Trzynastki to nie największa patologia wśród urzędników

Trzynastki to nie największa patologia wśród urzędników

prof. Michał Kulesza, twórca reformy samorządowej, a obecnie doradca prezydenta ds. administracji Adam Kozak/Agencja Gazeta
Zmiana systemu wynagradzania urzędników nie jest obecnie najpilniejszą sprawą. Nie to jest największą patologią administracji. I zaczynanie od tego pachnie trochę populizmem ocenia prof. Michał Kulesza, twórca reformy samorządowej, a obecnie doradca prezydenta ds. administracji.
Karol Manys: Rząd pracuje nad założeniami do zmiany ustawy o służbie cywilnej. Mowa w nich m.in. o likwidacji trzynastek, nagród jubileuszowych i dodatków stażowych dla urzędników. Docelowo podobny system miałby objąć wszystkich pracowników administracji publicznej. Pana zdaniem to dobry pomysł?

Prof. Michał Kulesza: Oczywiście dobrze, że pracuje się nad pewnymi zmianami, bo system wynagradzania urzędników rzeczywiście jest w Polsce nieco rozdęty i niespójny. Ale mam do tego dwie uwagi. Jedna jest taka, że system wynagradzania musi jednak zawierać pewne zachęty. Bez nich byłby bez sensu. A druga uwaga jest taka, że obecnie ten system jest 'resortowy'. W tym sensie, że w różnych ministerstwach na tych samych stanowiskach mamy inny poziom wynagrodzeń. Pewne różnice są tu oczywiście uzasadnione. Ale dziś w wielu przypadkach są one zbyt daleko idące. Jeśli propozycje zmian mają iść w kierunku spłaszczenia stawek, to za chwilę okaże się, że może nam zabraknąć dobrych urzędników.

Czyli Pan jest przeciwnikiem takiego spłaszczania?

Nie jestem przeciwnikiem spłaszczania. Ale trzeba do tego dorzucić pewne elementy zmienne. One muszą być wyraźne. Nie może być tak, że referent czy dyrektor w jednym ministerstwie zarabia ileś tam, a w innym taki sam referent czy dyrektor dwa razy więcej. Natomiast może być tak, że obaj zarabiają porównywalnie, natomiast jeśli jedno z tych ministerstw ma szczególne zadania, to pracujący w nim urzędnik otrzymuje specjalny dodatek za szczególny charakter swojej pracy. Na rynku, z którym mamy do czynienia, potrzebne są rozmaite mechanizmy finansowe o charakterze motywacyjnym. I jeszcze jedna uwaga: rząd nie może w bezwzględny sposób regulować pensji w samorządzie. Samorządy są za bardzo zróżnicowane. W jednej gminie pewien zarobek może być traktowany jako wysoki, a w innej ta sama pensja będzie za niska i spowoduje ucieczkę wykwalifikowanej kadry. Więc jeśli do tego miałaby zmierzać zmiana przepisów, to byłby to kompletny absurd.

W opinii niektórych komentatorów mówienie o oszczędzaniu na zbyt wysokich płacach w administracji w ogóle jest populizmem. W skali budżetu nie są to bowiem znaczące pieniądze, a już teraz wiele instytucji państwowych narzeka, że za stawki, które mogą zaproponować, mają kłopot ze znalezieniem specjalistów.

Oczywiście, że pachnie to populizmem. I oczywiście, że pojawiają się takie problemy, bo w administracji wcale nie jest cudownie. Ale ja w niej widzę inny problem. W administracji przede wszystkim brakuje rzetelnej oceny pracownika. Niestety dla systemu bywa często obojętne, czy urzędnik jest mądry, czy głupi. Bo jeśli ktoś zostanie urzędnikiem, to jest już nim na zawsze.  A tak nie powinno być. Na dodatek jest to system mocno hierarchiczny, w którym występuje mocne uzależnienie od szefa. I m.in. przez to w administracji występuje wiele patologii. Urzędnicy powinni jednak podlegać obiektywnej ocenie.

Propozycje zmian przewidują, że część pieniędzy, które do tej pory urzędnicy dostawali w formie trzynastek, mieliby teraz dostawać w formie nagród od szefów. Nie widzi Pan tu niebezpieczeństwa, że urzędy mogą zostać jeszcze bardziej upolitycznione?

Niestety, nigdy nam się nie udało w Polsce oddzielić części politycznej administracji od jej części merytorycznej. Mamy w administracji wielu nominatów politycznych. Kiedy po jakimś czasie poznają się oni na swojej pracy, zmienia się władza, a zaraz potem ludzie. I cała zabawa rusza od nowa. Dla organizmu urzędniczego to jest po prostu zabójcze. Niebezpieczeństwo związane z systemem dyrektorskich premii jest takie, że to może prowadzić do urzędniczego nepotyzmu. Bo co się stanie, jeśli dyrektor kogoś nie lubi, a brakuje obiektywnych kryteriów oceny jego pracy?

Obserwując polski system administracji, widzi Pan jakieś inne rzeczy, które należałoby jak najszybciej zmienić?

Przede wszystkim potrzebne nam są standardy i etatyzacja. Już wyjaśniam, o co chodzi. Trzeba po prostu wiedzieć, dlaczego jedną sprawą zajmuje się w urzędzie pięć osób, a inną piętnaście. Najwyższy czas, by wartość pracy urzędniczej zacząć wyceniać i w pieniądzach, i w czasie. Dopiero później można się zastanawiać, co z tym dalej robić. A my tego na razie nie mamy. W Polsce brakuje po prostu systemu zarządzania administracją. I niestety nie robi się nic w tym kierunku, by powstał. Dlatego obawiam się, że zmiana, o której rozmawiamy, będzie bardzo powierzchowna. Nie chcę krakać, ale wydaje mi się, że znacznie więcej w niej jest populizmu niż niezbędnych merytorycznych zmian. System wynagradzania urzędników nie jest obecnie ani najpilniejszą rzeczą do zmiany w administracji, ani jej największą patologią.

Czytaj także

 0