Niespełniona nadzieja medalowa: nie zawiodłam

Niespełniona nadzieja medalowa: nie zawiodłam

Karolina Michalczuk (P), fot. PAP/Adam Ciereszko
- Kom powinna być dwukrotnie liczona, a ja nie czuję się przegraną - przyznała Karolina Michalczuk (Paco Lublin) po porażce z pięściarką z Indii 14:19 w 1/8 finału wagi muszej (51 kg) olimpijskiego turnieju w Londynie.

Remisowe były starcia pierwsze i czwarte. Rundę numer dwa minimalnie wygrała Kom (5:4), zaś największą przewagę Azjatka miała w trzeciej (7:3). Dominowali też jej kibice, a głośne "Mery Kom, Mery Kom" i "India, India" niosło się z trybun w hali ExCel. Polscy byli w zdecydowanej mniejszości.

- Po każdej rundzie przychodziłam do narożnika i słyszałam, że ciągle jest w "plecy". Byłam załamana. Być może sędziowie punktowali w ten sposób, bo rywalka jest pięciokrotną mistrzynią świata. Nie odstawałam i nie czuję się przegraną. Kom powinna być dwa razy liczona - powiedziała Michalczuk, nawiązując do sytuacji z drugiej i trzeciej rundy, gdy przeciwniczka lądowała na macie. Arbiter uznał jednak, że nie po ciosach.

Polska zawodniczka, podobnie jak Chungneijang Mery Kom Hmangte (tak brzmi pełne nazwisko przeciwniczki), należy do gwiazd amatorskiego boksu. W dorobku ma trzy medale MŚ (złoto z 2008 roku) i pięć mistrzostw Europy (triumfowała w 2005 i 2009 roku). W przeszłości Michalczuk występowała w wyższych kategoriach - 54 i 57 kg, zaś Kom w 46 i 48 kg. Obie celowały w olimpijskie podium.

- Moje marzenia szybko się skończyły. Co mam teraz zrobić? Od początku nastawiałam się na atak non stop, ale i taktyka nie pomogła - przyznała Michalczuk.

Pierwotnie miała pojawić się w Londynie na początku sierpnia, krótko przed pojedynkiem, ale niemal w ostatniej chwili została ściągnięta ze zgrupowania. Poinformowano ją, że oficjalne ważenie jest zaplanowane jeszcze przed rozpoczęciem igrzysk, dlatego wsiadła do samolotu tydzień wcześniej...

- Ktoś popełnił błąd, jakieś niedopatrzenie, ale każdy jest tylko człowiekiem, nie wracajmy do tego. W dwa dni musiałam zbić trzy kilogramy nadwagi, był duży problem, lecz się udało - stwierdziła.

W debiucie i jednocześnie ostatnim występie w igrzyskach w narożniku Michalczuk był selekcjoner Leszek Piotrowski, podczas gdy ona wcześniej otwarcie mówiła, że najlepiej współpracuje jej się z trenerem klubowym Władysławem Maciejewskim. On z kolei usiadł na trybunach, obok mistrza olimpijskiego z 1976 roku, a dziś prezesa Polskiego Związku Bokserskiego Jerzego Rybickiego.

- Wolałabym, aby i pan Maciejewski był koło mnie w trakcie potyczki, jednak już zamknijmy ten temat. Atmosfera w kadrze była tragiczna, mam jej dość, bo działa negatywnie na psychikę. Tak się nie da pracować. Może dobrze w sumie, że i ja kończę karierę. Miałam w boksie bardzo dużo złych chwil, jednak nie chcę tego wyciągać - oceniła 33-letnia pięściarka.

Jakie plany na przyszłość? "Jeszcze rok mogę zostać w boksie amatorskim, w którym obowiązuje limit wieku. Chcę zająć się studiami, jestem na pierwszym roku magisterki w AWF w Białej Podlaskiej. A co później, nie wiem" - mówiła Michalczuk.

Boks kobiet ma krótką historię. Pierwsze ME odbyły się we Francji w 2001 roku, ale wiele krajów w nich nie startowało. Kilka miesięcy później w premierowych MŚ pojawiły się Polki. Do amerykańskiego Scranton poleciały Kinga Nowakowska, Magdalena Kozłowska i Cecylia Pudlicka, która w krajowych eliminacjach była lepsza od młodziutkiej Michalczuk. Sukcesów nie odniosły, ale pierwszy krok został zrobiony. To było jeszcze za czasów prezesa Czesława Ptaka.

Potem nastała dekada Michalczuk i Piotrowskiego. W Londynie mieli ratować honor polskiego boksu, gdyż żaden z mężczyzn nie zakwalifikował się na IO 2012 (panie rywalizują w trzech wagach). Skończyło się niepowodzeniem. - Odchodzę z reprezentacji - ogłosił Piotrowski.

mp, pap

Czytaj także

 0