Michalska: brąz jest dla nas jak złoto

Michalska: brąz jest dla nas jak złoto

Magdalena Fularczyk i Julia Michalska (fot. PAP/EPA/RAINER JENSEN)
Wioślarka Magdalena Fularczyk (Lotto Bydgostia WSG Bydgoszcz) przyznała, że przed wyścigiem musiała walczyć z ogromnym bólem pleców. Jej partnerka z osady Julia Michalska (Tryton Poznań) nie ukrywa, że brązowy medal traktuje jak złoto.
Michalska i Fularczyk, mistrzynie świata z 2009 roku zajęły trzecie miejsce w konkurencji dwójek podwójnych. Jak przyznały, sukces dosłownie rodził się w bólach.

Przed wyścigiem nie było powodów do optymizmu?

Magdalena Fularczyk: Ostatnie 24 godziny spędziłam u masażysty i pani doktor. Mam tak obkłuty tyłek, że naprawdę sobie trudno wyobrazić, jak to boli. Muszę podziękować fizjoterapeucie siatkarzy Aleksandrowi Bieleckiemu. Dwa dni temu jechaliśmy do wioski, żeby postawił mnie na nogi i udało się. Pogoda nas nie rozpieszczała, przeszkadzający wiatr, ja się spięłam, przeciążyłam mięśnie i kontuzja gotowa. Nie mogłam pochylić się w przód, każda czynność sprawiała mi ból. Dopiero po zastrzykach mogłam funkcjonować.

Jak się wam udało zmobilizować przed tym najważniejszym wyścigiem w karierze?

Julia Michalska: Z dużą pomocą Marcina Witkowskiego, który dziś zasłużył na diamentowy medal. Zaskoczył nas bardzo, żartował. Powiedział Magdzie, że dostanie blokadę, a potem się rozpłynie i nie będzie w stanie chodzić. Nakręcałyśmy się nawzajem. Powiedziałam, że cztery lata temu to zaczęłyśmy i razem to skończymy. Psychicznie pokonałyśmy kolejną przeszkodę i chyba nie ma już dla nas rzeczy niemożliwych.

M.F.: Muszę się przyznać, że moja poranna postawa nie była typowo sportowa. Przed startem byłam załamana. Bałam się, że zawiodę Julię, trenera. Że cztery lata naszej wspólnej pracy mogą przepaść. Dlatego za swoje zachowanie powinnam dostać w łeb. Ale bardzo mi mama pomogła, z która rozmawiałam przez telefon i podnosiła mnie na duchu. Dziewczyny z czwórki żartowały i dodawały otuchy. Dostałam blokadę, przestało boleć. Na starcie uwierzyłam, że jesteśmy w stanie dokończyć dzieła.

Brytyjki i Australijki były poza zasięgiem?

J.M.: Gdy w Pekinie przypłynęłam szósta, to jeszcze przez kolejne pół roku żałowałam, że tak źle mi poszło. Teraz mogę spokojnie powiedzieć, że ten brązowy medal jest dla nas jak złoto. Naprawdę dałyśmy z siebie wszystko. To jest nasze zwycięstwo.

Trener podobno krzyczał, że za mocno popłynęłyście pierwsze 1000 metrów?

J.M.: Musiałyśmy tak zacząć, póki Magdę jeszcze nie bolało. Mówiłam - ucieknijmy jak najdalej się da, a potem ja nawet sama dowiozę.

M.F.: Musiałyśmy tak popłynąć, wykorzystać moją świeżość i że miałam jeszcze siły. Dzisiaj to był taki pierwszy wyścig, w którym Julia płynęła sama. Ostatnie dwa, trzy biegi w Pucharze Świata, to ja brałam wszystko na siebie. Dziś to ona musiała ciągnąć i dowiozła nas do mety.

Coś pamiętacie z finiszu?

M.F.: Z finiszu nic nie pamiętam. Na ostatnich 300 metrach modliłam się, żeby była już meta. Naprawdę moje plecy przestały funkcjonować, a ciało odmawiało posłuszeństwa. Nie wiem, gdyby zostało nam jeszcze z 50 metrów, to mogłybyśmy nie być tutaj, tylko siedzieć gdzieś i ryczeć w krzakach.

J.M.: Wiedziałam, że Magda strasznie cierpi i chciałam, żeby jak najszybciej ten wyścig się skończył. Nawet nie wiem, co krzyczałam, mobilizowałam się i chciałam za wszelką cenę jej pomóc.
Komu chciałybyście zadedykować ten medal?

M.F.: Mojemu tacie, który niestety nie doczekał, aby go zobaczyć. Zabrakło mu trzy miesiące. Był naszym najwierniejszym fanem, zawsze w nas wierzył i niezależnie od tego co się działo, mówił, że damy radę. Ja wiem, że on z nami dzisiaj był.

Pływacie razem już prawie cztery lata. Na lądzie, tak jak na łódce, dogadujecie się bez problemów?

M.F.: Tak jak powiedział trener, to co nas łączy, to tylko to, że jesteśmy kobietami. Charaktery mamy tak różne. Ale myślę, że się uzupełniamy. Jak w małżeństwie, zdarzają nam się chwile lepsze i gorsze. Te cztery lata były bardzo emocjonalne dla nas pod różnymi względami. Czasami Julia drażniła mnie swoim zachowaniem, ja wówczas sobie myślałam, +czekaj, ja ci zaraz pokażę+. Gdy byłam młodsza, byłam czasami zagubiona. Wówczas Julia głaskała mnie rączką mamusi, tymczasem ja dorosłam, a ona chciała dalej to robić. Myślę, że uzupełniamy się nawzajem. Na lądzie nie zawsze żyjemy ze sobą, ale w łódce stanowimy jedność.

J. M.: Magda to zadziora, maruda i pesymistka. I prawdę mówiąc, współczuje każdemu, kto stanie na jej drodze. Na szczęście dzisiaj udało mi się zarazić ją swoim optymizmem. Magda czasami potrzebuje pomocy, ale nie na zasadzie opiekuńczej mamusi, ale kogoś, kto jest po prostu obok.

Jakie plany po igrzyskach? Na pewno w tej chwili chwilę macie dość wioseł?

M.F.: Za tydzień mamy mistrzostwa Polski, ale nie ma szans bym na nich wystartowała. W najbliższych dwóch miesiącach mam zamiar w końcu zabrać się za przygotowania do ślubu. Czeka mnie dużo fajnych rzeczy z tym związanych. Nie odkładam wioseł, po prostu czekam, co się wydarzy.

J.M.: Też mam ślub - akurat tydzień przed Magdą. Ale co do najbliższych tygodni nie mam jeszcze sprecyzowanych planów.

jl, PAP
 0

Czytaj także