Starcie giermków

Starcie giermków

Republikanie właśnie ją skończyli, demokraci wkrótce rozpoczną – konwencje partyjne to wylęgarnie bohaterów, którzy mogą przesądzić o losach całej kampanii.
Nawet zmarli na swoim pogrzebie nie usłyszą tylu pochwał, ile dotrze do uszu obu prezydenckich kandydatów podczas partyjnych konwencji – pisał niedawno magazyn „The New Yorker”. Republikanie mają to już za sobą. W czwartek w Tampa na Florydzie zakończyła się ich konwencja, po której można było odnieść wrażenie, że Mitt Romney nie walczy o prezydenturę, ale o zaliczenie w poczet świętych. Mówcy, którzy go lubią, rozpływali się nad cnotami kandydata, a ci, którzy mają z Romneyem na pieńku, lawirowali, opowiadając o swoim dzieciństwie i prababciach.
Święto popsuł nieco Clint Eastwood, który zamiast czytać z kartki, poprosił o krzesło i zaczął udawać, że siedzi na nim Barack Obama. Prezydent dostał się pod ostrzał ciętych pytań Eastwooda, ale milczał jak zaklęty. Z tej konwencji Amerykanie dowiedzieli się więc, że Brudny Harry ma już najlepsze aktorskie lata za sobą, oraz poznali wszystkie babcie i prababcie mówców. Ale nie dowiedzieli się niczego nowego o samym kandydacie na prezydenta USA – zgodnie z taktyką jego sztabu, który ukrywa jak może pałacowe życie Romneya.

We wtorek 4 września rozpoczyna się drugi show. W Charlotte w Karolinie Północnej na swojej konwencji wyborczej zbierają się demokraci. Znów nie obejdzie się bez peanów na cześć demokratycznego kandydata, swoją rolę odegra to samo konfetti, nawet plakaty będą podobne, tylko zamiast czerwieni, będzie dominować błękit – kolor Partii Demokratycznej.

Konwencje to zaplanowane spektakle. Ich program – jeśli nie przeszkadzają wydarzenia losowe, takie jak huragan „Isaac” czy Clint Eastwood – jest wypadkową wysiłków doradców i spin doktorów. Ale wszystkiego nie da się zaplanować – bo od tego, czym się słodzi kandydatowi, ważniejsze jest to, kto słodzi. Potężny portal RealClearPolitics napisał przed konwencjami, że będzie to starcie partyjnych giermków: „Ten, który błyśnie, porwie serca Amerykanów, przed finiszem kampanii da przewagę swojemu rycerzowi”. Kto więc będzie nosił tarczę Romneyowi i Obamie? Jeden giermek już się wykazał.

Kocham was, kobiety!

Ann Romney, żona Mitta, bez wątpienia była najjaśniejszą gwiazdą pod zachmurzonym niebem w Tampa. Wygłaszając jedno z najlepszych przemówień konwencji, udało jej się przekonać wielu wyborców, że jej mąż jest politykiem godnym zaufania. - Mitt was nie zawiedzie – zapewniała.

– Nie mogła zrobić tego lepiej – uważa strateg republikanów Mark McKinnon. – Słuchając jej przemówienia, trudno było nie zmienić zdania na temat Romneya, oczywiście na plus.

– Kocham was, kobiety – krzyczała spontanicznie i bez wątpienia zmniejszyła przepaść dzielącą jej męża od Obamy wśród żeńskiego elektoratu. Aż do konwencji większość Amerykanek niewiele wiedziało o Ann Romney, oprócz tego, że jeździ konno i jest bogata. Nie mówiło się o tym, że wygrała ze stwardnieniem rozsianym – stosując medycynę niekonwencjonalną – a następnie z rakiem. Ani też o tym, że dla męża przeszła na mormonizm. Gdy patrzy się na tę energiczną kobietę, trudno uwierzyć, że ma już ośmioro wnucząt.

– Jest autentyczna i da się lubić. Gorzej jest z jej mężem – uważa Susan Carroll z Rutgers University. Ann dobrze przygotowała atmosferę przed wejściem męża na mównicę. Dzięki niej opowieść Romneya o rodzinie i o ojcu, przynoszącym codziennie swojej matce jedną różę, nabrała wiarygodności i zdjęła z niego odium bezwzględnego biznesmana bez uczuć.

Republikanie wyraźnie postawili w Tampa na ofensywę kobiet. Do nich też odwoływał się Mitt Romney w swoim przemówieniu. Show męskim politykom ukradła również Condoleezza Rice, była sekretarz stanu za czasów prezydenta George’a W. Busha. Ale to Ann Romney wyrosła dość niespodziewanie na giermka, który potrafił Romneyowi odchylić nieco przyłbicę bezdusznego cyborga.

Hulian Latynos

Jeśli szukać analogii po drugiej stronie sceny politycznej, to rolę giermka Obamy ma do odegrania Julian Castro, młody burmistrz San Antonio w Teksasie. Ta wschodząca gwiazda Partii Demokratycznej ma brylować podczas rozpoczynającej się we wtorek konwencji tej partii. Wystąpi obok byłego prezydenta Billa Clintona, Michelle Obamy i wiceprezydenta Joe Bidena. I będzie pierwszym Latynosem, który pokaże się na partyjnej konwencji w czasie największej oglądalności.

Jego kariera polityczna jest błyskawiczna. Już w wieku 26 lat został najmłodszym członkiem rady miejskiej San Antonio. W 2009 r. został burmistrzem całego miasta, a w 2011 r. głównie dzięki jego wysiłkom bezpartyjny think tank Milken Institute przyznał San Antonio tytuł najlepiej zarządzanego miasta w całej Ameryce.

Szybko polubiono go w Waszyngtonie. Dziennikarze od razu dostrzegli wiele podobieństw między karierami Castro i Obamy - praca na rzecz lokalnej społeczności, dyplomy z prestiżowych uczelni oraz poruszanie spraw związanych z rasą. Na konwencji demokratów w 2004 r., gdy o prezydenturę walczył John Kerry, głównym mówcą był ówczesny senator z Illinois Barack Obama. W tym tygodniu będzie nim Castro.

Ponieważ dwie trzecie mieszkańców San Antonio to Latynosi, Castro częściej wymawia swoje imię po hiszpańsku („Hulian”) niż po angielsku. Dlatego na konwencji demokratów ma przemawiać w imieniu jednej z dwóch mniejszości, która może dać Obamie wyborcze zwycięstwo. O głosy czarnoskórych apelować będzie sam prezydent. O głosy Latynosów – właśnie Castro.

Demokratom szczególnie zależy na imigrantach z Ameryki Łacińskiej i ich potomkach. Latynosi są najszybciej rosnącą grupą etniczną w USA – jest ich już około 27 mln, a nawet o kilka milionów więcej, wliczając w to szacunki dotyczące nielegalnych imigrantów. Latynosi są też odpowiedzialni za połowę całego przyrostu naturalnego Ameryki. Już wkrótce będą większością w Kalifornii i w Teksasie.

W wyborach w 2008 r. Obama otrzymał 67 proc. głosów latynoskich wyborców, podczas gdy senator John McCain – tylko 31 proc. Zdaniem politycznych ekspertów zwycięstwo Obamy w tej grupie etnicznej w stosunku procentowym 60 do 40 powinno zapewnić mu drugą kadencję. To dlatego Obama wstrzymał ostatnio procedury deportacyjne dla młodych imigrantów. To dlatego też giermkiem Obamy podczas konwencji będzie młody, energiczny Latynos.

Jak pisał portal RealClearPolitics, dobry giermek może mieć kluczowe znaczenie na ostatniej prostej wyścigu do Białego Domu. Pchnie kandydata do przodu, w porę dostarczy mu odpowiedni oręż do walki politycznej – czy to będą głosy kobiet, jak w przypadku Ann Romney, czy Latynosów – za sprawą Juliana Castro. Natomiast zły giermek to prawdziwe nieszczęście. W 2004 r. w strategii uczłowieczania sztywnego Johna Kerry’ego udział wzięła jego córka. Na konwencji demokratów opowiedziała, jak to tatuś w porcie wskoczył do wody, aby ratować jej ukochanego chomika Licorice. Wyciągnął go na brzeg i zastosował sztuczne oddychanie. Chomik jednak zdechł, tak jak wkrótce kampania Kerry’ego. Mitt Romney powinien więc się cieszyć, że jego żona jednak przyćmiła Clinta Eastwooda.
Okładka tygodnika WPROST: 36/2012
Więcej możesz przeczytać w 36/2012 wydaniu tygodnika „Wprost”

Czytaj także

 0

Czytaj także