Amber Gold od środka

Amber Gold od środka

Marcin P.
Marcin P. / Źródło: Wprost / Bloomberg
Wiemy, kogo ABW typuje jako tych, którzy stali za Amber Gold. W sprawie pojawiają się człowiek półświatka, biznesmen i były esbek. Ujawniamy najnowsze ustalenia tajnych służb i prokuratury w spraw ie parabanku. Śledztwo kuleje, funkcjonariusze ABW szukają po omacku.

Od ponad miesiąca Marcin P. siedzi w areszcie, dopiero w ubiegłą środę prokuratura przedstawiła zarzuty jego żonie. Śledztwo prowadzi ABW pod nadzorem prokuratury łódzkiej. Przeniesiono je tam z Gdańska. Nie idzie dobrze.

– Sprawę prowadzą dwie delegatury ABW – ta z Warszawy i gdańska – mówi funkcjonariusz jednej ze służb.

– Dlaczego dwie struktury ABW prowadzą jedną sprawę? Brak zaufania ze strony kierownictwa służby? – pytamy.

– Nie wiem, mnie to też dziwi.

Osoba znająca ustalenia śledztwa: – Oni teraz skupili się na dwu osobach: Janie P. ps. Tygrys i C., byłym oficerze SB, obecnie współwłaścicielu supermarketów. Wersja jest taka: Tygrys dysponował kasą, która miała być wytransferowana, i w tym celu założono firmę Amber Gold. Pomysł okazał się dobry i powstało coś większego, niż planowano. To jest teraz weryfikowane. Problem polega na tym, że billingi mamy tylko z dwóch lat, a Amber Gold był rozkręcany w 2009 r., więc część informacji przepadła.

Wyspa Tygrysa

Spotykamy się z byłym oficerem CBŚ, który zna Tygrysa. Chcemy się dowiedzieć czegoś więcej o Janie P. Na początek standardowo pytamy, kto stoi za Amber Gold i kogo typuje ABW. Były policjant od razu wymienia nazwiska – Tygrysa i pana C. od hipermarketów.

I dalej odpowiada: – Tygrys dorobił się na kopaniu bursztynu. Najbardziej obfite złoża to był „rejon wyspy”, na gdańskich Stogach. Wydobycie kontrolowało państwo. Tygrys miał swoje maszyny i w nocy wydobywał bursztyn nielegalnie. To były jego pierwsze pieniądze. Potem zaczął kraść paliwo. Przez Stogi idą rury z ropą naftową. Ludzie Tygrysa wbijali trzpień w rury i pobierali paliwo. Cysternami. W latach 90. zajął się handlem kradzionymi samochodami. To były miliony złotych. Wszyscy się go bali. Generalnie ta wyspa należała do niego. Wszyscy mu płacili. Potrafił wejść do lokalu i zdemolować bar. Właściciele knajp strasznie się go bali. Gdy popił, to dostawał małpiego rozumu. Był bezkarny i brutalny. Nic nie można było mu zrobić.

Policje świata próbowały, ale tak, że nie można było nic zrobić. Czy taką działalność w PRL i na początku lat 90. można było prowadzić bezkarnie, bez kontroli, bez związków ze służbami specjalnymi? Pytaliśmy o to wiele osób w Trójmieście. Większość mówiła, że bez takiego wsparcia nie byłoby to możliwe. Faktem jest, że Tygrys (ksywka pojawiła się po jego efektownym skoku przez stół barowy na przeciwnika jeszcze w czasach PRL) ma zadziwiającą umiejętność unikania odpowiedzialności. Procesy karne, w których zasiada na ławie oskarżonych, ślimaczyły się od lat – choćby te związane z przemytem aut do państw byłego ZSRR czy pobicia przez Tygrysa funkcjonariuszy CBŚ w sopockiej knajpie.

Wysoki rangą oficer policji: – Pan Janek się zmienił. Jest już gościem koło sześćdziesiątki. Inwestuje w ziemię, nieruchomości. Na swój sposób mam dla niego szacunek. Większość podobnych mu ludzi zostało zastrzelonych, zaćpało się, przepuściło wielkie pieniądze. A on przetrwał.

Dwa lata temu Tygrys przeżył osobistą tragedię. Niedaleko domu za kierownicą zginął jego syn. Tam gdzie wydarzył się wypadek, przy głównej drodze na Stogach, Tygrys kazał pobudować miejsce pamięci. Leży tu gigantyczny głaz, stoją rzeźby, ziemia jest wybrukowana, wokół posadzono mnóstwo kwiatów. Codziennie to miejsce jest sprzątane, palą się nowe znicze. Tygrys przynosi tu ulubione piwo syna. Mieszkaniec Stogów: – Uspokoił się trochę. Ale jak popije i zobaczy policjanta, to klapka mu się przestawia i dostaje szajby.

Jan P. nie przepada też za dziennikarzami. Kilka lat temu rzucił się w sądzie na fotografa, który próbował zrobić mu zdjęcie.

Jedziemy do posiadłości Tygrysa na Stogach. To wielki dom z ogrodem w bocznej uliczce. Na wyciągnięcie ręki widać biedne, szare, PRL-owskie bloki. Dzwonimy do drzwi. Z framugi przygląda się nam obiektyw mikrokamery. Nikt nie otwiera, choć widać, że po domu krzątają się ludzie.

Apartamenty Amber Gold przy ulubionej ulicy Tygrysa

Dlaczego ABW przygląda się Tygrysowi i obstawia, że mógł być osobą lub jedną z osób, które wyłożyły pieniądze na Amber Gold? Na mieście od dłuższego czasu mówi się, że Marcin P. był słupem Tygrysa. Informatorzy służb wskazują, że właściciele Amber Gold działali na jego terenie. Bez jego zgody nie mogliby prowadzić przestępczego procederu. Tygrys jest kojarzony ze Stogami, ale jego interesy sięgały dalej, w kierunku gdańskiego Starego Miasta. I tak np. Tygrys przed laty miał sam spożywczy naprzeciwko miejsca, w którym znajdowała się główna siedziba Amber Gold przy ulicy Długie Ogrody. – Ulubiona ulica Tygrysa to ta, przy której właściciele Amber Gold kupili kilka apartamentów. Knajpa, w której Tygrys bardzo często bywał, znajduje się sto metrów od mieszkania, w którym żyło małżeństwo P. – odpowiada jeden z trójmiejskich śledczych. Kolejna poszlaka: Tygrys do perfekcji opanował umiejętność unikania odpowiedzialności karnej. To łączy go z Marcinem P., który wciąż dostawał wyroki w zawieszeniu. Doskonałym znajomym Tygrysa był mecenas Piotr P., bohater głośnej afery korupcyjnej w trójmiejskim wymiarze sprawiedliwości. Dzięki znajomościom i łapówkom P. załatwiał korzystne rozstrzygnięcia w sądach dla swoich klientów. Czy podobny mechanizm zapewniał bezkarność Marcinowi P.? Kolejna rzecz. Jan P. jest człowiekiem zamożnym. Miał środki, by ewentualnie dać początek parabankowi.

Tygrys wreszcie jest znajomym Mariusa O., którego już wcześniej ABW wymieniała jako osobę, która może mieć związki z interesami założyciela Amber Gold. Przypomnijmy, że Marius O. to barwna postać. Jego dobrym znajomym był Nikodem S. ps. Nikoś. Na początku lat 90. prowadził znaną firmę spedycyjną i miał udziały w banku, który splajtował.

Były esbek wskazuje na Mariusa O. i jego kontakty na Wschodzie

Spotykamy się z ważnym śledczym z Trójmiasta. Na początku nie mówimy, z jaką sprawą przyjeżdżamy. Na dzień dobry nasz rozmówca wymienia nazwisko pana C., biznesmena od hipermarketów, byłego oficera SB. Palcem w powietrzu rysuje trójkąt. W jednym rogu Marius O., w drugim Tygrys, na szczycie trójkąta C., wspomniany biznesmen od hipermarketów, były oficer SB. – Świetny oficer śledczy od spraw gospodarczych, jeden z najlepszych w latach 80. – komplementuje pana C. nasz rozmówca.

Wspomina o jego dwuznacznej roli w aferze Stella Maris. W 2002 r. ujawniono, że w wydawnictwie archidiecezji gdańskiej doszło do nadużyć finansowych. Jednym z podejrzanych był dawny kapelan metropolity gdańskiego abp. Tadeusza Gocłowskiego, ks. Zbigniew B. Zarzucono mu, że w latach 1998-2001 przyzwalał na wystawianie faktur VAT za fikcyjne usługi konsultingowe i doradcze. W sprawie pojawiały się nazwiska trójmiejskiej elity politycznej i biznesowej. Pan C. miał lobbować, wykorzystując swoje znajomości w służbach i prokuraturze, za ukręceniem łba sprawie. Czy skutecznie? Śledczy zauważa, że wiele osób nie trafiło na ławę oskarżonych.

Dzwonimy do C. Umawia się z nami w hotelu Hevelius. W latach 80. i 90. (jeszcze jako Heweliusz) był to najlepszy hotel w Gdańsku, gdzie bywalcami byli gangsterzy, szemrani biznesmeni i ludzie służb. C. to pan po sześćdziesiątce, sympatyczny, zasypujący rozmówcę gradem opowieści. Zaprzecza, że ma związki z Amber Gold. – Nie mam zielonego pojęcia o Amber Gold. Nie ten adres. Nie znałem nigdy Marcina P. – twierdzi.

– Znał pan Tygrysa?

– Miałem z nim drobny epizod. Była taka historia. Ktoś od niego [Tygrysa – przyp. red.] przyjechał i pyta, czy pan by coś nie mógł pomóc, bo pan ma znajomości w prokuraturze i tak dalej. Bo ks. Henryk Jankowski wezwał Tygrysa i tak mówi: „Słuchaj, Jasiu, władza ludowa cię nie zlikwidowała na Stogach, stan wojenny cię nie zlikwidował, a ty kopiesz w dalszym ciągu bursztyn, ale ja – ks. Jankowski – jak się za ciebie wezmę, to ty nie wykopiesz ani grama bursztynu, żebyś wiedział. A moja cena to dwa worki bursztynu”. Więc przyszedł do mnie ten wysłannik Tygrysa i pyta, czy to jest groźba karalna i co zrobić? Dać czy nie dać? Mówię: „Radzę się z nim dogadać i może ugodzić na mniejszą sumę, ale radzę dać”. Nie wiem, jak to się skończyło. Nie pytałem już później, ale prawdopodobnie ten bursztyn w określonej ilości do Jankowskiego dotarł [nieżyjący już prałat potrzebował bursztynu na budowę ołtarza w bazylice św. Brygidy – przyp. red.].

Dlaczego śledczy wiążą C. ze sprawą Amber Gold i Tygrysem? Sam C. tego nie rozumie. Widział go dwa-trzy razy w życiu. Wskazuje na swojego wspólnika. Ten wynajmuje lokale od Tygrysa. Może stąd? – zastanawia się pan C.

Pytamy C. o jego znajomość z Mariusem O. Czy poznał go jako śledczy w latach 80.? Po roku 1989 r. C. współpracował z Mariusem O., dostarczając mu „jakieś trunki”. „My już mieliśmy sklepy, to zawsze jakieś kontakty były”. Marius O. był i jest właścicielem znanego lokalu w Sopocie.

C. podczas rozmowy w Heveliusie radził nam, byśmy dali sobie spokój z hipotezą ABW, że za Amber Gold stoi on albo Tygrys.

– Ja bym poszedł innym tropem.

– Jakim?

– To są straszne powiązania. Ten cały światek to moi koledzy; zarówno J., z którym studiowałem, jak i Z. [wymienia znanych trójmiejskich prawników – przyp. red.], to są moi koledzy. Konieczność mnie zmusiła, żebym działał na rynku handlowym, a rynek handlowy opierał się zarówno na ludziach pokroju np. Tygrysa, jak i na ludziach pokroju, powiedzmy, Rysia [znany trójmiejski biznesmen – przyp. red.], który jest bardzo inteligentny. Przez jakiś czas też kręciłem się u niego. Bardzo inteligentny człowiek, miał wyczucie, w przeciwieństwie do innych, którzy robili jakieś głupstwa.

– A ten trop, o którym pan powiedział. Kogo pan miał na myśli? – naciskamy na udzielenie odpowiedzi.

– Poszedłbym tropem Mariusa O. Szukałbym tam i w jego otoczeniu. – A jego otoczeniem kto teraz jest? To nadal Rysio? – Nie wiem. – Rysio ma problemy finansowe. – Ma i nie ma. Kiedyś grał w pierwszej trójce. Szkoda mi go, bo – powiem panom szczerze – on tutaj dużo zrobił dla regionu. Niezależnie od tego, jak będziemy go oceniać, był wplątany w takie czy inne sytuacje, ale pomógł dużo. Oczywiście, skądś musiał to mieć, ale każdy, kto zarobił około miliarda, musiał coś mieć na początku: na pewno nie z pracy i ze zwykłego stanowiska. Kiedyś myśmy ich ścigali.

– A Marius O. i jego kontakty na Wschodzie. Chodzi o Litwę? [pytamy o Litwę dlatego, że w śledztwie pojawia się wątek pochodzącej stamtąd firmy mającej serwisować samoloty linii OLT, która należała do Amber Gold – przyp. red.].

– Właśnie tam bym szukał.

– A dlaczego tam?

– Coś mi tu pachnie. Bo tutaj kto? Jeżeli nie Rysio, to kto włoży takie pieniądze i kto by zaryzykował? Ja jako śledczy poszedłbym tamtym tropem i szukałbym właśnie tam.

Co z Mariusem O.?

Wątek Mariusa O., trójmiejskiego biznesmena, pojawił się w planie śledztwa, który ABW przygotowała 16 lipca – opisywaliśmy to we „Wprost” niespełna dwa miesiące temu. W dokumencie jest napisane, że to właśnie w domu O. miało dojść w 2011 r. do narad na temat planowanych przez szefa Amber Gold inwestycji w branżę lotniczą. Spotykać się mieli Marius O., właściciel małej linii lotniczej Krzysztof W. oraz prezes Amber Gold Marcin P. Na tym spotkaniu miano ustalić, że właściciel parabanku zainwestuje kilkanaście milionów złotych w jedną z istniejących spółek lotniczych. Marcin P. dostał w użytkowanie samolot. Maszyna miała być wykorzystywana przez Amber Gold do transportowania znacznych kwot pieniędzy z Hamburga.

Skąd w planie śledztwa ABW wziął się Marius O.? Sprawdziliśmy. Za wiadomością, która znalazła się w dokumencie Agencji, stoi bliski Mariusowi O. człowiek (znamy jego dane). Zażyłe relacje tej osoby z O. sprawiły, że Agencja uznała informację za wiarygodną i dlatego umieściła ją w planie śledztwa. Podjęto decyzję o rozpracowaniu Mariusa O. Śledczy z Gdańska: – Wątkiem Mariusa O. nie zajmuje się gdańska ABW, robi to centrala Agencji w Warszawie.

Marius O., o czym informowaliśmy w naszym sierpniowym tekście, zaprzeczył, że w jego domu dochodziło do narad z udziałem właściciela Amber Gold. Podkreślił, że nie zna Marcina P. ani nie miał związków z jego interesami.

O. zareagował bardzo nerwowo na artykuł. Zapowiedział nawet, że poda nas do sądu.

Publicznie wspomniał, że z powodu zamieszania wokół jego osoby musiał wynająć ochronę, gdyż obawia się o życie. Ten argument rozbawił naszych rozmówców w Trójmieście – od funkcjonariuszy służb po ludzi z miasta. Marius O. od lat korzysta z ochrony i często ją zmienia.

Właściciel firmy ochroniarskiej: – Niejaki Olgierd, który niedawno wyszedł zza krat, został poproszony o odzyskanie długu u pana Mariusa. Przyjechało kilku barczystych panów do O. i powiedzieli, że są od Olgierda. O. się wystraszył i wynajął sobie nową ekipę do ochrony.

Mądrze wyprowadzali kasę

Ze śledztwem w sprawie Amber Gold jest poważny problem. Aby pójść do sądu i oskarżać ludzi stojących za Marcinem P., potrzeba twardych dowodów, a nie tylko wiedzy od informatorów. W prokuraturze grupa analityków bada dokumentację finansową parabanku. Opowiada śledczy, który pracuje przy sprawie Amber Gold: – Nie stwierdziliśmy dużych przelewów z Amber Gold, czyli takiej sytuacji, gdy ktoś jedną operacją przelewa na jakieś konto 20 albo 50 mln zł. Nie ma tam takiego strzału. Kasa mogła gdzieś pójść, ale w drobnych przelewach. Mogła być później kumulowana. Aby to dokładnie zbadać, trzeba miesięcy pracy analityków.

ABW chce, by prezes skruszał

Jak ma się główny bohater afery Amber Gold Marcin P., który od ponad miesiąca siedzi w areszcie? Jaką taktykę stosują wobec niego śledczy? Osoba znająca kulisy sprawy: – ABW nie próbuje nieoficjalnie wyciągać z niego informacji. Nie podchodzą do niego w areszcie. Działają wedle zasady: niech chłopak trochę skruszeje.

Do niedawna Marcin P. był w znakomitej formie. Nastrój popsuł się mu dopiero w środę. Tego dnia jego małżonka usłyszała w prokuraturze osiem zarzutów związanych z aferą parabanku. Jej wyjście z prokuratury już jako podejrzanej, w otoczeniu wianuszka dziennikarzy i kamer, Marcin P. mógł obejrzeć w telewizji. We własnej celi, gdzie ma telewizor.

***

Pojawienie się Tygrysa w sprawie Amber Gold sprawia kłopot śledczym z ABW. Wytyka się im brak rozeznania w realiach świata przestępczego Trójmiasta. – Panowie z ABW są oderwani od środowiska. Oni przychodzą i pytają się, kto to jest Tygrys i czy może mieć coś wspólnego z Amber Gold. Dlaczego tak myślą? No, bo on kiedyś bursztyn kopał – gorzko mówi trójmiejski policjant.

Tygrys, który karierę zaczynał w głębokim PRL, to człowiek zamierzchłych czasów dla obecnych funkcjonariuszy Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Przed nimi żmudna praca przekopania się przez kilkaset tomów akt, spraw, w których pojawiają się wytypowane przez nich postacie. I to akt od lat 70. aż po czasy współczesne. Z naszych informacji wynika, że funkcjonariusze ABW nie zapoznali się jeszcze z aktami policyjnymi oraz z Instytutu Pamięci Narodowej. Bazują na tym, co dostają w formie notatek z CBŚ i innych służb. Czeka ich ogrom pracy.

Artykuł został opublikowany w 42/2012 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

Czytaj także

 1
  • BoloiLolo   IP