Radość z własnego pomnika

Radość z własnego pomnika

Dodano: 1
Zarobić na piłce w Polsce się nie da. Za tę wiedzę kilku znanych biznesmenów zapłaciło grube miliony. Teraz pozostaje albo dalej bawić się kosztowną zabawką, albo trzasnąć drzwiami. Z reguły wybierają to drugie.
Józef Wojciechowski, właściciel i sponsor warszawskiej Polonii, przestał być jej prezesem. Chce się pozbyć klubu, a jeśli nie znajdzie kupca – zlikwidować go. Mariusz Walter zrezygnował z fotela szefa rady nadzorczej Legii Warszawa, a gdyby mógł, najchętniej wycofałby się ze sponsorowania drużyny. Rozczarowani wynikami i postawą zawodników są także Janusz Filipiak, właściciel Cracovii, i Filip Kenig – ŁKS-u.

Nieco więcej optymizmu mają „nowi" w piłkarskim biznesie, jak Sylwester Cacek z Widzewa czy Dariusz Smagorowicz, główny udziałowiec Ruchu Chorzów, ale i oni nie liczą na zyski. Klub traktują raczej jak kosztowną zabawkę, co najwyżej inwestycję w wizerunek własny lub firmy. Ich spostrzeżenia potwierdzają starzy wyjadacze: – Nie znam nikogo, kto zarobiłby na działalności operacyjnej klubu – mówi Jacek Rutkowski, niegdyś twórca potęgi i właściciel wroneckiej Amiki, a dziś poznańskiego Lecha.

Rozczarowanie

– To, co się stało, przekroczyło granice wstydu i przekreśliło moje nadzieje – powiedział Mariusz Walter 3 maja, po tym jak Legia Warszawa przegrywając 0:1 w meczu z Lechią Gdańsk, po raz szósty z rzędu przedwcześnie zakończyła walkę o mistrzostwo Polski. Zaraz potem opuścił fotel przewodniczącego rady nadzorczej.

Z funkcji prezesa zrezygnował też Paweł Kosmala, jego prawa ręka. Sportowa porażka Legii oznaczała bowiem przegraną biznesową. Tylko pieniądze za grę w Lidze Mistrzów (do czego potrzebne jest mistrzostwo Polski) mogłyby zmniejszyć horrendalne zadłużenie klubu wobec jego sponsora – grupy ITI.

Kiedy w 2004 r. medialny koncern zainwestował w warszawski klub, wydawało się, że Legia ma wszelkie warunki, by odnieść sukces. Kapitał akcyjny wzrósł z 1,5 mln zł do 12 mln, dzięki czemu klub mógł spłacić długi. Drużyna uzyskała niemal nieograniczony dostęp do telewizji i innych mediów. Niedługo później miasto zainwestowało w generalny remont stadionu. Dziś może on pomieścić ponad 30 tys. widzów.

Mimo to Legia rokrocznie przynosiła stratę, pokrywaną pożyczkami od właściciela. Zadłużenie klubu sięga dziś prawie 200 mln zł i ponadczterokrotnie przewyższa wartość jego majątku. – Legia to bardzo drogie przedsięwzięcie – skonstatował Walter, który tak naprawdę stanął przed wyborem: dalej topić pieniądze w klubie albo ogłosić jego upadłość.

– Inwestycja w futbol jest z natury obarczona wysokim ryzykiem – przyznaje Piotr Zygo, nowy prezes Legii. I dodaje, że Legii wcale nie wiedzie się źle, ostatni sezon po raz pierwszy w historii zakończyła zyskiem, a jej przychody wyniosły prawie 80 mln zł.

I rzeczywiście, nowoczesny stadion pozwolił na wzrost wpływów z biletów, które zwiększyły się o niemal 5 mln w porównaniu z poprzednim rokiem. Ale mimo że bilety na mecze przy Łazienkowskiej należą do najdroższych w kraju, to przychody Legii były o 3,6 proc. niższe niż rok wcześniej. Spadły wpływy z transmisji i działalności handlowej. Rosły koszty operacyjne, w 2010 r. były niemal dwukrotnie wyższe od przychodów. Ich główny składnik to płace zawodników, trenerów i działaczy, które w Legii stanowią około połowy kosztów, ale są kluby, w których sięgają trzech czwartych.

Pod tym względem niemal dogoniliśmy Europę. – Gaże w polskiej lidze dorównują tym na Zachodzie. Biorąc pod uwagę jakość gry, to absurd – zżyma się Janusz Filipiak, właściciel Cracovii. Zestawiając płace zawodników z przychodami klubów, jesteśmy w ścisłej czołówce. Policzony przez firmę doradczą Deloitte stosunek wysokości wynagrodzeń do przychodów klubów w naszej ekstraklasie sięga 75 proc. Lepsi od nas są tylko Włosi, którzy na płace wydają 77 proc. przychodów. Dla porównania, w angielskiej Premier League wskaźnik ten wynosi 68 proc., a w niemieckiej Bundeslidze – tylko 54 proc.

Podobne do Legii kłopoty mają i inni, jak choćby sponsorowany przez Zygmunta Solorza nowy mistrz Polski – Śląsk Wrocław. Przed rokiem przychody klubu spadły o 15 proc., a strata wyniosła prawie 10 mln zł. W tym roku ma szanse zarobić na występach w Lidze Mistrzów, ale jeśli koszty i dochody się nie zbilansują, Solorz będzie musiał po raz kolejny dokapitalizować Śląsk lub finansować klub długoterminowymi pożyczkami.

Przez wiele lat do piłkarskiego interesu dokładał Bogusław Cupiał, właściciel kablowego potentata – Telefoniki. Cupiał zainwestował w krakowską Wisłę. Dziś klub podobnie jak Legia ma gigantyczne długi u swojego właściciela. I w tym wypadku zadłużenie ponadczterokrotnie przekracza wartość majątku spółki. Wisła jednak powoli wychodzi na prostą. W 2010 r. była jednym z czterech klubów ekstraklasy, który nie poniósł straty. Jej przychody wzrosły z 31 mln zł do 47,5 mln zł. Jednak to głównie skutek transferów. Sprzedaż Marcela, Juniora Diaza czy Głowackiego dała klubowi kilkunastomilionowe przychody, które zrekompensowały mniejsze wpływy z biletów.

Mit narodowy

Niskie wpływy z biletów, spadające dochody z transmisji meczów, a w ślad za tym niższe wpływy od reklamodawców to efekt stosunkowo małego zainteresowania rozgrywkami ekstraklasy wśród kibiców. Piłka nożna nie jest naszą pasją. To raczej narodowy mit pielęgnowany przez piłkarskich działaczy, media i niektórych polityków, także w związku ze zbliżającymi się mistrzostwami Europy.

Z raportu Deloitte wynika, że w Polsce niespełna dwie osoby na tysiąc są na tyle zainteresowane piłką, by obejrzeć mecz na żywo. W Niemczech, Hiszpanii czy Włoszech wskaźnik ten jest co najmniej dwu-, trzykrotnie wyższy. Mecz ligowy w 2011 r. obejrzało u nas średnio 8,5 tys. widzów, w Niemczech – prawie 43 tys., w Anglii – ponad 35 tys.

Józef Wojciechowski tłumaczy to poziomem rozgrywek w polskiej lidze. – Po sześciu latach mam dosyć walki z niekompetencją sędziów, ze skostnieniem PZPN, z brakiem wsparcia ze strony kogokolwiek.

Wojciechowski skarży się, że w ostatniej ligowej kolejce co najmniej dwa razy jego klub stracił bramkę po uderzeniu piłki ręką przez gracza przeciwnej drużyny. Nie potrafi także zrozumieć pazerności władz Warszawy, które za każdy mecz rozegrany na należącym do miasta stadionie Polonii każe sobie płacić 50 tys. zł. – Na razie nie policzyłem, ile zainwestowałem i ile straciłem. Tylko za użytkowanie stadionu w ostatnim roku zapłaciliśmy milion złotych. Dalej to nie ma sensu – mówi przedsiębiorca.

Janusz Filipiak kupił Cracovię w 2002 r. Zawodnicy kopali wtedy piłkę w trzeciej lidze. Dzięki umiejętnemu zarządzaniu już w 2004 r. wprowadził ich do ekstraklasy. Od tamtej pory wpompował w klub ok. 70 mln zł, razem z miastem wybudował nowoczesny stadion i czekał na mistrzostwo, za którym przyszłyby pieniądze. Nie doczekał się. W tym roku Cracovia spadła do I ligi.

Mimo to Cracovia zajmuje wysoką trzecią pozycję w stworzonym przez Ernst & Young rankingu najlepiej zarządzanych klubów. W ubiegłym roku zanotowała wzrost przychodów, jest stosunkowo mało zadłużona.

Liderem zestawienia jest jednak Lech Poznań. – Klub od ponad trzech lat rozwija się w sposób bardzo zrównoważony. Każdego roku przynosi właścicielom zyski. To sprawnie działające przedsiębiorstwo – ocenia Krzysztof Sachs, partner w firmie doradczej Ernst & Young.

„Kolejorz" osiągnął w 2010 r. zysk netto w wysokości 7,5 mln zł przy przychodach wynoszących ponad 73 mln zł. Wpływy do klubowej kasy były o ponad 36 proc. wyższe niż w roku 2009. Tak ogromny skok Lech zawdzięcza występom w lidze europejskiej, które dały mu wysokie przychody z meczów, nagrodom od UEFA za udział w rozgrywkach europejskich oraz sprzedaży Roberta Lewandowskiego do Borussii Dortmund. Właściciel „Kolejorza" Jacek Rutkowski twierdzi, że nie pożyczył klubowi nawet złotówki. – Wyłożyłem pieniądze na zakup akcji Lecha. Natomiast nie dotuję działalności operacyjnej. Uważam, że klub nie powinien zależeć od kaprysów właścicieli i ich nastroju. Powinien tak zorganizować sobie przychody, aby pokrywały wydatki. Jeżeli zaś wydatki są zbyt duże, to trzeba je ciąć.

Podobnie myśli Sylwester Cacek, właściciel m.in. sieci restauracji Sfinks, który dwa lata temu kupił udziały w łódzkim Widzewie. – Klub jest w stanie wchłonąć właściwie każde pieniądze. Dlatego ciągłe dofinansowywanie przez właściciela to droga donikąd. Nie motywuje do poprawiania wyników na poziomie zarządzania i sportu – mówi. Chciałby, żeby drużyna zarabiała na siebie, jednak na razie klub jest na sporym minusie. – Ale przynajmniej jest w klubie świadomość konieczności pokrywania wydatków przychodami i mam nadzieję, że może w przyszłym roku uda się zrównoważyć budżet – puentuje Cacek.

Dariusz Smagorowicz, właściciel firmy internetowej 4energy i 66 proc. udziałów w Ruchu Chorzów, w klub zainwestował kilkanaście milionów złotych i nie spodziewa się, że pieniądze odzyska. Cieszy się, że klub zaczyna zarabiać. – Zrobię z Ruchu najsilniejszy klub na Górnym Śląsku. Chcę budować mocną drużynę, która w sam raz pasowałaby do 55-tysięcznego Stadionu Śląskiego.

Ruch to jedyny polski klub notowany na giełdzie (na rynku NewConnect). Jego wartość to ok. 28 mln zł.

Wciąż niewiele, a i to, jak twierdzą eksperci, głównie zasługa trenera – Waldemara Fornalika, dzięki któremu klub zdobył drugie miejsce w lidze. – Gdyby odszedł, notowania klubu mocno by spadły – przekonuje Wojciech Szymon Kowalski, ekspert rynku piłkarskiego, właściciel firmy badawczej Biuro Analiz i Koniunktur WS Kowalski.

Być jak Abramowicz

Skoro nie da się na piłce zarobić, to dlaczego tak wielu ludzi biznesu pakuje się w tak deficytowy interes? By podarować sobie, wzorem zagranicznych potentatów, odrobinę luksusu. Kupują klub nie po to, żeby zarabiać, ale żeby przeżywać emocje. Z drugiej strony to sposób na budowanie własnego wizerunku. – Najlepszy przykład to Abramowicz, którego uwielbia szeroka publiczność, albo arabscy inwestorzy z Kataru, którzy kupując kluby, promują swój kraj – analizuje Wojciech Szymon Kowalski.

– Własny klub to budowanie wizerunku, a nie inwestycja w sensie klasycznym – wtóruje mu Rutkowski. – A Lech to też kontynuacja moich młodzieńczych marzeń. Myślę, że Roman Abramowicz także kupił Chelsea, by, powiedzmy, poprawić sobie nastrój.

Filipiak: – Kupno drużyny jest trochę jak wybudowanie pomnika, czy ładnego budynku. Kosztuje, ale zostaje na lata.

Okładka tygodnika WPROST: 21/2012
Więcej możesz przeczytać w 21/2012 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 1
  • abni IP
    Po prostu za duzo placa zwyklym kopaczom.nie od poziomu gry tylko sam fakt bycia w druzynie jest oplacany.Jezeli placi sie za remis lub wygrana to za porazke powinni placic pilkarze.A jezeli nie placa to po prostu handluja meczami .Praktyka pokazuje ze nic im nie grozi /patrz afera fryzjera/

    Czytaj także