Teresa Torańska (1944-2013)

Teresa Torańska (1944-2013)

Zawsze chciała zrozumieć. Wolała to od przyklejania etykietek. Taką miała filozofię zawodu. Nie wahała się, nawet gdy musiała iść wszystkim na przekór.
1.

2011. Kolacja na Starym Mieście. Niemal we wszystkich redakcjach trwają brutalne zwolnienia. Nastroje podłe. Wznoszę toast za wyrzucanych dziennikarzy. Teresa Torańska przerywa mi wpół słowa:

– Daj spokój, zwolnienie z pracy wcale nie musi być takie złe. Ja na przykład, jak wyleciałam z roboty po wprowadzeniu stanu wojennego, wzięłam się do rozmów ze starymi komunistami. Chciałam się dowiedzieć, co im siedzi w głowach. Wiesz, dlaczego ze mną gadali? Bo byli pewni, tak samo jak ja, że piszę do szuflady, że to się nigdy nigdzie nie ukaże. Więc sam widzisz, nie musi być źle – wypaliła.

To była krótka historia powstania „Onych” – jednej z najsłynniejszych książek dziennikarskich w historii. Była niebezpiecznym rozmówcą. Takim, który jest nastawiony na słuchanie, a nie na gadanie. Najchętniej patrzyłaby człowiekowi głęboko w oczy, kiwała głową, by od czasu do czasu rzucić jakieś „niewinne” pytanko. Dlatego kiedy chciało się coś od Torańskiej wyciągnąć, przez cały czas trzeba było uważać – bo role mogły odwrócić się w jednej chwili. Tak było zresztą podczas tej kolacji. Wieczór organizowała Fundacja Reporterów, gościli na niej finaliści konkursu dla dziennikarzy z krajów Partnerstwa Wschodniego – 12 młodych, dobrych reporterów. Torańska wychyla kieliszek i nie czekając, zwraca się do pierwszego reportera z brzegu:

– A ty skąd jesteś? Aaaa… znam to miejsce! A powiedz mi…

Od tej chwili T.T. już kontroluje sytuację i gdyby tylko chciała, wyszłaby z knajpy z 12 dobrymi wywiadami.
2.

W czasie kolacji robiliśmy wszystko, żeby tym razem to ona mówiła. Opłaciło się – to był fantastyczny wieczór. Teresa odpowiedziała na dziesiątki pytań: – Jak pani sprawiła, że ci starzy aparatczycy mówili aż tyle? – pyta dziennikarka z Ukrainy.

– Różnie, wiesz, oni na przykład uważali, że jestem głupia. Taka blondynka, dziecko. Niektórzy zresztą się tak do mnie zwracali. A ja nie wyprowadzałam ich z błędu. To była lekcja warsztatu: „To było w PRL, zeszłam po coś do sklepu. Nie było. »Skąd to bierzecie«. Z fabryki…”. Potem wyprawa do fabryki, huty, ministerstwa, zjednoczenia… Opowieść o absurdach PRL. To była też lekcja tolerancji, bo Torańska była zbyt pilnym obserwatorem, żeby potępiać.

– Co wynikało z tych wywiadów z komunistami?

– Zaczynałam rozumieć, o co im chodziło.

– Zaprzyjaźniła się pani z którymś z nich?

– Nie.

3.

Kolegom Torańska zawsze chciała przekazać coś istotnego – nieważne, czy podczas uroczystej kolacji, czy podczas przygodnego spotkania na papierosie. Że w naszym zawodzie nie warto odstawiać fuszerki, nie ma sensu lać wody, nie ma sensu pisać pustych zdań, śpieszyć się, biegać na skróty – że to się kończy na manowcach. – Zawsze pisałam mało, zawsze zarabiałam mniej od swoich koleżanek, ale wiesz, po latach chyba wyszło na moje – mówiła mi kiedyś „na fajce” przed redakcją „Polityki”. Rzeczywiście nie chodziła na skróty. Nawet jak udawała głupią blondynkę – stała za tym gigantyczna praca, szczegółowa wiedza. I upór – do wielu rozmówców podchodziła kilka, kilkanaście razy. Żaden wywiad nie kończył się na jednym spotkaniu.

4.

Nawet jako już wielka gwiazda pracowała solidnie, jak Bóg (reporterowi) przykazał. Pojawiała się w Sejmie – w barku kawowym, w Hawełce (co większości napuszonych publicystów się już nie zdarza), by umówić się na wywiad. Wśród lepiej wykształconej „młodzieży” poselskiej wywoływało to sensację:

– Czy to jest…?

– Tak, to Torańska.

– Nie-moż-li-we!

– Ona, ona! Cześć, Tereska!

– Cześć!

– Może mnie pan przedstawić?

Dla nich (tych bystrzejszych, inni jej nie poznawali) było to tak, jakby w nudnym, zajętym banałami budynku nagle pojawił się kawałek historii. A ona? Ona zwyczajnie była w pracy.

5.

Kiedy robiła wywiady z zajadłymi komunistami, koledzy dziennikarze, którzy zeszli do podziemia, dziwnie na nią patrzyli. Po co ona to robi? Gadać z „tamtymi”? Przecież jest wojna. Torańska wiedziała, że to jest wielki temat. Dlatego jak ją wyrzucali drzwiami, wracała oknem. Tak samo uparła się na książkę o Smoleńsku, w której mieli prawo mówić wszyscy – i ci od Kaczyńskiego, i ci od Tuska. To też się nie podobało. A ona uważała, że musi być kronikarką tej tragedii. Jeśli nie ona, nikt tego nie zrobi. Wyciągała ze swoich rozmówców bardzo wiele. Wywiad z ambasadorem Jerzym Bahrem był wstrząsający w warstwie emocjonalnej i niesamowity w warstwie newsowej. – Myślałem, że ty robisz takie tam human stories, ale ten wywiad z Bahrem, tam jest mnóstwo nieznanych faktów – mówiłem jej.

– Starałam się – odpowiedziała, zaciągając się kolejnym papierosem. Widać było, że książka o Smoleńsku ją kręci, chciała o tym mówić, wymieniać się informacjami, dyskutować, spierać się. Oczywiście za wszystko dostawała po uszach – w prawe ucho za wstrząsający wywiad z Ewą Kopacz, „bo jej nie docisnęła”. W lewe ucho za wywiady z pisowcami – „bo dała im się wygadać” i „po co to czytać”.

6.

Potrafiła płynąć pod prąd. Miała odwagę wbrew wszystkim bronić książkę Artura Domosławskiego o Ryszardzie Kapuścińskim. Domosławski chciał zrozumieć Kapuścińskiego. Torańska chciała zrozumieć Domosławskiego. To wymagało charakteru. Rodzina Kapuścińskiego pogniewała się na biografię i biografa. Brązownicy wieszali psy na Domosławskim, broniąc pamięci mistrza.

Głosu tych, którzy po tej książce jeszcze bardziej cenili twórczość Kapuścińskiego – bo lepiej ją rozumieli – nie było słychać. Zostali zakrzyczani. Torańska umówiła się na wywiad z Domosławskim:

– Cenne jest to, że zrywasz zasłony, rozbrajasz ten uśmiech, dużo rzeczy się dowiedziałam o nim – zaczęła rozmowę. Potem rzuciła: – Uważam, że wykazałeś się dużą odwagą.

Domosławski wypalił na to:

– Miałem dylemat, jak opisywać uwikłania Ryśka w historię. Zadawałem sobie pytania, jak pisać o człowieku, który był przyjacielem, mistrzem, i jak pisać o rzeczach, które są trudne, bolesne, bo ludzie nie żyją przecież na pomnikach.

7.

Nie jazgotała. Nie oceniała. Pytała. A teraz? Znów obmyśla jakieś wywiady. Jej nowa książka pewnie się będzie nazywać „Ci z góry”.
Okładka tygodnika WPROST: 2/2013
Więcej możesz przeczytać w 2/2013 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także