Bohaterowie z „gruntu”

Bohaterowie z „gruntu”

Pamiętacie jeszcze aferę gruntową? Pięć lat temu zatrzęsła Polską. Co z tego zostało? Dotychczas nikt nie został skazany: ani za korupcję, ani za przeciek, ani za bezprawne używanie służb. A bohaterowie?
Kiedy Lech Woszczerowicz dostawał się do Sejmu z list Samoobrony, pisał o sobie skromnie „właściciel lombardu”. Owszem majętny: kilkaset tysięcy w gotówce i papierach wartościowych, dom, dwa mieszkania. Niezłe samochody: bmw, audi A3. A przede wszystkim znajomości: zakolegowany z bogaczem Ryszardem Krauzem i partyjnym bossem Andrzejem Lepperem.

Sławny stał się dzięki filmowi z kamer przemysłowych w Marriotcie. Wchodzi do lobby. Jedzie do apartamentu Krauzego, w którym chwilę wcześniej był Kaczmarek. Po półgodzinie wychodzi.

Nazajutrz o świcie pędzi do Leppera. Prokuratura nie ma wątpliwości: Kaczmarek powiedział Krauzemu, Krauze Woszczerowiczowi,

Woszczerowicz Lepperowi… Tajna operacja CBA musiała się wywalić. Woszczerowicz nigdy się do tego nie przyznał. Mówił, że wypił u Krauzego kilka szklaneczek whisky, gadali o sprawach rodzinnych. Nigdy nie został za nic skazany, ale filmik złamał mu polityczną karierę. Zniknął z życia publicznego. Co się z nim dzieje?

Halo? Pan Leszek Woszczerowicz?
Ja!
Co pan teraz robi?
Jestem spokojnym emerytem, na gębie się poprawiłem…
Jak to?
Bo niby poseł nic nie robi, ale to pozory. Biega człowiek po Sejmie, z komisji na komisję. Trzeba się przygotowywać, czytać…
Afera gruntowa wraca do pana?
To była sprawa polityczna.
Jak to?
Chcieli rozwalić partię Lepperowi. Były przecież rozmowy, żeby się przenosić do PiS.
Kto z panem rozmawiał?
Przemysław Gosiewski. Ale mnie było wstyd odchodzić.
Tak mu pan powiedział?
Dosłownie: „Ja odejdę, a Lepper będzie na mnie patrzył i myślał: »Woszczerowicz to kawał ch..ja«. Nie chcę tego”.


Z Krauzem utrzymuje pan kontakty?
 No tu jest słabowato.
Jak? Bo kiepsko słychać.
Słabowato. Kiepsko słychać, bo jestem w Sopocie…
Plaża?
Skąd! Przyjechałem naprawić okulary, śrubka mi się wykręciła.
Co pan robi w wolnym czasie? Podobno ktoś widział pana w kasynie. Prawda?
Co pan, nie chodzę! Kiedyś się zdarzało, sporadycznie, ale teraz nie.

Ale co z kasyna pan robi problem?
No skądże!
Jak ktoś jest emerytem, to nie znaczy, że ma siedzieć w domu i nie wychodzić, prawda?
Pełna zgoda…
Chętnie pójdę do kasyna i zagram. Tylko niech pan wpadnie i przywiezie dwie stówy. A jak nie, to wypijemy herbatę i poplotkujemy.

Ryba, król życia na haczyku

Piotr Ryba założył stronę internetową Copowieryba.pl: „Mój wizerunek medialno-prokuratorski po aresztowaniu… hazardzista, dziwkarz, łapówkarz, gangster i przyjaciel Leppera”, pisze.

Choć dotychczas nie został skazany żadnym prawomocnym wyrokiem, afera ciągnie się za nim.

– Co robię? Jak ryba miotam się na haczyku – żartuje. Po wyjściu z aresztu wrócił do Wrocławia, gdzie kończył Akademię Ekonomiczną, robił interesy, był prezenterem radiowym i telewizyjnym.

– Przyjaciele nie pozwalają umrzeć, ale to jest wegetacja – przyznaje. To, czego „nauczył się” za kratami, opisał w książce pod roboczym tytułem „Inna planeta”.

– Każdy może trafić do aresztu, a ja opowiadam, jak sobie tam radzić – mówi.

Ma o czym opowiadać, bo zwiedził trzy areszty. Jak oblicza, „pod celą” i w transportach poznał ponad tysiąc osób.

– Siedziałem sam i byłem traktowany jako szczególnie niebezpieczny. Kamera non stop, światło włączone 24 godziny na dobę, spacery w pojedynkę. Potem bywało, że siedziałem w celi 18-osobowej. Z gośćmi aresztowanymi za jazdę po pijanemu i z takimi, którzy ukręcili głowę małżonce – mówi.

Proces Ryby i Andrzeja K. ciągnie się od lat. W 2009 r. Ryba został skazany na dwa i pół roku więzienia. Jednak apelacja skierowała sprawę do ponownego rozpatrzenia. W dodatku ma zakaz opuszczania kraju, bo dostał zarzuty w związku z podejrzeniem o nielegalne finansowanie Samoobrony.

– To mi przeszkadza w interesach. – Jakich? – Mam spółkę, którą prowadziłem z Andrzejem Lepperem. Przed jego śmiercią byliśmy krok od podpisania kontraktu na duże pieniądze na Białorusi. Andrzeja nie ma, ale kontrakt ciągle jest, wystarczy go popisać. Tyle że nie mogę tego zrobić, bo nie mam paszportu. – Skoro wielkie pieniądze były na wyciągnięcie ręki, to dlaczego Lepper się zabił? – Stale go widywałem. Był zaangażowany w biznes, jeździł na Białoruś. Nie wierzę w samobójstwo. – Kto go zabił? – Nie chcę snuć spiskowych teorii. Rzekomo powodem samobójstwa miały być kłopoty finansowe. To nieprawda. Za chwilę byłby bogatym człowiekiem.

Co jeszcze? Ryba co jakiś czas spotyka starego znajomego – Andrzeja K., drugiego bohatera afery (zadzwoniliśmy do niego, ale nie chciał rozmawiać). Obaj za walizkę pieniędzy mieli załatwić w ministerstwie kierowanym przez Leppera odrolnienie działki dla biznesmenów. Tyle że biznesmeni byli podstawionymi agentami CBA.

Teraz dawni znajomi widują się w sądzie. Andrzej K., w odróżnieniu od Ryby, przyznał się do wszystkiego, współpracował z prokuraturą, więc sąd za całą historię skazał go w pierwszym procesie tylko na karę grzywny. Rola Andrzeja K. w całej sprawie budziła wątpliwości – zwłaszcza że był w przeszłości związany ze służbami specjalnymi. W odróżnieniu od Ryby ma się nie najgorzej, prowadzi kancelarię prawną. – 

Podajecie sobie ręce? – pytamy Rybę. – Bez żartów! Ledwie się powstrzymuję, żeby go nie walnąć w łeb. To zwykła świnia!

Wzięty mecenas, były prokurator

Janusz Kaczmarek kwitnie. Spotykamy go w kawiarni jednego z najlepszych hoteli w Warszawie. Na ręku złoty zegarek, na mankietach koszuli złote spinki. Za chwilę wylatuje do Hagi, gdzie będzie dawał wykład o porwaniach dla okupu. Ta dziedzina to specjalizacja byłego prokuratora krajowego i ministra spraw wewnętrznych.

Już po aferze gruntowej i przeciekowej Kaczmarek zrobił doktorat z porwań. Co ciekawe, kiedy policjanci rozbijali jedną z grup zajmujących się takimi przestępstwami, znaleźli u bandytów książkę Kaczmarka o porwaniach dla okupu.

Po aferze gruntowej stał pod zarzutami, nie mógł wykonywać zawodu prawniczego. Zajęcie znalazł u dalekiej rodziny, która prowadziła firmę turystyczną, dorabiał wykładami na rozsianych po Polsce uczelniach. Duża zmiana dla człowieka, który całe dorosłe życie przepracował na stałej posadzie w prokuraturze i na dodatek jeszcze niedawno był jedną z najważniejszych osób w państwie. Gdy sprawy przeciw Kaczmarkowi zostały umorzone, były minister założył kancelarię prawną w Gdyni, w której pracuje z rodziną.

Per saldo można powiedzieć, że afera sprzed pięciu lat wyszła Kaczmarkowi na zdrowie. Gdyby nie ona, pewnie ciągle byłby prokuratorem, nie zasmakowałby innego życia.

Oczywiście sprawa afery gruntowej i związanego z nią przecieku ciągle się tli. Od czasu do czasu ktoś w żartach pyta byłego ministra, czy odzyskał krawat, który pięć lat temu w tajemniczych okolicznościach zgubił w hotelu Marriott. O jednej rzeczy Kaczmarek nie zapomniał, podobnie jak zakolegowany z nim Jaromir Netzel. Chodzi o krzywdy, które miały ich spotkać ze strony Zbigniewa Ziobry, byłego ministra sprawiedliwości. Netzel to adwokat z Gdyni, były prezes PZU. Pięć lat temu to właśnie on, wedle prokuratorów prowadzących śledztwo, miał dawać alibi Kaczmarkowi podejrzewanemu o storpedowanie przeciekiem operacji CBA. Teraz obaj prawnicy próbują zapędzić Ziobrę do narożnika. W tym roku na przykład brali udział w przesłuchaniu ministra w rzeszowskiej prokuraturze. Bada ona, czy przy okazji afery gruntowej funkcjonariusze służb i prokuratorzy nie nadużyli władzy. Netzel i Kaczmarek mogli zadawać pytania podczas tego przesłuchania. Spotkanie zamieniło się w wielogodzinną wojnę na słowa. Nasz rozmówca z prokuratury: – Netzel spytał Ziobrę, czy w jego danych osobowych nic się nie zmieniło. Ziobro pewnym głosem odpowiedział, że nie. Na co Netzel rzucił: „Ciekawe, czytałem w »Gali«, że pan się ożenił”. Ziobro: „Oczywiście, proszę zaprotokołować, że zmienił się mój stan cywilny”. Netzel do Kaczmarka na całą salę: „Dziwne. Janusz, ty byś zapomniał, że masz żonę?”.

Ubogi miliarder

Znajomy Krauzego z Gdyni: – Ciągle ktoś powtarza, że Ryszard jest na skraju bankructwa, że się skończył i go nie ma. Kiedyś miał kasę, żeby zabezpieczyć życie 30 pokoleniom rodziny, teraz ma na dziesięć pokoleń. Życzę wam takiego bankructwa.

Tyle że Krauzemu nie chodziło o zapewnienie dostatniego życia prawnukom. Przed aferą gruntową i przeciekową (to jemu Kaczmarek miał przekazać, że CBA zasadziło się na Leppera) uchodził za króla polowania. Tajemniczy, mecenas sztuki i sportu, który zręcznie poruszał się na styku biznesu oraz polityki. Miał ambicję zostać jednym z najpoważniejszych przedsiębiorców w regionie. I poniósł klęskę. Biznes lubi ciszę, tymczasem Krauze znalazł się w centrum skandalu. Cała Polska oglądała Kaczmarka i Woszczerowicza zmierzających po nocy do apartamentu biznesmena. Wszyscy słuchali nagrań CBA, w których padały określenia „pan Rysiek z Gdyni”, „mistrz gruby”, „największy płatnik”.

Nadeszły ciężkie czasy.

W 2007 r. był piąty na liście najbogatszych tygodnika „Wprost” z majątkiem szacowanym na 4,5 mld zł, ponad cztery razy większym niż dziś. Musiał sprzedać informatyczną część imperium. Zaraz po skandalu okazało się, że jego wielka inwestycja w kazachską ropę była niewypałem, na domiar złego wszystko w czasie, gdy kryzys finansowy rozkręcał się na dobre. Inwestorzy przestali wierzyć w jego geniusz, dalej było już tylko gorzej.

Biznesmen, który współpracuje z Krauzem: – Ryszard spadł z dużego konia. Był blisko Mount Everestu, dziś walczy o biznesowe życie wokół Kasprowego. Wielu menedżerów się z nim pożegnało, a on stał się jeszcze bardziej nieufny i niedostępny niż kilka lat temu.

Prokurator na państwowej posadzie

31 sierpnia 2007 r. Jerzy Engelking, wówczas zastępca prokuratora generalnego, miał być we Włoszech na wakacjach. O odwołanie urlopu poprosił jego szef Zbigniew Ziobro. Podczas słynnej konferencji multimedialnej prezentował nagrania z kamer przemysłowych, podsłuchy. Materiał był przytłaczający: minister spraw wewnętrznych z nocną wizytą u oligarchy, komendant główny policji załatwiający alibi dla swojego szefa.

– Przez dwa dni media komentowały to przychylnie, potem zaczął się atak, który trwa do dziś – mówi Engelking.

Engelking jest prokuratorem prokuratury generalnej. Pracuje w departamencie postępowania sądowego, co jest powszechnie uznawane za zsyłkę. Zresztą niemal wszyscy aktywni prokuratorzy z czasów Ziobry wylądowali w podobnych miejscach.

Wie, że z wielkiej afery po pięciu latach – w sensie prawnym – wyszło niewiele. – Nie chciał pan odejść, rzucić tego? – Miałem propozycję, by odejść do polityki, ale ja jestem prokuratorem. – Siedzi pan na państwowej posadzie, a Janusz Kaczmarek jest adwokatem, ma się dobrze, podobno zarabia duże pieniądze… – Słyszałem, ale ja nigdy nie marzyłem o wielkich pieniądzach. – Nie myśli pan czasami: lepiej było wtedy pojechać do Włoch? – Broniłem prokuratury i przekonałem zwykłych Kowalskich. Po tylu latach facet potrafi wstać w autobusie podejść do mnie i pogratulować. – Zyskał pan sławę… – Czasem zdarza się, że ktoś zamówi dla mnie taksówkę i poda swoje nazwisko. – I co? – Taksówkarz się śmieje: „Nie musi się pan ukrywać”.

Okładka tygodnika WPROST: 29/2012
Więcej możesz przeczytać w 29/2012 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Czytaj także