30 lat "Wprost": Tabułamacz "Wprost"

30 lat "Wprost": Tabułamacz "Wprost"

Dodano:   /  Zmieniono: 
Przez 30 lat "Wprost" przełamał niejedno tabu 
"Wprost" przyczynił się do upadku dwóch rządów, pierwszy ujawnił afery, które wstrząsnęły polską sceną polityczną, a jego okładki przyprawiały o ból głowy nawet przywódców sąsiednich krajów.
Gdy przyszłam do „Wprost” w 1998 r., to było najpopularniejsze pismo w Polsce. Jego nazwa otwierała wszystkie drzwi. Przy pierwszym tekście o przywódcach sierpniowych strajków, gdy poszukiwałam kontaktu z Lechem Wałęsą, on sam zadzwonił do mnie do domu. Wtedy jeszcze warszawska redakcja „Wprost” mieściła się przy ul. Ordynackiej. Oddziałem kierowała była posłanka Dobrochna Kędzierska wspomagana przez Bogusię Stolę, a przez mój pokój przewinęli się tacy dziennikarze, jak Joanna Kluzik- -Rostkowska, Bronisław Wildstein, Dorota Macieja, Piotr Kudzia, Zofia Wojtkowska, Zofia Leśniewska, Małgorzata Domagalik, Grzegorz Pawelczyk, Henryk Suchar, Aleksandra Zawłocka, Krzysztof Król, Mirosław Cielemęcki, Sławomir Mac, Eryk Mistewicz i wielu innych. Naszą swobodę ograniczał jedynie żółw, z którego powodu musieliśmy dyżurować w soboty, by nakarmić go świeżą sałatą. Po śledztwie, jakie wszczęto, gdy po którymś weekendzie żółw został przemalowany, dla jego bezpieczeństwa wyprowadzono go z redakcji. Wtedy nikt nie wątpił, że jesteśmy czwartą władzą.

Trzydzieści lat temu 5 grudnia 1982 r., gdy „Wprost” trafił do kiosków, miał to być tygodnik regionalny, wydawany w Poznaniu i rozpowszechniany w Wielkopolsce. Okazało się później, że przyczynił się do upadku dwóch rządów, pierwszy ujawnił afery, które wstrząsnęły sceną polityczną, a jego okładki przyprawiały o ból głowy nawet przywódców sąsiednich krajów. – Nic dziwnego, że otrzymuje nazwę „tabułamacz”, bo ma być antyrządowy, patrzeć władzy na ręce i nie schodzić z kursu wprost. I to się czytelnikom spodobało – podkreśla wieloletni wicenaczelny tygodnika Marek Zieleniewski (we „Wprost” w latach 1983-2004).

W ciągu kilku pierwszych lat okazuje się, że cały, limitowany ze względu na brak papieru, nakład 70-80 tys. egzemplarzy szybko się rozchodzi. Jeszcze wtedy „Polityka”, pismo inteligentów, chętnie przedrukowuje ciekawsze materiały z lekceważonego przez nią regionalnego pisemka. Po roku 1989 tygodniki zaczynają z sobą konkurować, a choć dziś wydaje się to marzeniem każdego wydawcy, tuż przed Bożym Narodzeniem do redakcji „Wprost” dzwonią biznesmeni i zabiegają, by na pewno ich reklamy znalazły się w świątecznym numerze. W drugiej połowie lat 90. i na przełomie dekad nakład „Wprost” sięga 300 tys. egzemplarzy.

„Wprost” stawia na reportaż, bo to była taka gra z cenzurą: mówimy tylko o jednostkowych przypadkach, a nie o systemie. Zresztą cenzorów „Wprost” ma w Łodzi, a ci nie są zbyt rygorystyczni. Łowcą tych przypadków jest m.in. Piotr Gabryel, późniejszy naczelny i wicenaczelny pisma (we „Wprost” w latach 1982-1987 i 1990-2007). W czasach PRL łamie tabu obyczajowe, pisząc o dyskryminowaniu homoseksualistów i o bezdomnych. Gdy rozpoczyna cykl reportaży o milionerach, w zakładach Ursus organizowana jest masówka przeciwko promowaniu prywaciarzy. Z tego cyklu wyłania się później pomysł Gabryela na tworzenie corocznej listy, najpierw 10, 20, a później 100 najbogatszych Polaków. – Po opublikowaniu listy 10 „Polityka” zamówiła u mnie 30 stron maszynopisu i puściła tekst o milionerach przez cały numer na obrzeżach stron – wspomina Gabryel. Gabryel, który jest pomysłodawcą corocznych Nagród Kisiela, z największym sentymentem wspomina jednak cykl rozmów ze Stefanem Kisielewskim, z którym spotykał się co tydzień przez 15 miesięcy aż do jego śmierci w 1991 r. Madonna w masce gazowej „Wprost” jest pierwszym tygodnikiem, który wychodzi w formacie dziś powszechnie obowiązującym, i pierwszym, który zaczął stosować plakat polityczny. Marek Zieleniewski pamięta 16. numer z września 1988 r.: Stalin czyta tygodnik „Time”, a na jego okładce jest zdjęcie Człowieka Roku Michaiła Gorbaczowa. – Spotykam się w restauracji z Gruzinami, opowiadam im, że w Polsce zachodzą wielkie zmiany, pokazuję „Wprost” ze Stalinem, a jeden z nich, oburzony, rozszarpuje pismo na strzępy – opowiada.

Dwa tygodnie później pojawia się okładka, na której ówczesny minister spraw wewnętrznych Czesław Kiszczak w stroju stolarza piłuje okrągły stół. – Za karę władze zawieszają ówczesnego naczelnego Waldemara Kosińskiego. Jadę więc z nieżyjącym już fotoreporterem Mariuszem Stachowiakiem do Sejmu i pytamy Kiszczaka, czy podoba mu się nasza okładka. Początkowo się krzywi, ale później lekko uśmiecha i wtedy Mariusz robi mu zdjęcie. Publikujemy we „Wprost”, a władze nie mają wyjścia i odwieszają naczelnego – opowiada Zieleniewski.

Największą burzę wywołuje okładka z 1 sierpnia 1994 r. z Madonną Częstochowską i Dzieciątkiem w maskach gazowych. Ilustruje materiał Eryka Mistewicza „Śmierć w powietrzu” o zabójczych substancjach zatruwających Śląsk. Protestuje episkopat i przeor Jasnej Góry o. Szczepan Kośnik. Do redakcji przychodzą tysiące listów w obronie Królowej Polski.

Opinię międzynarodową bulwersują okładki z kanclerz Niemiec Angelą Merkel. W numerze 26/2007 karmi obu piersiami Lecha i Jarosława Kaczyńskich jako „macocha Europy”, która rozbija jedność kontynentu. W numerze 38/2007 trzyma pudelka z twarzą Aleksandra Kwaśniewskiego, co ma ilustrować tezę, że podporządkowuje sobie polskich polityków.

Dostaje się też Erice Steinbach. Na okładce numeru 38/2003 ubrana w czarny mundur SD szefowa Związku Wypędzonych ujeżdża Gerharda Schrödera. – Jak można było kanclerza uczynić koniem? – dziwi się „Der Spiegel”. – Bo tak jest traktowany przez Steinbach, która myśli, że wyniesie na prawno- polityczną płaszczyznę jej żądania terytorialne i majątkowe – odpowiada „Wprost”.

Taśmy Michnika

To „Wprost” pierwszy 2 września 2002 r. w rubryce Roberta Mazurka i Igora Zalewskiego „Z życia koalicji, z życia opozycji” (prowadzili ją w tygodniku osiem lat) donosi o propozycji producenta filmowego Lwa Rywina, który za łapówkę miał ułatwić Agorze kupno Polsatu. Rozmowa zostaje nagrana przez naczelnego „Gazety Wyborczej” Adama Michnika i robi się z tego największa afera korupcyjna III RP. Robert Mazurek: – O wizycie Rywina u Michnika dowiedzieliśmy się już w sierpniu. Chodziliśmy z tą informacją dwa tygodnie, bo chcieliśmy ją potwierdzić. Obawialiśmy się, że bez żelaznych dowodów Rywin puści nas i redakcję z torbami. W końcu opublikowaliśmy newsa w numerze z 2 września. Ale ostrożnie, w bardzo żartobliwej formie. W tym czasie jeszcze nie podpisywaliśmy rubryki i gdy powstała sejmowa komisja śledcza ds. Rywina, to w pewnym momencie ktoś z jej członków zażądał ujawnienia naszych nazwisk. Zapobiegł temu przewodniczący Tomasz Nałęcz, który powiedział, że nie ma powodu, bo i tak wszyscy znają autorów.

Femme fatale Pawlaka

Okładki „Wprost” to najczęściej dzieło zbiorowe. Wynik burzy redakcyjnych mózgów, choć te najbardziej pamiętane wymyślał wieloletni naczelny Marek Król. Zieleniewski przyznaje się do autorstwa okładki ze stycznia 1996 r. ilustrującej tekst o rosyjskim szpiegu Olinie: kilka żmij wijących się na biało-czerwonej fladze, a na tym napis „Zdrada”. Afera Olina wybucha pod koniec 1995 r. po tym, jak minister spraw wewnętrznych Andrzej Milczanowski oskarża premiera Józefa Oleksego o działalność szpiegowską na rzecz Rosji pod pseudonimem Olin. 26 stycznia 1996 r. Oleksy podaje się do dymisji.

Nad tekstem o Olinie pracuje we „Wprost” sztab ludzi. W 1996 r. powstaje cykl materiałów: „Zdrada”, „Wielka gra” i „Związki towarzyskie”. Sugerują, że poza Olinem z KGB współpracuje jeszcze czterech innych rosyjskich agentów, „przynajmniej kilku liderów formacji postkomunistycznej”, w tym o pseudonimach Kat i Minim. Tygodnik dowodzi też, że tzw. moskiewskie pieniądze, pożyczka 1,2 mln dolarów od KPZR, mogły być potrzebne nie PZPR, ale jej następczyni SdRP, a za transakcją stoi KGB. Tezy „Wprost” przedrukowuje cała prasa. Po wielu latach śledztwa w sprawie Olina i moskiewskich pieniędzy zostają umorzone.

– Po tych tekstach liderzy lewicy traktowali nas jak powietrze – opowiada Bogusław Mazur.

Polityczną burzę i upadek rządu wywołuje też tekst o Waldemarze Pawlaku z 20 listopada 1994 r. „Femme fatale premiera” o znajomej lidera PSL, jego supersekretarce Annie M. Zrobiła ona u boku Pawlaka błyskawiczną karierę i była pomostem łączącym go z biznesem. Tygodnik donosi, że komputeryzację części urzędów państwowych przeprowadziła firma InterAms, której szefem był bliski kolega Pawlaka. Ówczesny premier miał pomagać prywatnej spółce w zdobywaniu tych kontraktów.
Krótko potem w marcu 1995 r. rząd Pawlaka został odwołany, a autorzy tekstów o InterAms Artur Witoszek i Eryk Mistewicz otrzymują w 1996 r. nagrodę Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

Joanna Kluzik-Rostkowska (we „Wprost” w latach 1996-2000) o aferze InterAms jeszcze przed „Wprost” napisała notatkę w „Expresie Wieczornym”. Razem z Aleksandrą Zawłocką szefowała tam działowi reportażu. – Znajoma opowiedziała mi, że na targach Expo wszyscy podśmiewują się z Pawlaka, że jest akwizytorem swojego kolegi. Zrobiłam z tego notatkę, a później pojawił się wielki artykuł we „Wprost”. Nie powołali się wtedy na mnie, ale dostałyśmy ofertę pracy – opowiada. – Piotr Gabryel zapytał mnie, czy chcemy okres próbny na trzy, czy na sześć miesięcy. Powiedziałam, że na sześć, bo będę miała więcej czasu na zastanowienie się, czy chcę tam pracować. Taki to był wtedy rynek pracy dla dziennikarzy.

Tekst ukazał się w najnowszym numerze tygodnika "Wprost", który od niedzielnego wieczora jest dostępny w formie e-wydania.

Najnowsze wydanie tygodnika dostępne jest też na Facebooku.
Galeria:
30 lat "Wprost"