Wspólna Europa

Wspólna Europa

W Berlinie otwarto drogę do rozszerzenia Unii Europejskiej
Dobry kompromis jest bolesny dla każdego - stwierdził kanclerz Gerhard Schröder na zakończenie berlińskiego szczytu Unii Europejskiej. Po dramatycznych dyskusjach zatwierdzono wydatki wspólnoty ujęte w pakiecie reform pod nazwą Agenda 2000. Szefowie rządów unijnej piętnastki wrócili do domów "z tarczą". Fakt, że spełnienie narodowych priorytetów okupiono okrojeniem projektu gruntownej przebudowy struktury finansowej UE, a drażliwe problemy odłożono na razie ad acta, znalazł się w cieniu okolicznościowych przemówień. Konferencja w Berlinie była skazana na sukces.

Jeszcze przed miesiącem ze szczytu Unii Europejskiej w Königswinter koło Bonn przedstawiciele państw unii rozjechali się, nie wydawszy żadnego komunikatu. Gospodarz spotkania, kanclerz Schröder, tłumaczył wówczas: "dyskusja była konstruktywna, otwarta, niekiedy znamienna, ale zorientowana na cele", co znaczyło, że rządowi dostojnicy nie znaleźli wspólnego języka w sprawie niezbędnych reform. Dwa miesiące po wprowadzeniu euro unia popadła w kryzys, spotęgowany korupcyjnym blamażem i wymuszoną abdykacją brukselskich komisarzy. 22 lutego przez stolicę UE przetoczyła się międzynarodowa demonstracja 40 tys. chłopów, protestujących przeciw planowanym cięciom w wydatkach na rolnictwo. Ograniczenie dotacji pochłaniających niemal połowę budżetu wspólnoty miało odciążyć jej kasę, ograniczyć nadprodukcję i zwiększyć konkurencyjność rolników UE na rynkach światowych. Prócz zmian w polityce rolnej projekt Agenda 2000 objął reformę funduszu strukturalnego, ustalenie nowych ram finansowych, reformę instytucjonalną, przekształcenia w polityce wewnętrznej na rzecz zwiększenia zatrudnienia, wzrostu gospodarczego i poziomu życia oraz przygotowanie do rozszerzenia unii.
Przed szczytem w Berlinie w państwach wspólnoty zdawano sobie sprawę, że w przyszłości będzie do podziału mniej pieniędzy. Pozostawało tylko pytanie: o ile i czyim kosztem? Jądrem reformy miało być radykalne ograniczenie cen gwarantowanych na mleko, zboża i wołowinę. Według rolników, obcięcie tych dotacji groziło spadkiem opłacalności produkcji i bankructwem jednej trzeciej gospodarstw. Gerd Sonn- leitner, szef Niemieckiego Związku Chłopskiego, wyliczył, że w RFN pracę straci pół miliona zatrudnionych w rolnictwie. Kilka godzin przed rozpoczęciem szczytu UE na ulicach Berlina pojawiło się 4 tys. demonstrantów i prawie 500 traktorów. Do paraliżu ruchu w mieście nie doszło tylko dzięki sprawności policji. Jak się później okazało, "pospolite ruszenie" niemieckich chłopów było zbędne. Bitwę o dotacje stoczył i wygrał francuski prezydent Jacques Chirac.
Stawką pokera w berlińskim hotelu Intercontinental było 690 mld euro przeznaczonych do podziału w unii w latach 2000-2006. Gdzie zaczynają się pieniądze, tam kończy się przyjaźń. Gerhard Schröder przekonał się o tym już w Königswinter. Dla uzgodnienia taktyki gry przed spotkaniem w Berlinie kanclerz odwiedził w ciągu pięciu dni aż czternaście stolic. Efektem było tylko jedno porozumienie, ogłoszone na początku szczytu: uczestnicy obrad zgodzili się, by przyszłym przewodniczącym Komisji UE został Romano Prodi, który zdobył uznanie za wprowadzenie Włoch do "eurolandu", mimo ich trudnej sytuacji wyjściowej. Po entuzjastycznym ogłoszeniu tej wiadomości Schröder nie miał już nic pozytywnego do zakomunikowania. Gospodarz manewrował między skłóconymi reprezentantami piętnastki; w chwilach nasilenia się konfliktów przerywał wspólne posiedzenia na rozmowy bilateralne, to znów sadzał wszystkich przy stole nad projektem nowego kompromisu. Kanclerz Niemiec wykazał niezmordowaną wolę znalezienia konsensusu. Zakończenie szczytu porozumieniem jest głównie jego zasługą. Z pewnością jednak ma on świadomość potrzeby kilku "dogrywek", które skonkretyzują rozwodnioną Agendę 2000.

Schröder zrozumiał, że bez zbliżenia francusko- niemieckiego nie ma co marzyć o pomyślnym wyniku obrad

Już od początku istnienia europejskiej wspólnoty wiadomo, że jej rozwój następował tylko wtedy, gdy Niemcy i Francja prezentowały zgodne stanowiska. Tymczasem w drodze do Berlina oś Paryż-Bonn wyraźnie skrzypiała. Niemiecki kanclerz naraził się Francuzom przede wszystkim z powodu zamachu na dotacje dla chłopów i próbę urynkowienia produkcji rolnej. Francja jest największym odbiorcą agrozasiłków z Brukseli. Schröder stwierdził, że nie ma nic przeciw subwencjom, lecz powinny być one wypłacane z państwowych kas, co wymusi większą troskę o urealnienie cen płodów rolnych. Nie będzie żadnego przemeblowania w unii ? la Bonn - odpowiedziano w Paryżu i zaatakowano Schrödera z prawej flanki.
Niemcy są największym płatnikiem unii, na którą przelewają rocznie niemal 22 mld marek więcej niż otrzymują. W kampanii wyborczej Schröder zapowiedział "obronę narodowych interesów" i walkę o obniżenie wpłat, co z jednej strony rozbudziło trudne do spełnienia oczekiwania społeczeństwa, a z dru- giej - usztywniło partnerów z UE, zarzucających mu "niemiecki maksymalizm". "The Times" napisał wprost, że "jeśli Niemcy chcą odgrywać w Europie czołową rolę, muszą płacić"; RFN najwięcej zarabia na unii, w której obowiązuje zasada solidarnego wsparcia biednych przez bogatych. Również Szwecja, Austria i Holandia więcej dają niż biorą. Co prawda w liczbach wymiernych są to mniejsze sumy, ale proporcjonalne do wielkości i potencjału gospodarczego tych krajów. "Przy okazji" Francuzi wytknęli Niemcom, że unia współfinansuje odbudowę wschodnich landów. Klimat dialogu dodatkowo zatruło oskarżenie rządu bońskiego o krycie wyłudzenia dotacji na budowę rafinerii w Leunie. Brukselski komisarz Karel van Miert w czterostronicowym liście napisał, że jej koszt został zawyżony o 700 mln marek. Rafinerię budował francuski koncern Elf, posądzany o przekupienie niemieckich urzędników.
Gerhard Schröder znalazł się w trudnej sytuacji. Po półrocznym rządzeniu na jego różowo-zieloną koalicję spadła lawina krytyki, a po rezygnacji Oskara Lafontaine?a z funkcji szefa SPD i ministra finansów zaczęto wręcz mówić o początku końca "kaszmirowego kanclerza". Szybkie, spektakularne osiągnięcia mogły nastąpić tylko w polityce zagranicznej. Schröder postanowił wykorzystać prezydencję RFN na zatwierdzenie reform w UE, usprawnienie jej funkcjonowania i przygotowanie do przyjęcia nowych członków.


Premier kontynentu
Wybór Romano Prodiego na stanowisko przewodniczącego Komisji Unii Europejskiej można uznać za wydarzenie korzystne dla Polski. Odpowiadając na pytanie "Wprost" kilka godzin po otrzymaniu nominacji, były premier Włoch stwierdził, że w ciągu ostatnich lat należał w Radzie Europejskiej do najgorętszych zwolenników jak najszybszego rozszerzenia UE i zamierza kontynuować tę politykę. To nasze historyczne zadanie - dodał - i nie możemy się od niego uchylić. Reforma wewnętrzna jest niezwykle ważna, ale nie powinna być warunkiem rozszerzenia: oba te procesy winny postępować równolegle. Wygląda na to, że opinia Prodiego będzie się w unii liczyć znacznie bardziej niż opinia jego poprzednika Jacques?a Santera. Prodi, odsunięty od rządów przez lewicowych demokratów, prawie przez miesiąc zwlekał z akceptacją swej kandydatury, uzależniając decyzję od przyznania mu szerokich uprawnień. Ponieważ wszyscy jego konkurenci (w tym Javier Solana, który pod naciskiem premiera Aznara postanowił pozostać na czele NATO) kolejno rezygnowali, pozycja Prodiego umacniała się i w końcu postawił na swoim. Obradująca w Berlinie piętnastka przystała na jego warunki, przyznając mu wiele nowych prerogatyw, w tym prawo do opiniowania, a nawet wetowania przedstawianych przez poszczególne rządy kandydatur na stanowiska europejskich komisarzy. Prodi jest politykiem, który ma zdecydowane poglądy i nie zamierza ich ukrywać. Z jednej strony, jest bezsprzecznie zwolennikiem rynku i rozwoju poprzez stymulację produkcji, nie przepuszcza jednak okazji, by mówić o "państwie opiekuńczym". Uważa, że Europa powinna odgrywać o wiele większą niż dotychczas rolę w gospodarce i polityce światowej. Jego zdaniem, niezbędnymi narzędziami do osiągnięcia tego celu jest agresywniejsza promocja produktów europejskich na rynkach trzecich i bardziej stanowcza obrona przed "dzikim" importem z takich obszarów, jak Chiny czy USA. Prodi postuluje jak najszybsze przyjęcie przez unię wspólnej polityki zagranicznej i obronnej. Do tego niezbędne jest jednak wprowadzenie nowych mechanizmów decyzyjnych, a zwłaszcza głosowania większościowego zamiast obowiązującej do tej pory zasady jednomyślności. Ponieważ Prodi to mimo wszystko "produkt" włoskiej polityki, w niektórych dziedzinach jego stanowisko jest trudne do określenia - często chciałby, by "wilk był syty i owca cała". Jako profesor uniwersytetu w Bolonii wygłaszał pochwały rynku, a jako polityk zawzięcie prywatyzował i sprzyjał rozbijaniu skostniałych oligarchii bankowych. Opowiadał się też często za rozwojem ulg podatkowych dla przedsiębiorców i za promocją eksportu. Z drugiej strony, nie zapominał o państwie opiekuńczym, zasiłkach, zapomogach, tworzeniu "politycznych" miejsc pracy itp. Zawsze deklarował swoje przywiązanie do idei "europeizmu", jednakże przed miesiącem, kiedy Olivetti do spółki z Manesmannem rozpoczął walkę o zawładnięcie kolosem Telecom Italia, wyrwało mu się stwierdzenie, że "Telecom powinien pozostać we włoskich rękach". Prodi wywodzi się z aparatu partii chadeckiej, więc przyzwyczajony jest do uciążliwych pertraktacji i daleko idących kompromisów. Jako prezes IRI - największego państwowego koncernu we Włoszech - "podpadł" prokuratorowi Antonio Di Pietro (inicjatorowi akcji "Czyste ręce"), który w lipcu 1993 r. przesłuchiwał go w prokuraturze w Mediolanie, dzwoniąc mu przed oczami kajdankami. Po interwencji prezydenta Scalfaro Prodi uwolnił się od kłopotów z wymiarem sprawiedliwości. W 1996 r. - już jako premier - mianował swojego niedawnego prześladowcę Antonio Di Pietro ministrem robót publicznych, a swojego obrońcę Giovanniego Marię Flica - ministrem sprawiedliwości. Pani Edith Cresson mogłaby się pod tym względem wiele od Prodiego nauczyć.

Jacek Pałasiński Rzym Rzym


W Berlinie kanclerz osiągnął maksimum tego, co było do osiągnięcia. Schröder zrozumiał, że bez zbliżenia francusko-niemieckiego nie ma co marzyć o pomyślnym wyniku obrad. Ceną były ustępstwa. Zgodnie z żądaniami Chiraca, który nagle wyparł się już powziętych ustaleń z 11 marca, reformę rynku mlecznego w unii i obniżkę cen o 15 proc. odłożono dopiero na lata 2005-2006. Mniejsza od planowanej będzie też obniżka cen gwarantowanych na zboża, która zamiast 20 proc. wyniesie 15 proc., i to w rozłożeniu po 7,5 proc. w latach 2000-2001. Ceny na wołowinę spadną o 20 proc., a nie jak zamierzano o 30 proc. Jedynym sukcesem było zamrożenie wydatków na rolnictwo na poziomie 40,5 mld euro rocznie.
Pójście na rękę prezydentowi Francji wzmocniło upór pozostałych członków unii. Premier Tony Blair niespodziewanie obronił "rabat na wsparcie transformacji" w wysokości 6,98 mld marek rocznie, wymuszony w 1984 r. przez Margaret Thatcher. Brytyjczycy dawno wydobyli się z kryzysu, ale rabat otrzymują do dziś jako jedyne państwo w unii i wbrew sprzeciwom pozostałych krajów. Z kolei premierzy Hiszpanii i Grecji - José Maria Aznar i Konstantin Simitis - mogli się pochwalić, że obronili fundusz kohezyjny. Pieniądze z tego "garnuszka" służyły maruderom w pokonaniu progów konwergencji przed przystąpieniem do unii walutowej. Najwięcej korzystali z nich Grecy, Hiszpanie, Portugalczycy i Irlandczycy. Brukselscy płatnicy uznali, że cel został osiągnięty, euro jest już wdrażane i nie ma potrzeby utrzymywania tego subkonta w pomocy strukturalnej. Schröder proponował ograniczenie funduszu kohezyjnego do 15 mld euro. Ostatecznie fundusz podwyższono do 18 mld euro. Na pomoc strukturalną w rozwoju najsłabszych regionów zaplanowano 195 mld euro. W Agendzie 2000 założono odstąpienie od dotychczaso- wej "zasady konewki" i udzielanie wsparcia konkretnym ośrodkom. Ustalono, że do 2006 r. tylko 35-40 proc. obywateli będzie miało prawo do tych pieniędzy. Obecnie korzysta z nich 51 proc. ludności UE. Ale i w tej dziedzinie "południowcom" udało się nieco uszczknąć z założeń reformy.
Czwartkowy maraton sporów o Agen- dę 2000 zakończył się w piątek o 5.50. Kilka godzin później zmęczony, lecz zadowolony Gerhard Schröder stał przy mównicy w bońskim Bundestagu i omawiał rezultaty berlińskiego szczytu. Ton jego przemówienia pokrył się z wnioskami szefa niemieckiej dyplomacji Joschki Fischera. Porozumienie nie jest "wygraną w totolotka", ale wykazało "zdolność do działania" europartnerów i stanowi "znakomitą podstawę" do rozszerzenia unii. Na świętowanie jest jednak nieco za wcześnie. Jak podkreślił w Berlinie premier Danii Poul Nyrup Rasmussen, przyjęcie pierwszych kandydatów "muszą poprzedzić następne niezbędne reformy, i to nie tylko w rolnictwie". W stolicy Niemiec szefowie piętnastki liczyli się z otwarciem unii na nowych członków już w 2002 r. Na ich wstępne przygotowanie przewidzieli 67,2 mld euro. Sceptycy uważają, że rozszerzenie unii bez eksplozji kosztów i przy zastosowaniu barier ochronnych może nastąpić nie wcześniej niż w 2006 r. W tych ostatnich prognozach uwzględnia się ewentualne wydatki bez bilansowania już osiąganych zysków. Tymczasem - według unijnego Eurostatu - Polska stała się dla UE czwartym rynkiem zbytu, niewiele mniejszym od Japonii. W 1998 r. wartość eksportu piętnastki za Odrę przekroczyła 30 mld euro.
Rezzo Schlauch, przewodzący frakcji Sojuszu?90/Zielonych w Bundestagu, podsumował berliński szczyt jednym zdaniem: "Do rozszerzenia unii na Wschód droga wolna i to jest sto razy ważniejsze niż przyrzekane daty, które od początku były nierealne". Brzmi obiecująco, nawet jeśli na tej drodze przyjdzie jeszcze pokonać wiele przewidywanych i nieprzewidzianych przeszkód.


Okładka tygodnika WPROST: 14/1999
Więcej możesz przeczytać w 14/1999 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0