Dżihad lepszy niż niepodległe państwo? Dwie twarze rewolucji w Mali

Dżihad lepszy niż niepodległe państwo? Dwie twarze rewolucji w Mali

Protesty na Mali (fot. EPA/TANYA BINDRA/PAP)
Tuarescy powstańcy, którzy na początku kwietnia przejęli kontrolę nad północną połową Mali, zaczynają spierać się między sobą o cel walki – niepodległe państwo czy dżihad.
6 kwietnia Tuaregowie z Narodowego Ruchu Wyzwolenia Azawadu ogłosili utworzenie na północy Mali niepodległego państwa, Azawadu. Niepodległościowcy, którzy w styczniu wywołali powstanie, zapowiadają, że ich państwo na pustyni będzie świeckie i demokratyczne. Ledwie wystąpili do świata z apelem o uznanie ich państwa, gdy przeciwko nim zwrócili się ich towarzysze broni, muzułmańscy radykałowie z ugrupowania Ansar ud-Din (Obrońcy Wiary), wspierani przez dwa skrzydła północnoafrykańskiej filii Al-Kaidy – arabskie z Al-Kaidy Muzułmańskiego Maghrebu (AQMI) i afrykańskie z Ruchu na rzecz Jedności Dżihadu w Afryce Zachodniej (MUJAO).

Niepodległe państwo czy dżihad

- Jesteśmy przeciwko niepodległości Azawadu. Naszym celem jest dżihad – ogłosił Omar Hamaha, jeden z wojskowych komendantów Obrońców Wiary. – Tylko islam jest prawdziwą wolnością. Wystarczy zaprowadzić szarijat i  przestrzegać go od świtu do zmierzchu - dodał. W odpowiedzi niepodległościowcy zapowiedzieli, że jeśli Zachód i  Afryka uznają Azawad, Tuaregowie jako pierwsi ruszą na wojnę przeciwko dżihadystom, zagrażającym Sahelowi, rozległemu obszarowi pustyń i oaz między Saharą a brzegami rzeki Niger.

Duchowy przywódca najnowszego z tuareskich powstań Ibrahim ag Bahanga na długo przed śmiercią w sierpniu zeszłego roku odcinał się od  muzułmańskich radykałów i obiecywał walczyć z nimi, jeśli Zachód wesprze Tuaregów. To niepodległościowy zaczęli powstanie, a ich partyzancka armia, licząca około tysiąca ludzi, jest znacznie liczniejsza od wojska Obrońców Wiary. Ale Obrońcy biorą górę w rebelii.

Samosądy na ulicach

Według uchodźców, nad głównymi miastami północy Gao i Timbuktu powiewają czarne flagi Obrońców Wiary, dowodzonych przez weterana tuareskich rebelii Iyada ag Ghalego. Na zajętych ziemiach Obrońcy Wiary zaprowadzają rządy szarijatu, burzą nieliczne chrześcijańskie świątynie, a ich policyjne patrole, jak niegdyś talibowie w Afganistanie i  Somalii, dokonują samosądów na rabusiach. Uciekinierzy z Gao opowiadali dziennikarzom w Bamako, jak przybyli na ich wezwanie Obrońcy Wiary ocalili ich przed partyzantami z Narodowego Ruchu Wyzwolenia Azawadu, którzy chcieli ich ograbić, a następnie zabili napastników, podrzynając im gardła.

Przedłużające się bezkrólewie na północy Mali i prawdziwe zagłębie broni, jakie pojawiło się na Sahelu po rozbiciu armii Muammara Kadafiego w Libii, sprawiają, że z całej okolicy zjeżdżają tam coraz liczniej ścigani listami gończymi muzułmańscy rebelianci i zasilają szeregi Obrońców Wiary. W Gao widziano setkę bojowników z ugrupowania Boko Haram, prowadzącego od dwóch lat terrorystyczną wojnę w Nigerii. Widziano też tam przywódcę afrykańskiej filii Al-Kaidy Hamadę Oulda Muhammada Kheirou, a w Timbuktu szefa Al-Kaidy z Maghrebu, jednookiego algierskiego szejka Muchtara Belmochtara.

Sąsiedzi boją się dżihadu

Sąsiedzi Mali są coraz bardziej zaniepokojeni, że Mali i cały Sahel stanie się pustynną kryjówką dżihadystów, taką samą, jaką w latach 90. stał się Afganistan. Nikt nie uznał niepodległości tuareskiego Azawadu, a  państwa z Zachodnioafrykańskiej Wspólnoty Gospodarczej (ECOWAS) zastanawiają się nad wysłaniem do Mali 2-3-tysięcznego korpusu ekspedycyjnego, który rozbiłby tuareską rebelię i zaprowadził porządek w  kraju.

Posłania wojsk na wojnę z Tuaregami najbardziej domaga się Niger, który sam od lat zmaga się z tuareskimi powstaniami. Rząd z Niamey przekonuje, że rebeliantów najpierw trzeba pokonać, a dopiero wtedy z  niektórymi z nich można zacząć negocjować. Przeciwko wojnie a za rozmowami z tuareskimi niepodległościowcami jest Algieria, która obawia się rodzimej rebelii Kabylów i nie chce żadnych kłopotów.

Walki na pustyni?

Wysłanie korpusu ekspedycyjnego do Mali nie daje w dodatku żadnej gwarancji sukcesu. Żadna z zachodnioafrykańskich armii nie umie prowadzić wojny na pustyni. Byłyby bez szans w walce z uzbrojonymi w  libijską broń Tuaregami, znającymi pustynie jak własną kieszeń.

Na pustyni walczyć przeciwko Tuaregom nie umiało nigdy nawet wojsko malijskie, które nie radząc sobie z partyzantami, zwykle nasyłało na  nich innych partyzantów – wspierane przez rząd zbrojne milicje wywodzące się z wrogich Tuaregom plemion arabskich i afrykańskich ludów Fulani czy Songhaj. To opłacane przez Bamako milicje Fulanich i Songhajów, stosując taktykę spalonej ziemi, dokonywały pogromów Tuaregów i topiły ich powstania we krwi. Dowódcy armii malijskiej przekonują sąsiadów, by  nie wysyłali do Mali wojsk ekspedycyjnych – wystarczy, by przysłali broń, wojskowe pojazdy i śmigłowce.

ja, PAP

Czytaj także

 0