycznych sił, a także wybranie języka Radia Maryja jako jedynego języka współczesnego polskiego katolicyzmu pociągnie za sobą osłabienie pozycji Kościoła w młodym pokoleniu i w  coraz bardziej wpływowej formacji nowego polskiego mieszczaństwa. Jeśli Kościół dziś nie zaakceptuje tej zmiany – tak jak w różnej formie zaakceptowały ją Kościoły w Niemczech, Hiszpanii czy we Włoszech –  problem i tak powróci za kilka, kilkanaście lat. A wówczas polscy biskupi do tego egzaminu zdawanego przed własnymi wiernymi staną z  nieporównywalnie słabszej pozycji.

Okładka tygodnika WPROST: 13/2012
Więcej możesz przeczytać w 13/2012 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0