Twarde lądowanie

Twarde lądowanie

Z listy siedmiu lotników, którzy 10 kwietnia 2010 r. polecieli do Smoleńska, trzeba wykreślić kolejne nazwisko. Przy życiu pozostało już tylko dwóch. Jeden trafił pod skrzydła Antoniego Macierewicza. Drugi uczy się latać na rosyjskich myśliwcach.
Ta śmierć już na zawsze pozostanie tajemnicą. Chorąży Remigiusz Muś powiesił się w piwnicy swojego mieszkania w podwarszawskim Piasecznie. Sznur odcięła żona, która go znalazła. Osierocił dwoje dzieci.

Muś to postać w śledztwie smoleńskim niebywale istotna. Był pokładowym technikiem samolotu Jak-40, który tuż przed tupolewem wylądował w Smoleńsku. I jedynym świadkiem rozmów, które rosyjska wieża lotniskowa w Smoleńsku prowadziła z załogą prezydenckiego samolotu. Muś jako jedyny konsekwentnie od dnia katastrofy twierdził, że Rosjanie mówili Polakom coś innego, niż wskazuje na to nagranie z czarnych skrzynek.

Dlatego też dla tych, którzy wierzą w zamach i trotyl, Muś był prorokiem. Dziś stał się męczennikiem.
Do Smoleńska poleciały dwie załogi. W tupolewie dowodził kpt. Arkadiusz Protasiuk, drugim pilotem był mjr Robert Grzywna, nawigatorem por. Artur Ziętek, a technikiem pokładowym chor. Andrzej Michalak. Ale wcześniej do Smoleńska wyleciał rządowy Jak-40, stara maszyna wioząca dziennikarzy obsługujących wizytę prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Katyniu. To był ostatni samolot, który wylądował tam przed katastrofą.

Jakiem dowodził por. Artur Wosztyl, a na pokładzie tego małego samolotu było jeszcze dwóch innych lotników — drugi pilot Rafał Kowaleczko oraz właśnie technik Remigiusz Muś.

Lotnicy z tupolewa i jaka doskonale się znali. Nie dość, że służyli wspólnie w 36. specpułku – przewożącym najważniejszych ludzi w państwie – to jeszcze latali w rozmaitych konfiguracjach, dość płynnie wymieniając się samolotami i miejscami w kokpicie.

Po katastrofie na załogę jaka spadła plaga nieszczęść. Byli obarczani moralną odpowiedzialnością za to, że nie zapobiegli katastrofie. Że koszarowego języka użyli po to, by radzić pilotom tupolewa podejście do lądowania, a nie ucieczkę znad Smoleńska.

Armia prowadziła przeciwko nim postępowanie dyscyplinarne, a prokuratura wszczęła śledztwo za lądowanie w Smoleńsku. Śledczy podejrzewają, że lądując w potwornej mgle, złamali zasady bezpieczeństwa. Dochodzenie trwa.

Do tego doszedł stygmat „36”. Po katastrofie na wszystkich lotników z 36. specpułku patrzono jak na winnych, nieudacznych, niepotrzebnych. Z wojskowej elity stoczyli się na armijne dno.

Nieloty ze specpułku
Ten czarny obraz potwierdził rządowy raport komisji Jerzego Millera w sprawie przyczyn katastrofy. Chaos w specpułku, marne wyszkolenie pilotów i notoryczne omijanie procedur – eksperci uznali, że narastające latami zaniedbania w elitarnej jednostce przyczyniły się do śmierci prezydenta i tych wszystkich, których zabrał na pokład tupolewa. Pełzającą wegetację drastycznie zakończył premier, likwidując 36. specpułk. Zresztą wotum nieufności lotnicy dostali już wcześniej: premier i prezydent zaczęli latać wyczarterowanymi samolotami LOT. Najważniejsi ludzie w państwie nie chcieli się już wzbijać i lądować z nimi. Stali się nielotami.

Po rozwiązaniu "36" wszyscy jego lotnicy stanęli przed dylematem: odejść z armii albo zacisnąć zęby i zostać. Mieli do wyboru 1. Bazę Lotnictwa Transportowego, która powstała na bazie specpułku, albo inne jednostki lotnicze. Wielu kluczowych oficerów odeszło ze służby, w tym dowódca specpułku za czasów Smoleńska płk Ryszard Raczyński oraz szef eskadry tupolewów ppłk Bartosz Stroiński. Obaj mają zarzuty za nieprawidłowości w jednostce, jak dotąd są jedynymi podejrzanymi we wszystkich śledztwach prowadzonych po katastrofie. – Żadnej pomocy prawnej armia mi nie zapewniła – mówi nam Stroiński. Z oficjalnego komunikatu z sylwestra 2011 r., gdy Ministerstwo Obrony Narodowej żegnało specpułk: "Rozpoczęcie procesu rozformowania 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego oznaczało konieczność zapewnienia miejsc pracy dla 320 żołnierzy zawodowych. W wyniku podjętych działań 273 osoby otrzymały skierowania do nowych miejsc służby, a 47 żołnierzy, zgodnie z przysługującym im prawem, podjęło decyzję o przejściu do rezerwy”.

Muś z armii odszedł. Choć miał ledwie czterdziestkę, znalazł się na aucie zwanym emeryturą wojskową.

Walczył o dobre imię specpułku. Jako jedyny przed prokuraturą od 10 kwietnia 2010 r. aż do śmierci twierdził, że rosyjscy kontrolerzy pozwolili tupolewowi zniżyć się do 50 m, co byłoby drastycznym naruszeniem norm bezpieczeństwa obowiązujących na tym lotnisku. I byłoby bardzo istotną przesłanką, wskazującą na odpowiedzialność Rosjan za katastrofę.

Muś mówił prokuratorom: "Kontroler poinformował ich, by byli gotowi odejść na drugi krąg z wysokości 50 m”. Co ciekawe, Muś słyszał komendę "50" adresowaną nie tylko do Tu-154M, ale też do rosyjskiego Iła-76, który po dwóch próbach lądowania odleciał do Moskwy, a także wobec nich samych, czyli Jaka-40. To miał być dowód na to, że dla Rosjan naruszanie procedur owego pamiętnego dnia było standardem.

Wosztyl też odszedł z armii. Ale nie jest zbyt chętny, aby odpowiadać na pytania o Smoleńsk. – Nie chcę się wypowiadać ze względu na śmierć Remigiusza – mówił nam kilkadziesiąt godzin po odnalezieniu zwłok kolegi.

W minionym tygodniu zrobił jednak widowiskowy wyjątek. Niespodziewanie pojawił się na posiedzeniu zespołu smoleńskiego kierowanego przez Antoniego Macierewicza. W cywilnym ubraniu, z długimi włosami. Widać było, że dawno wziął rozbrat z wojskiem.
Jego wizyta miała jeden cel: potwierdzenia świadectw Musia. Przed ludźmi Macierewicza i smoleńskimi rodzinami Wosztyl potwierdził to, co mówił jego pokładowy technik. Tyle że w czasie pierwszego przesłuchania – w dniu katastrofy – Wosztyl informacji o 50 m nie podał. Dopiero podczas kolejnego przesłuchania, 21 kwietnia 2010 r., Wosztyl zapewniał prokuratorów, że w korespondencji wieży z Tu-154M była mowa o schodzeniu do 50 m. "Słyszałem, iż kontroler lotniska poinformował załogę tupolewa o widzialność 400 m i jeszcze słyszałem, jak mówił do nich, żeby nie schodzili poniżej 50 m i jak nie zobaczą lotniska, żeby odeszli na zapasowe” – zeznał.

To swoje drugie zeznanie Wosztyl potwierdził na posiedzeniu zespołu Macierewicza. I z miejsca stał się dla zwolenników PiS bohaterem, po śmierci Musia – ostatnim żywym.

Jednak wszystko wskazuje na to, że zarówno Muś, jak i Wosztyl w tym fragmencie zeznań się mylili. Komendy o 50 m nie ma na żadnym z trzech istniejących nagrań, obejmujących korespondencję w Smoleńsku feralnego dnia. Nie ma jej na czarnej skrzynce tupolewa, nie ma na nagraniach z wieży w Smoleńsku i nie ma wreszcie na taśmie z Jaka-40. Takie zapewnienia składa Maciej Lasek, przewodniczący Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych i były członek komisji Jerzego Millera. Znajdujące się w dyspozycji prokuratury wojskowej nagranie z Jaka-40 nadal nie jest znane opinii publicznej.

To, że fakt ten można potwierdzić aż w trzech źródłach, ma tu znaczenie. Bo o ile oryginały czarnych skrzynek Tu-154M są nadal w Moskwie, o tyle nagrania z wieży strona polska otrzymała krótko po katastrofie, a taśma z Jaka-40 zawsze była tylko w polskich rękach.

Dlaczego zatem Muś i Wosztyl tak zeznawali? Muś, jak twierdzą jego koledzy, nie znał zbyt dobrze rosyjskiego. Zresztą kłopoty z tym językiem 10 kwietnia 2010 r. miała cała załoga jaka, czego dowodzi przebieg korespondencji z wieżą w czasie lądowania. Już po wylądowaniu załoga skierowała samolot w inne miejsce lotniska, niż żądał kontroler – także ze względu na nieporozumienie językowe. Nie jest więc wykluczone, że Muś błędnie zrozumiał korespondencję wieży z tupolewem.

Może to potwierdzać chronologia korespondencji między obiema załogami. Około godziny 8.28 piloci Tu-154M już po raz drugi usiłują skontaktować się ze znajdującą się na lotnisku Siewiernyj załogą Jaka-40. Chcą jeszcze raz dopytać o pogodę. Nieco wcześniej dowódca Jaka-40 por. Wosztyl mówi co prawda załodze tupolewa, że „ogólnie to pizda tutaj jest”, ale jednocześnie zachęca do próby podejścia do lądowania. O 8.28 w kokpicie nie ma już jednak Wosztyla – jest tylko technik Muś. I on informuje załogę prezydenckiej maszyny, że chmury nad lotniskiem mają grubość 400-500 m. Kilka minut później, około 8.35, rosyjski kontroler Paweł Plusnin wydaje kluczową komendę ("polski sto jeden, od stu metrów być gotowym do odejścia na drugi krąg"). Natomiast niedługo potem, o 8.37 do załogi Tu-154M ponownie zgłasza się chorąży Muś. Tym razem informuje, że widoczność pozioma pogorszyła się do 200 m, czyli znacznie poniżej minimum pozwalającego na lądowanie. To te słynne, ostatnie słowa Jaka-40 do Tu-154M: "Arek, teraz widać dwieście” – adresowane do kpt. Protasiuka.

Zagadka samobójcy

Rozmawiając w lipcu 2010 r. z TVN 24 Muś opisywał, w jakich okolicznościach wypowiedział te słowa. Po wymianie zdań z załogą tupolewa na temat grubości chmur również on wyszedł na płytę lotniska, jak wcześniej zrobili Wosztyl i Kowaleczko. Wtedy jednak wspólnie zobaczyli, że mgła się zagęszcza i nie widać nawet drzew w sąsiedztwie pasa startowego. Uznali więc, że trzeba to przekazać tupolewowi. Muś wrócił do kokpitu i ponownie nawiązał łączność. Mógł więc słyszeć komendę kontrolera. Jak natomiast rzekomą komendę "50 metrów” miał słyszeć Wosztyl, pozostaje całkowitą zagadką. Gdy Plusnin wypowiadał słowa o wysokości odejścia na drugi krąg, Wosztyla dawno nie było już w samolocie.

Przywołana przez niego w zeznaniach komenda o widzialności 400 m (wspomniane już: "Słyszałem, iż kontroler lotniska poinformował załogę tupolewa o widzialność 400 m”) owszem, pada, i to o 8.24, gdy jeszcze siedział w jaku. Ale nie ma w tym momencie w ogóle mowy, do jakiej wysokości ma się na polecenie rosyjskich kontrolerów zniżyć tupolew.

Dziwne też jest, że o 50 m Wosztyl nie powiedział w swoim pierwszym zeznaniu, złożonym w dniu katastrofy. A przecież takie nadużycie norm bezpieczeństwa przez kontrolera nie mogłoby ujść jego uwadze, zważywszy na to, co się potem stało.

Ważne jest w tej sytuacji świadectwo Kowaleczki. Tyle że on nie wypowiada się publicznie. Nie chciał też rozmawiać z "Wprost”. W prokuraturze mówił, że niewiele wie, niewiele widział i niewiele słyszał. Do dziś niewiele wiadomo o nim samym i o jego wersji smoleńskiej katastrofy.

Jako jedyny z załogi jaka zdecydował się zacisnąć zęby. Został w armii, uczy się latać rosyjskim Migiem-29, najnowocześniejszym obok amerykańskiego F-16 myśliwcem na wyposażeniu polskiego wojska. Dziś on i Wosztyl to ostatni lotnicy, których nie dosięgła smoleńska klątwa.

Dla tych, którzy wierzą w smoleński zamach – a najnowsze badania pokazują, że myśli tak co trzeci Polak – śmierć Musia nie jest przypadkowa. Z jednej strony układa się w ciąg podejrzanych zdarzeń związanych z katastrofą. Z drugiej – w serię samobójstw ludzi uważanych za niewygodnych dla władzy. – Śmierć pana chorążego Remigiusza Musia może być traktowana jako związana z jego rolą jako świadka, ale może być też traktowana jako ostrzeżenie. Jedno drugiego nie wyklucza – powiedział w swoim smoleńsko-tajemniczym stylu Jarosław Kaczyński. Macierewicz powiedział, że wystąpi o ochronę dla Wosztyla. Premier powiedział, że nie jest od tego, aby się zajmować ochroną dla Wosztyla. A Wosztyl mówi, że nie można cały czas się bać.
Okładka tygodnika WPROST: 45/2012
Więcej możesz przeczytać w 45/2012 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także