Wyobraźnia

Dodano:   /  Zmieniono: 
Kiedy ktoś mówi i zachowuje się ewidentnie bezrozumnie, a skądinąd wiadomo, że nie brakuje mu oleju w głowie - zawsze trzeba się zastanowić, jaki ma on w tej głupocie interes
Prefekt to we Francji odpowiednik wojewody. Prefekt Górnej Sabaudii dowiedział się właśnie niedawno, co wolno wojewodzie, a z czym lepiej uważać. W Górnej Sabaudii znajduje się wiele cenionych kurortów alpejskich oraz Mont Blanc. W lutym spadło tam tak dużo śniegu, że wysokie Alpy znalazły się w stanie permanentnego zagrożenia lawinowego, oznaczonego cyfrą 5 na pięciostopniowej skali. Lawiny mogły zejść dosłownie w każdej chwili, bez żadnego widocznego powodu i - jak się szybko i dotkliwie przekonano - w najmniej spodziewanych miejscach.

Tereny górskie są we Francji podzielone na trzy strefy. W strefach czerwonych zagrożenie lawinowe jest tak wielkie, że pod żadnym pozorem nie wolno tam niczego budować. W niebieskich wolno budować, ale pod warunkiem, że umieści się odpowiednie zabezpieczenia przeciwlawinowe. W strefach białych wolno budować bez ograniczeń, bo uważa się, że nie ma tam zagrożenia lawinami.
Najtragiczniejsza w skutkach lutowa lawina zabiła nieopodal Chamonix dwanaście osób, niszcząc prawie dwadzieścia domów w białej strefie. Była tak potężna, że po zejściu przez nie zabudowane zbocze "wspięła się" jeszcze na zbocze przeciwległe, siejąc tam śmiertelne spustoszenie. Tego nikt nie przewidział. W ciągu tygodnia w Alpach francuskich zginęło wtedy pod lawinami osiemnaście osób, w tym siedemnaście w Sabaudii i Górnej Sabaudii. Kilka lawin spowodowali narciarze, którzy - mimo że wszędzie ogłaszano alarm lawinowy piątego stopnia! - szusowali po dzikich terenach, poza oznaczonymi i bezpiecznymi szlakami.
Przerażony i oburzony prefekt Górnej Sabaudii postanowił zrobić to, co w takich sytuacjach jest obowiązkiem nie tylko wojewody, ale po prostu każdego zdrowego na umyśle człowieka: wszelkimi dostępnymi środkami zmniejszyć prawdopodobieństwo powtórzenia się podobnych tragedii. Wobec wyjątkowej sytuacji meteorologicznej i zapowiedzi dalszych opadów śniegu wydał równie wyjątkowy - ważny pięć dni - ścisły zakaz zbaczania w górach z dozwolonych szlaków. Przyłapanie na zejściu z wyznaczonych tras mogło w tym okresie kosztować dziewięćset franków (ok. 600 zł).
Wolno było oczekiwać, że zarządzenie to zostanie przyjęte ze szczególną ulgą i wdzięcznością w Chamonix, w którego okolicach lawiny pozbawiły życia najwięcej ludzi. Ale nie zostało. Władze miejskie i organizacje zawodowe z Chamonix wystosowały ostry protest, a w telewizji ich przedstawiciele wygłaszali zgorszone komentarze w rodzaju: "Mało tego, że taka tragedia, to jeszcze musimy teraz żyć z tym strasznym zakazem" albo "Góry, to obszar wolności, w którym nie ma miejsca na administracyjne zakazy". Na znak protestu zatrzymano tam na godzinę wszystkie wyciągi narciarskie. Mer Chamonix oświadczył, iż "nie można wydawać zarządzenia, uzasadniając je tym, że ponieważ może być huragan na środku Atlantyku, statki nie mają prawa wychodzić z portu". Mer nie wziął jednak pod uwagę, że choćby wszystkie statki świata ustawiły się na środku Atlantyku, a ich załogi dmuchały z całych sił, i tak nie udałoby im się wywołać huraganu - natomiast pojedynczy narciarz może wywołać ogromną lawinę, nie dmuchając ani trochę.
Kiedy ktoś mówi i zachowuje się ewidentnie bezrozumnie, a skądinąd wiadomo, że nie brakuje mu oleju w gło- wie - zawsze trzeba się zastanowić, jaki ma on w tej głupocie interes. Osobiście nie daję wiary opiniom, że takie postacie, jak Andrzej Lepper, Tadeusz Rydzyk czy Jean-Marie Le Pen, to patentowane osły. To raczej pomysłowi chłopcy, którzy zwietrzyli, gdzie są konfitury. Zupełnie tak samo jest w Chamonix. "Dzikie" tereny narciarskie są tam bardzo rozległe, a przewodnicy i instruktorzy zarabiają na wyprowadzaniu zamożnych klientów w miejsca pokryte dziewiczym śniegiem, nie tkniętym cudzą nartą, rakietą ani stopą. A tu nagle nie byłoby im wolno tego robić! Przez całe pięć dni! Dalejże więc płakać przed kamerami, że oto pod ciosami bezdusznej administracji ginie możliwość swobodnego sycenia oczu nieskazitelnymi pejzażami!
Ich płacz okazał się skuteczny. Prefekt musiał wydać odrębne zarządzenie dla Chamonix, gdzie zakaz ograniczono do kilku miejsc, znanych z największego zagrożenia lawinowego. Argument, że lawiny zeszły ostatnio w miejscach uważanych za bezpieczne, zabijając kilkanaście osób - nie przemówił władzom Chamonix do wyobraźni. To przecież nie wystawieni na niebezpieczeństwo lawin turyści na nie głosują, bo nie są tam zameldowani. Zatem to nie ich argumenty się liczą. Kiedy nadeszła następna fala śniegu i lawin, prefekt bał się już zakazać czegokolwiek. Pozostaje więc mieć nadzieję, że lawiny wywołane przez narciarzy bez wyobraźni będą teraz ostro hamować i skręcać, kiedy tylko na ich drodze znajdą się jakieś istoty ludzkie. Chociaż te istoty też mogłyby wykazać się wyobraźnią, we własnym interesie wspierając urzędnika państwowego, który przecież jest stworzony nie tylko po to, by je dręczyć podatkami i wymyślaniem dolegliwych przepisów.
Więcej możesz przeczytać w 10/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.