Kolorowe wozy z burgerami

Kolorowe wozy z burgerami

Kotlet z mrożonki, hot dog z mikrofali ? Gastronomiczny koszmar odchodzi do lamusa. Do ulicznego jedzenia biorą się zapaleńcy, a biznes na kółkach kręci się coraz szybciej .
Przy rozkopanym rondzie Daszyńskiego w Warszawie codziennie zbiera się gromadka ludzi. Dziewczynka z plecakiem, starszy pan w okularach i menedżerka na szpilkach. Wszyscy chcą jednego – zapiekanki ze stojącej przy skrzyżowaniu ciężarówki. Jest jak za starych dobrych czasów: bardzo długa bułka, kopczyk z pieczarek, ser i prawdziwy piecyk. – Mobilna gastronomia to już nie to co w ostatnich latach, czyli brudna przyczepa, niesympatyczna pani, mrożonka i mikrofalówka. Klienci bali się takich miejsc. Nowy trend to ciekawe samochody, pełna higiena i produkty dobrej jakości – mówi Tomek Nuckowski, współwłaściciel baru Zapiekanka Snack Bus. – Latem ustawiliśmy się w Jastrzębiej Górze, gdzie działa jakieś 30 punktów z zapiekankami. Byliśmy przekonani, że to się nie uda. Tymczasem to do nas ustawiały się kolejki, bo w innych barach serwowano odgrzewane mrożonki – dodaje.

Nowy trend zaznacza się w Polsce coraz mocniej. Tego lata na warszawskich ulicach stało już co najmniej siedem nowoczesnych (choć z zewnątrz często zabytkowych) aut z jedzeniem. Pierwsze pojawiają się też w Trójmieście, Krakowie i Radomiu. Z kolei w Poznaniu działa bar kawowy Bike Cafe ulokowany na… trójkołowym rowerze.

Pomysł jest prosty – ciekawy pojazd, szybka obsługa, produkt wysokiej jakości, przystępne ceny i właściciele z ogromną pasją. Na takich zasadach swój biznes oparli twórcy Soul Food Busa z burgerami. – Pomysł wziął się z miłości do jedzenia. Pracowałem za granicą w różnych knajpach. Po powrocie do Polski zatrudniłem się w agencji reklamowej, ale praca w korporacji nie jest dla mnie – wspomina Marek Ignaciuk, współwłaściciel pojazdu. Zdecydował się rzucić pracę i spełnić marzenie. W 2011 r. wraz z kolegą uruchomili pierwszy w Warszawie gastronomiczny wóz z prawdziwego zdarzenia. Menu opracował sam. Dziś mają autobus i przyczepę, planują ustawienie kolejnych aut także w innych miastach, a w dalszej przyszłości także uruchomienie franczyzy. Nadal chętnie każdego dnia stają przy grillu. Zbyt lubią tę pracę, by tylko doglądać biznesu. – Zależało nam na tym, by pokazać w Polsce dobre, szybkie jedzenie. Klienci mają do wyboru elegancką restaurację albo kebab. Dlatego zaczęliśmy serwować burgery, które można przygotować dość szybko, ale wykorzystując dobre pieczywo, wołowinę i warzywa – wyjaśnia Marek. Tym samym młodzi przedsiębiorcy zapoczątkowali w naszym kraju nową modę na fast food w wersji slow. – Takie miejsca mogą się wpisywać w filozofię slow food, a to ze względu na dbałość o jakość serwowanego jedzenia i produktów. Jeśli mięso w burgerze pochodzi od zwierząt, które za życia pasły się na łąkach, a frytki przyrządza się z ekologicznych ziemniaków, to dlaczego nie – uważa Izabela Strzeszewska z organizacji Slow Food Youth.

Menu restauracyjnych wozów bywa naprawdę wykwintne. W Soul Food Busie jednym z najlepiej sprzedających się dań jest burger Swiss z dodatkiem sera brie i karmelizowanej cebuli. Z kolei w stołecznym Bobbym Burgerze można zamówić kanapkę z dodatkiem rukoli, orzechów, żurawiny albo cukinii. W Krakowie na popularności zyskują słodkości firmy Fragola, takie jak papryczka chilli albo kiwi w czekoladzie. W USA ta gałąź gastronomii zyskała celną nazwę – gourmet street food (uliczne jedzenie dla smakoszy).

Zdaniem Agnieszki Górnickiej, prezes firmy badawczej Inquiry, te nowe koncepty dobrze wpasowują się w istniejącą na rynku niszę. – To celna odpowiedź na wielkomiejskie życie w ciągłym biegu. Najbardziej zabiegana grupa Polaków to także ta, która przykłada coraz większą wagę do jakości jedzenia. A jeśli ktoś ma ochotę zjeść szybko dania wysokiej jakości, to nie ma za bardzo w czym wybierać – tłumaczy Górnicka. – W Polsce nawet menedżerów nie stać na to, by codziennie jadać w dobrych restauracjach. Jeśli więc mają do wyboru stołówkę w biurowcu z niesmacznym jedzeniem pełnym chemii albo przyczepę z hamburgerem z dobrego mięsa, to skuszą się na to drugie – dodaje Górnicka.

Potwierdzi to każdy, kto przyjrzy się choć przez kilka chwil tłumom modnej młodzieży oczekującym na zamówienie pod niemal każdą ciężarówką z jedzeniem. Tych jest coraz więcej, bo mobilna gastronomia to biznes bardzo przekonujący i popularny w czasie spowolnienia gospodarczego. Gdy w USA rozszalał się kryzys, w Nowym Jorku rozstawiło się ok. 100 barów na kółkach. – Otwierali je albo właściciele restauracji, które zbankrutowały, albo osoby początkujące w gastronomii, bez kapitału na własną knajpę. W Polsce mamy w tej chwili do czynienia z podobnym zjawiskiem – mówi Grzegorz Dziocha z portalu Street Food Place, który śledzi rozwój kuchni ulicznej w naszym kraju. Według wyliczeń właścicieli barów otwarcie mobilnego biznesu jest tańsze o ponad 50 proc. niż w przypadku stacjonarnej restauracji. Lokal ze stałą siedzibą to minimum kilkaset tysięcy złotych, mobilną knajpkę można stworzyć nawet za tysięcy kilkadziesiąt. Przy dobrym pomyśle połowa inwestycji może się zwrócić w ciągu dwóch miesięcy.

Tomek Nuckowski też zalicza się do grupy młodych biznesmenów, którzy zrezygnowali z dotychczasowej drogi na rzecz mobilnego biznesu. – Prowadziłem dwa lokale z kuchnią azjatycką, ale koszty stałe były ogromne. Razem z moim kolegą Marcinem pomyśleliśmy więc o gastronomii na kółkach. Stara ciężarówka kosztowała nas 15 tys. zł. Wyremontowaliśmy ją własnymi siłami. Była przy tym masa zabawy. Nie płacimy dużego czynszu, nie zatrudniamy pracowników. Dzięki temu możemy zaproponować naprawdę dużą zapiekankę w dobrej cenie – mówi współwłaściciel Zapiekanka Snack Bus. Dodaje też, że pierwotnie polskie zapiekanki chciał sprzedawać we Francji, ale na razie dopracowuje koncept. Ciężarówka w Warszawie miała stać tylko czasowo, ale jest już niemal pewne, że tu zostanie. Biznes we Francji ruszy równolegle.

Krzysiek Kołaszewski, współwłaściciel Bobby Burgera, który w wakacje stacjonował najczęściej przy ul. Świętokrzyskiej w Warszawie, również musiał zweryfikować swoje biznesowe plany. – Chcieliśmy wejść w biznes gastronomiczny. Planowaliśmy otworzenie lokalu z okienkiem dla samochodów, jak McDrive, ale ze zdrowszym jedzeniem. Koszty były jednak gigantyczne. Stworzenie własnej ciężarówki z burgerami okazało się wielokrotnie tańsze – wspomina Krzysiek. Wraz ze wspólnikiem Bogumiłem Jankiewiczem nie rezygnują jednak z pomysłu na otwarcie stacjonarnego lokalu. – Przypadkiem odkryliśmy ciekawy sposób na wypromowanie biznesu gastronomicznego. Warto zacząć od ciężarówki, która zaciekawi klientów i przekona ich do dobrego jedzenia, by po jakimś czasie otworzyć lokal stacjonarny – uważa Kołaszewski.

Na odwrotną drogę rozwoju zdecydował się Bernard, właściciel dwóch Wurst Kiosków w Warszawie, który niedawno uruchomił Wurst Wagen. – Tu jest do zagospodarowania nisza, a efekt nowości to dodatkowa szansa na sukces – wyjaśnia Bernard. Dlatego jego kiełbaskowy biznes zyskał kółka. Wkrótce ciężarówka trafi na ulice Warszawy.

Marcin Kasprzycki, właściciel mobilnej kawiarni Kaff and Race, nigdy nie myślał nawet, że będzie właścicielem takiego biznesu, do czasu gdy na jednym z blogów zobaczył zdjęcie baru kawowego w zabytkowym citröenie HY. Trudno mu było o nim zapomnieć. – Nigdy nie widziałem takiego samochodu. Pomyślałem, że to genialny koncept, a jakiś czas później takie samo auto znalazłem na aukcji – wspomina Kasprzycki. Marzenie zaczęło się spełniać. Prace nad przywróceniem samochodu do dawnej świetności i przystosowaniem go do prowadzenia kawiarni trwały półtora roku. Właścicielowi zależało na stworzeniu marki, która odbiega od rynkowej oferty. – Chciałem odciąć się od estetyki kawiarni kobiecej, którą wybiera większość sieciówek. To miała być marka z pazurem, trochę bardziej męska. Udało się. Odwiedzają nas fani motoryzacji, motocykliści – wyjaśnia Marcin. Zaznacza jednak, że atrakcyjny samochód przyciągnie klienta tylko raz. Aby go zatrzymać, trzeba podać mu dobry produkt. – Mamy w ofercie tylko kawowe klasyki, takie jak espresso, flat white czy cappuccino. Kawę kupujemy bezpośrednio z palarni najpóźniej dwa tygodnie po wypaleniu – tłumaczy szef Kaff and Race. Ze względu na chłodniejsze dni kawiarnia nie stoi już nad Wisłą, ale działa tylko na weekendowych imprezach.

Jednak nie wszyscy właściciele gastronomii na kółkach zamykają biznes na zimę. Soul Food Bus w tym roku miał przestój jedynie w czasie ciężkich lutowych mrozów. Z kolei Wurst Wagen chce rozgrzewać klientów grzanym winem.

Jednak to nie pogoda najbardziej martwi właścicieli gastronomii na kółkach. – W Polsce brakuje przepisów, które regulowałyby tego typu działalność. Mobilna gastronomia jest uznawana za rodzaj handlu obwoźnego, a ten dozwolony jest tylko na bazarach. Wrzuca się nas do jednego worka z handlarzami pietruszką, rękawiczkami i garnkami – tłumaczy Marek z Soul Food Busa. Krzysiek Kołaszewski dodaje, że właściciel tego typu baru nie jest ulubieńcem okolicznych restauratorów. – Przez pierwsze dwa tygodnie przy ul. Świętokrzyskiej, gdzie staliśmy legalnie, codziennie mieliśmy wizyty straży miejskiej. Wzywał ją właściciel pobliskiego kebaba, któremu nie podobało się nowe towarzystwo. Jednak gdy sprawdzono już każdy nasz dokument, nie było do czego się przyczepić i kontrole w końcu ustały – mówi Krzysiek.

Młodzi biznesmeni chcą razem przekonać władze do tego, że nowoczesne mobilne bary są potrzebne. – Chcemy założyć stowarzyszenie. To daje większą siłę przebicia – mówi Bernard z Wurst Kiosku. – Chcielibyśmy, żeby miasto wygospodarowało kawałek terenu, gdzie moglibyśmy się rozstawiać – przedstawia propozycję. Marzeniem właścicieli samochodów z jedzeniem są całe imprezy poświęcone takim barom. Na razie mieli swój mały zlot podczas FreeFormFestivalu. Pokazali się pięciu tysiącom głodnych fanów muzyki. Bobby Burger w ciągu dwóch wieczorów sprzedał ok. 500 hamburgerów, a Wurst Wagen obsłużył 300 osób. Tego typu sukcesy byłyby niemożliwe, gdyby nie mobilność. Ta właśnie wynagradza właścicielom wszelkie niedogodności. – Mając taki pojazd, nie musimy prowadzić działalności w jednym miejscu. Latem możemy wyjechać food truckiem nad morze, a zimą w góry – mówi Filip Gumiński z firmy Riki Tiki Naleśniki.

Eksperci są zdania, że ciekawe samochody ze zdrowym i niedrogim jedzeniem są w Polsce skazane na sukces. Dlatego nie brakuje pomysłów związanych z tym rynkiem. Właściciele Soul Food Busa myślą już nad nową marką. Założyciele portalu Street Food Place pracują natomiast nad aplikacją dla fanów takiego jedzenia. – Wskaże ona użytkownikowi najbliższe czynne lokale z kuchnią uliczną. Jesteśmy na etapie szukania finansowania. Potrzebujemy 500 tys. zł na całość projektu – mówi Piotrek Szuber, współtwórca pomysłu. Rynkiem interesują się też więksi gracze. W wakacje na ulice Warszawy wyjechała przyczepa marki Pasztecik spod Lady, należąca do spółki Dominata, która jest także właścicielem sieci kawiarń W Biegu Cafe. Notabene ta znana marka barów kawowych kilka lat temu zaczynała od ciężarówki w centrum Warszawy. Jej sukces właściciele gastronomicznych aut mogą wziąć za dobrą monetę.

Okładka tygodnika WPROST: 44/2012
Więcej możesz przeczytać w 44/2012 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 1
  • Lubię foodtrucki IP
    Mobilne piece do pizzy opalene drewnem, super sprawa!