Pomieszanie z poplątaniem

Pomieszanie z poplątaniem

Polka, ceniąc najbardziej seks, nie chodzi ani do fryzjera, ani do kosmetyczki. Jest pewna siebie i wierzy w swoją atrakcyjność, która w dużym stopniu sprzyja udanemu życiu erotycznemu
Polki to największe entuzjastki uprawiania seksu na świecie. 90 proc. pań stawia go na pierwszym miejscu swych życiowych priorytetów. Miłość, która z reguły uchodzi za ważny element kobiecej erotyki, plasuje się w ankietowych wyznaniach dopiero na siódmym miejscu - donoszą autorzy międzynarodowego raportu "Kobieta 2000" miesięcznika "Elle". W porównaniu ze swoimi koleżankami z 30 krajów Polki okazały się także największymi "materialistkami". Nic - ich zdaniem - tak nie poprawia samopoczucia jak wypchany portfel.

Najważniejszy jest więc seks, pieniądze, a co z władzą? Tutaj Polki są... no właśnie, jakie? Z jednej strony, aż dla 70 proc. respondentek istotna jest zawodowa niezależność, a z drugiej, już co ósma z nich nie poświęciłaby życia osobistego dla kariery! Można by w tym momencie na siłę udowadniać, że wszystko da się ze wszystkim połączyć, a wykluczające się priorytety socjologicznie wytłumaczyć itd. Zwłaszcza gdyby zastosować takie narzędzie jak kobieca logika. Popatrzmy jednak na Polkę 2000 w kontekście prozy życia.
Otóż Polka, ceniąc najbardziej seks, nie chodzi ani do fryzjera (96 proc.), ani nie korzysta z usług kosmetyczki (92 proc.). Wynika z tego, że jest pewna siebie i wierzy w swoją atrakcyjność, która przecież w dużym stopniu sprzyja udanemu życiu erotycznemu. Jeśli prawdą jest, że Polki do szczęścia potrzebują przede wszystkim pieniędzy i to przez siebie zarobionych, muszą mocno przysiąść fałdów. Niestety, wkalkulowany w tę filozofię życia pracoholizm prowadzi do przemęczenia. Na seks nie ma się ani ochoty, ani czasu. Bez względu na to, czy przemęczenie dotyczy kobiety, czy też jej partnera. Nie od dziś wiadomo, że seks radosny to seks nie skrępowany - obecnością teściowej za ścianą, latorośli w tym samym pokoju czy też lękiem przed zajściem w nie zaplanowaną ciążę. Jak pogodzić uprawianie seksu z koszmarnymi warunkami mieszkaniowymi większości Polaków, z rygorystycznym stosunkiem do aborcji i sceptycznym podejściem do środków antykoncepcyjnych? A może raport nie dotyczył stanu faktycznego, lecz pobożnych życzeń młodych, nowoczesnych i akceptujących swoje życiowe wybory Polek. Nie tego, jak jest, ale tego, jak - ich zdaniem - być powinno. Tego, że chciałyby w pełni korzystać z uroków życia, mieć zawodową satysfakcję, rodzinę i pełne konto.Takie pomieszanie z poplątaniem.
W wypowiedzi posłanki Aleksandry Jakubowskiej dla "Super Expressu" czytamy: "Sądzę, że wojujące kobiety to takie, które mają niską samoocenę". No cóż, zawsze wydawało mi się, że gdy ktoś ma niską samoocenę, siedzi cicho jak mysz pod miotłą i o nic nie walczy. Ze strachu. I dalszy ciąg cytatu: "Myślę, że amerykańskie feministki zrobiły kobietom dużo złego. Mężczyźni zaczęli się ich bać". A jeśli nawet, to co z tego? Chociaż słowo "bać" wymieniłabym raczej na "szanować". To między innymi z tego powodu kobietom udało się wywalczyć prawa wyborcze. Gwoli przypomnienia, jako pierwsze nie dokonały tego wcale wojujące kobiety amerykańskie, ale ich koleżanki z Nowej Zelandii i Finlandii. I kolejny kawałek cytatu: "A przecież w Polsce kobiety nie są dyskryminowane. Ja nigdy nie byłam. To prawda, że kobieta czasem musi wypaść dwa razy lepiej od mężczyzny. Ale nie ma się co nad tym użalać. Myślę, że pewne role są z góry ustalone i nie wolno ingerować w coś zastrzeżonego dla jednej płci". Przepraszam, że zapytam, ale kto ma prawo nam tego zabronić? O jakiej górze mówimy, o jakim nie- pisanym prawie? Bo chyba raczej o bezprawiu. Żeby nie być posądzoną o wojującą stronniczość, cytuję końcówkę wypowiedzi pani posłanki: "Faktyczny problem kobiet to czas. Pani, która skończyła 40 lat, nie ma szans na rynku pracy. I na tym się trzeba skupić, a nie na uprawnieniu na siłę". Podsumowując: walka o to, żeby kobiety nie musiały być siłaczkami, według posłanki równouprawnieniem nie jest, natomiast skupienie się na walce z czasem już nim jest. Takie pomieszanie z poplątaniem. O tyle groźne, że dotyczy kogoś, kto oprócz partyjnych interesów powinien się także solidaryzować w słusznej sprawie z milionami kobiet, które posłankami nie są.
W ankiecie tygodnika "Focus" aż 84 proc. pytanych, czy są za tym, by kolejnym prezydentem Niemiec została kobieta, odpowiedziało "tak". Mimo to w klimacie sprzyjającym robieniu przez kobiety politycznej kariery doszło do niespodziewanego spięcia na wysokim szczeblu. Między żoną kanclerza Doris Schröder i jedną z najsłynniejszych feministek Europy Alicją Schwarzer. W jednym z wywiadów kanclerzowa wyraziła opinię, że dzisiejsze emancypantki nie potrafią rozwiązać problemów, z jakimi borykają się kobiety. Z równym zaskoczeniem przyjęły decyzję kanclerzowej, że zawiesza swoją działalność zawodową i postanawia zostać "gospodynią domową z dziennikarską przeszłością". A przecież rodzina i zawód to coś, o co walczą od lat Niemki. Wierząc, że w końcu mężczyźni wezmą na siebie połowę domowych obowiązków i tym samym otworzą przed kobietami część swego zawodowego świata. W otwartym liście pani Schwarzer do pani Schröder czytamy: "Pani kanclerzowo, proszę nie robić ze swego prywatnego wyboru politycznego programu dla większości kobiet. Zwłaszcza że należy on do świata, który minął i zupełnie nie pasuje do kanclerzowej roku 2000". Takie poplątanie z pomieszaniem.
Okładka tygodnika WPROST: 9/1999
Więcej możesz przeczytać w 9/1999 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także