Polska choroba

Polska choroba

Polska jest OK – dopóki nie narazisz się urzędnikowi. Nawet nie będziesz wiedział, kiedy zniszczy ciebie i twoją firmę. I pozostanie bezkarny.
Lesław Kwitkowski, właściciel firmy Metal System przerabiającej żelazo w  Stalowej Woli. Przez pięć lat walczył o dobre imię i niesłusznie naliczony podatek z rzeszowskim Urzędem Kontroli Skarbowej i  prokuraturą.

Danuta Danisz, właścicielka firmy budowlanej z Barlinka. Oszukana przez miejskich urzędników z Gdyni, od siedmiu lat nie może dobić się swego. Bank właśnie zlicytował majątek firmy.

Janusz Ratomski, właściciel firmy Irene z Pomorza wytwarzającej wysokiej klasy samochodowe zbiorniki na gaz LPG. Od 7 lat walczy z urzędnikami Transportowego Dozoru Technicznego, którzy usiłują mu zabronić sprzedaży wyrobów w kraju.

Halina Adamowska, właścicielka zakładu wulkanizacyjnego pod Tomaszowem Mazowieckim, decyzją urzędników z Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad odciętego od głównej drogi. Firma jest na  skraju bankructwa. Mąż nie wytrzymał, zmarł.

Podobnych historii są tysiące. Słucha się ich z niedowierzaniem. Ale w Polsce, zwłaszcza tej gminnej i powiatowej, codziennie ktoś pada ofiarą urzędniczej niekompetencji, złej woli, chciwości, pychy czy zwykłej zawiści.

To skutek niedoskonałości prawa, które pozwala ignorować obywateli i  przewlekać każde postępowanie. Ustawowej dżungli, która zaczyna się od  sejmowej pracy na akord, a skutkuje lukami w aktach niższego rzędu, pozwalając urzędnikom działać poza prawem – a niekiedy wbrew prawu. Wreszcie, bezkarności podejmujących decyzje na wszystkich szczeblach. Począwszy od ministra, który nie wydaje na czas rozporządzenia, po  gminnego skrybę, który jeśli będzie w złym humorze, odłoży pismo obywatela do szuflady albo wrzuci do niszczarki.

– Mamy tego dość. Będziemy walczyć do końca i zwyciężymy, bo Polska musi być wreszcie krajem, w którym można normalnie żyć. Nawet jeśli nie dla siebie, to dla naszych dzieci – mówi Lesław Kwitkowski, jeden z inicjatorów ruchu społecznego Niepokonani. Skrzyknęli się wiosną w Rajczy. Stworzyli stronę internetową (www.niepokonani2012. pl) i grupę na Facebooku. Ułożyli deklarację: „Zamierzamy dbać o to, aby był przestrzegany i  umacniany szacunek dla konstytucyjnych praw obywatela, zwalczając wszelkiego rodzaju wynaturzenia zakorzenione w strukturach władzy...". Chcą walczyć z nadużyciami w aparacie skarbowym, prokuraturze, urzędach. Domagają się, by urzędnicy zaczęli ponosić osobistą odpowiedzialność za  popełniane błędy i niegodziwości. Żądają piętnowania tych, którzy skrzywdzili innych.

Na najbliższy weekend zwołali kongres pod hasłem „Pokrzywdzeni choć niepokonani". Spotkają się w warszawskiej Sali Kongresowej. Zaprosili prezydenta, premiera, marszałków Sejmu i Senatu, rzecznika praw obywatelskich, kilku ważnych ministrów.

– Chcemy im przedstawić problem – mówi rzecznik ruchu Marcin Kołodziejczyk, były przedsiębiorca, ofiara urzędników. Był niszczony za to, że prowadzone przez niego biuro turystyczne Big Blue upadło, choć pod koniec działalności brał kredyty na siebie, a nie na firmę, byle wywiązać się z  zobowiązań wobec klientów.

Do udziału w kongresie zgłosiło się kilkadziesiąt organizacji i kilkuset pokrzywdzonych przedsiębiorców.

Historia każdego jest inna, ale zarazem zadziwiająco podobna do  pozostałych.

Halina Adamowska nie została poinformowana o odbywających się w gminie spotkaniach z przedstawicielami GDDKiA, kiedy wytyczano przebieg trasy S8 obok jej domu i zakładu wulkanizacyjnego. Potem miesiącami czekała na odpowiedź na każde pismo kierowane do wojewody. W  końcu oświadczono jej, że odpowiedź znajduje się w decyzji lokalizacyjnej umieszczonej na stronach internetowych. Terminy odwołań dawno upłynęły. Wyrokiem sądu, który nakazał GDKiA rozwiązanie konfliktu z właścicielką zakładu przed rozpoczęciem budowy, żaden urzędnik się nie  przejął. Tuż przed świętami, w grudniu 2009 r. przyjechali robotnicy, odcięli dojazd, ustawili pachołki i rozpoczęli pracę. Obroty zakładu wulkanizacyjnego, nastawionego na obsługę ciężarówek, z dnia na dzień spadły o 80-90 proc. Trzeba było zwolnić trzech z czterech pracowników. Potem sprzedać dwa ciężarowe samochody. Mąż Adamowskiej, który prowadził warsztat od kilkudziesięciu lat, długo liczył na to, że sprawę da się odkręcić i odrobić straty. Latem ubiegłego roku dostarczono mu ostateczną decyzję o wywłaszczeniu z kawałka gruntu, który stanowił dojazd do posesji. – Zmarł następnego dnia. Serce nie wytrzymało –  opowiada. Samochody za chwilę pojadą nową trasą. Odpowiedzialności nikt nie poniósł.

Gdynia od kilku lat bawi się w kotka i myszkę z Danutą Danisz. Najpierw urzędnicy obiecywali jej prawo wieczystego użytkowania gruntu, na którym rozpoczęła budowę niewielkiego osiedla. Potem wykupienie udziałów. Ostatnio zapłatę za wykonane prace. Kobieta nie  może wyegzekwować żadnych ustaleń. Odpowiedzi na wysyłane pisma nie  otrzymuje miesiącami. – Prawdopodobnie czekają, aż firma upadnie całkowicie i sprawa rozejdzie się po kościach, bo nie będzie im można wtedy zarzucić niegospodarności – mówi Danisz. A to już niedługo. Wiosną bank zlicytował jej samochody i maszyny budowlane. W ubiegłym tygodniu zmusił do sprzedaży pozostałego majątku. Teraz kobieta w trwodze czeka, kiedy komornik przyjdzie wyrzucić ją i jej rodziców z domów, które w  chwili desperacji zastawiła, by uzyskać kredyt na przetrwanie.

Problemy Janusza Ratomskiego, właściciela firmy Irene, zaczęły się, gdy chciał uzyskać od Transportowego Dozoru Technicznego potwierdzenie, że  produkowane przez niego zbiorniki są dopuszczone do użytku na terenie Polski. Akurat zaczynał się kryzys, a on znalazł kontrahenta w  Australii. Ten zażądał zaświadczenia od niezależnego urzędu, że  zbiorniki są bezpieczne. Mijały miesiące, losy kontraktu zawisły na  włosku, Ratomski poszedł więc po potwierdzanie do „konkurencyjnego" Urzędu Dozoru Technicznego. Kiedy je uzyskał, urzędnicy z TDT obrazili się i postanowili zniszczyć jego firmę. Rozesłali do zakładów montujących instalacje gazowe w samochodach, stacji kontroli pojazdów i  wydziałów komunikacji w urzędach informację, że tylko oni mogą wydawać zezwolenia na montowanie zbiorników. Co z tego, że nie mieli do tego podstaw prawnych. Zbiorników Ratomskiego nikt już w kraju nie kupuje, mimo że są akceptowane i popularne w całej Europie, Azji i Australii. Ratomski wykorzystuje 25 proc. mocy produkcyjnych zakładu. Popadł w  długi, zwolnił dwie trzecie ze 180 pracowników.

Lesław Kwitkowski został przez urzędników skarbowych oskarżony, że wystawiał fałszywe faktury na  skup surowców do swoich odlewni. Naliczono mu 1,2 mln nienależnego podatku. Nasłano prokuraturę. Sprawa upadła już w sądzie pierwszej instancji, ale pieniędzy nikt nie zamierza mu zwrócić. Trzeba prowadzić odrębne postępowanie – teraz już przed Naczelnym Sądem Administracyjnym. W międzyczasie okazało się, że urzędnicy skarbowi zgubili część dokumentacji zabranej z firmy. – To ich stała metoda. Właśnie dowiedziałem się, że dokumentów brakuje też w innej spółce, którą kontrolują – mówi Kwitkowski.

Dla każdego przedsiębiorcy dotkniętego tą  specyficzną „polską chorobą" to osobisty dramat, ale suma tych przypadków to już dramat ogólnonarodowy. O ile szybciej Polska mogłaby się rozwijać, gdyby miała sprawną biurokrację? O ile więcej energii i  przedsiębiorczości szłoby na tworzenie społecznego dobrobytu, gdyby nie  tłamszono w zarodku wszelkiej inicjatywy? O ile lepiej żyłoby nam się wszystkim, gdyby zaniedbana sfera publiczna przyciągnęła choć trochę uwagi politycznych decydentów?

Wśród ekspertów panuje ostatnio moda na  mówienie o niskim kapitale społecznym, który ogranicza nasze zdolności rozwojowe. Ten kapitał nie weźmie się znikąd.

Okładka tygodnika WPROST: 22/2012
Więcej możesz przeczytać w 22/2012 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 1
  • Ewelina IP
    POlska to naprawdę chory kraj.Zamiast ułatwić życie ludziom to państwo i urzędnicy je tylko utrudniają:(

    Czytaj także