Pan od biegunów

Pan od biegunów

Zdobył już wszystko, co zdobyć chciał. Teraz planuje przejście wszerz Europy, by… po prostu porozmawiać z innymi ludźmi. O czym konkretnie, Marek Kamiński opowiada Magdalenie Rigamonti.
„Wprost”: Słyszałam, że siedzi pan w domu i w zasadzie nigdzie się nie rusza. Kamiński podróżnik się skończył?

Marek Kamiński:
No, to mnie pani zaskoczyła. Siedzę, ale kombinuję. Miałem w tym roku wyruszać w Europę, ale przełożyłem na następny. Odyseja – to miała być w zamyśle prosta historia, prosta droga nawiązująca do Paula Bulgerina.

A będzie?

Całkiem spora wyprawa. Ten Bulgerin to był człowiek z Pomorza, który w 1514 r. poszedł do Santiago de Compostela, żeby odkupić swoje grzechy. Doszedł do Santiago, ale ukojenia nie znalazł. Za to usłyszał, że jest jeszcze jedno miejsce na świecie, w którym jest szansa na znalezienie spokoju duszy. To Naga Góra na… Pomorzu. Ta góra była 100 m od jego domu, a on przemierzył cały świat. Niezłe, co?

Niezłe. Był pan na tej Nagiej Górze? Pytam, bo pan przecież z Gdańska to ma niedaleko.


Byłem. Jest koło Koszalina. Teraz nazywa się Chełmska Góra. Kiedyś tam mieszkałem, była blisko mojego domu, ale wtedy nie znałem jej historii. Chociaż po górze jeździłem rowerem i biegałem. Coś mnie tam ciągnęło. Wie pani, okazało się, że to było jedno z najważniejszych duchowych miejsc dla Słowian. Nazywano ją Bramą Światła. Teraz jest tam Sanktuarium Matki Boskiej Trzykroć Przedziwnej. Jan Paweł II odprawił tam mszę świętą. Coś dziwnego jest w tej górze, jakaś energia. Myślę nad tym, żeby wziąć śpiwór i sprawdzić, jak się tam śpi.
Rozumiem, że poza tym już nigdzie się pan nie wybiera.

No, jak to? Przecież mówiłem, że szykuję Odyseję 2014. Zamierzam przemierzyć całą Europę.

Żeby odkupić grzechy, znaleźć spokój?


Nie (śmiech). Sensem tej całej historii jest to, że nie trzeba wędrować na koniec świata, żeby znaleźć spokój duszy.

Łatwo powiedzieć, jak się zdobyło w jednym roku dwa bieguny.

Europa bardzo się zmieniła od czasów Bulgerina… Wydaje mi się, że teraz przeżywa kompletny kryzys i załamanie.

Mówi pan o kryzysie ekonomicznym?

Nie, mówię o kryzysie wartości. Chociaż chyba do kryzysu ekonomicznego doprowadził upadek wartości. Ale nie jestem ekonomistą, nie będę się mądrzył.

Ale jest pan filozofem, to niech się pan mądrzy.

„Człowiek w poszukiwaniu wartości” – taki podtytuł ma mieć Odyseja 2014. Na początku miało być tak, że będę sobie szedł, płynął kajakiem, jechał rowerem i rozmyślał. Jednak mój przyjaciel Piotr Voelkel, który jest biznesmenem i wizjonerem, powiedział do mnie: „Już byłeś podróżnikiem, teraz musisz zrobić coś więcej, a nie tylko przemierzać i rozmyślać”.

I co pan zrobi?

Będę debatował z młodymi ludźmi, z tęgimi głowami, z różnymi autorytetami. Ale czynnych polityków wśród nich nie będzie.

A myślałam, że zaprosi pan swojego kumpla Janusza Palikota na poszukiwanie wartości.


Nie chcę w tej wyprawie aktywnych polityków, nawet tych, z którymi studiowałem. Na politykę szkoda mi czasu. Wolę pisać książki. Jeśli miałbym wybierać, to wolałbym być Andersenem niż królem Danii, bo kto pamięta, jak się nazywał król Danii… Co do wyprawy, to już wiem, że w Tuluzie spotkam się z francuskim astronautą, w Santiago chciałbym, żeby w debacie wziął udział Paulo Coelho, który może nie dla wszystkich jest autorytetem, ale wydaje mi się, że coś jednak o tym świecie wie. Być może też jeden z byłych prezydentów Francji będzie gościem takiego spotkania. W Berlinie podebatuję o totalitaryzmie i demokracji. Wyjdzie z tego seria debat w różnych europejskich miastach na temat tych znikających wartości.

Których przede wszystkim?

To się okaże. Nie chcę być prorokiem.

Niech pan spróbuje.


Myślę o duchu, o wartościach duchowych, bo właśnie je gdzieś zatraciliśmy. Człowiek nauczył się zarządzać materią, a nie nauczył się zarządzać duchem. W jakimś wymiarze jest to podróż w poszukiwaniu Świętego Graala. Być może sedno Graala leży w zarządzaniu duchem, a nie światem materialnym. Duch został w pewnym sensie eksterminowany. Wie pani, łatwiej jest odbywać podróże w świat materialny, zdobywać bieguny. Trudniejsza jest podróż, w której doświadcza się czegoś duchowego i jeszcze dzieli się tym z innymi. Mam nadzieję, że ta wyprawa pokaże, że jednak ludzie w Europie tęsknią za wartościami. Za prawdą tęsknią także, bo wydaję mi się, że ta współczesna Europa…

Kłamie?

Nie, manipuluje prawdą. Chociażby media…

Dzięki.

Nie ma za co… Moim celem jest pobudzić ludzi do myślenia nad wartościami. Do działania też. I w ten sposób zostawić coś po sobie. Mam nadzieję, że ludzie spojrzą na Europę, miejsce, w którym żyjemy, i zaczną o niej myśleć, zastanawiać się. Mnie zawsze interesowało, skąd przybywamy i dokąd zmierzamy. I dlatego te bieguny, to moje zdobywanie było tylko scenografią do myślenia, do podróży duchowej.

Skąd pan zacznie wędrówkę?

Z Santiago de Compostela bądź Finisterre. Przez Hiszpanię i Pireneje przejdę, przez Francję przejadę rowerem (w końcu Tour de France zobowiązuje), a z Paryża do Gdańska przepłynę.

Sam?

Głównie sam. Choć chcę jakieś fragmenty drogi przemierzać z różnymi ludźmi wykluczonymi, niepełnosprawnymi, bezrobotnymi. Wydaje mi się, że mogę przez to coś zrobić zrobić dla lokalnych społeczności.

Co na przykład?


Pogadać po prostu. Od gadania wiele rzeczy można zacząć zmieniać. Znam hiszpański, francuski i niemiecki, więc jakoś się dogadam. Chciałbym, żeby ta Odyseja 2014 to była wyprawa bez zadęcia, taka normalna. Nie potrzebuję wielkiego sprzętu, będę spał w namiocie albo w jakichś oberżach. Wiosną i latem będę szedł, jechał, płynął. Mniej więcej przez dwa, trzy miesiące. Chcę, żeby budżet samej wyprawy był niewielki. Ale marzy mi się film z podróży i oczywiście strona internetowa codziennie aktualizowana. A do tego program edukacyjny dla szkół. O Europie. Są miasta, które chcą patronować mojej Odysei. Poznań na przykład chce wraz ze mną wypromować Wielką Pętlę Wielkopolski – będę tamtędy płynął kajakiem. Do tego płynięcia zainspirował mnie Czesław Miłosz, który chciał przed wojną przepłynąć z Wilna do Paryża. Nie udało się, ale ideę miał. Odkryłem wspaniały szlak wodny. Z Paryża do Gdańska, a nawet dalej. Myślałem nawet, żeby wyprawę zakończyć w Kaliningradzie, dopłynąć tam. Kaliningrad do końca wojny nazywał się Königsberg. Czy pani wie, że cały Königsberg został kompletnie zniszczony, zrównany z ziemią i ocalał tylko grób Kanta?

Ta podróż to dla pana pielgrzymka?

W sensie religijnym? Nie. To będzie poszukiwanie śladów tożsamości Europy. Ale nie da się chrześcijaństwa z tej historii Europy wyplenić, powiedzieć, że go nie było. Nie sądzę jednak, by wszyscy, którzy idą szlakiem Santiago de Compostela, robili to ze względów religijnych.

Pytam, bo nie wiem, czy robi pan to bardziej dla siebie, czy dla świata?


Sensem życia jest robienie czegoś z tym życiem. Ja potrafię podróżować i przy okazji zajmuję się, teraz już amatorsko, filozofią. W głowie pojawiają się idee i one mnie pchają. Zdałem sobie sprawę, że ostatnią rzeczą, którą zrobiłem dla siebie, było dojście na biegun północny. Wtedy chciałem się po prostu sprawdzić, a później nastąpiła przemiana i zrozumiałem, że sama podróż, sam fakt, że szedłem i doszedłem, nie ma sensu, jeśli za tym nie ma czegoś więcej.

Na biegun południowy już pan szedł jakoś inaczej, z jakąś misją, celem?

To moje dojście uratowało szpital chemioterapii w Gdańsku. Dzieci z tego szpitala napisały do mnie list, w którym stało, że szły razem ze mną i że to była pierwsza wyprawa w ich życiu. Towarzyszyły mi myślami. Popłakałem się wtedy tam, na tym biegunie. Wcale nie dlatego, że doszedłem. Wcale nie. Dla wielu z tych dzieciaków to była niestety ostatnia wyprawa. Wie pani, ten list wtedy to chyba była największa nagroda w moim życiu. I to nie chodzi o zbawianie świata, bo co to jest ten świat? Sam szukam, jestem przecież zagubionym człowiekiem.

Ale mówi się o panu, że jest bardzo porządny, że rodzina, dzieci, że ci, których pan ma wokół, są dla pana najważniejsi.

Dzisiaj jestem w Warszawie, siedzę i rozmawiam z panią. Dopiero późnym wieczorem wrócę do Gdańska, dzieci będą spały. Wiele rzeczy, które robię, dzieje się kosztem mojej rodziny. W zeszłym roku życzyłem sobie, żeby w roku 2012 więcej czasu poświęcić rodzinie. I nie bardzo to się udało. Takie samo życzenie mam na 2013, ale nie wiem, co z tego będzie.

Przecież wyrusza pan dopiero w 2014.

Ale w tym się będę przygotowywał. Pamiętam, jak urodziły się moje dzieci. Składałem deklaracje, że rodzina jest najważniejsza. A okazało się, że idee, które się rodzą w mojej głowie, są równie ważne jak rodzina. Może dlatego mój syn Kai chce być nikim, bo bycie podróżnikiem to dla niego chyba najgorsza rzecz na świecie. Kojarzy mu się z tym, że taty ciągle nie ma domu. I nie dziwię się mu.

Myśli pan, że rozsławia Polskę?

Zawsze mam z sobą biało-czerwoną flagę. Nie jakąś przesadnie wielką. Ale widać, skąd jestem. Jestem Polakiem.

Patriotą?

Oczywiście. Ale jak mnie pani zapyta, czy to, co robię, robię dla Polski, to tak naprawdę nie wiem. W ogóle nie myślę tak górnolotnie. Choć może, jak się jest pierwszym Polakiem, który zdobył dwa bieguny…

W jednym roku…


I wtedy gdzieś tam o tej Polsce się myśli, gdzieś się tam kołacze: „Jestem Polakiem”. Teraz jednak moje ego gdzieś się rozpłynęło. Nie, nie chcę powiedzieć, że kiedyś byłem egoistą, a teraz jestem altruistą, tylko teraz szukam sensu, a nie zbawiam świat albo robię coś dla Polski. Choć przy okazji pewnie dla tej Polski też coś robię…

Do tej pory żaden Polak po panu na bieguny nie poszedł…

Może nikt nie chce być drugi. (śmiech)

Za to na Mount Everest wchodzi wielu…


Biegun jest bardzo trudny. Wymaga wielu przygotowań, a efekt nigdy nie jest gwarantowany. Potrzebna jest spora determinacja. Ludzie teraz chcą wszystko szybko, szybko. Mówią sobie, że nie ma rzeczy niemożliwych, że wszystko przed nimi, że rach-ciach i już można iść na biegun.

Nie można?


Nie można, bo albo się nie przeżyje, albo gdzieś na początku już trzeba zawracać. Do bieguna trzeba się przystosować i przygotować. Dobre chęci to za mało.

Ludzie pana pytają, jak tam dotrzeć, jak się przygotować?


Niedawno jeden chłopak mnie zapytał, czy w trzy miesiące da radę. Nie umiem odpowiedzieć. Może on da, ja bym nie dał. Ja się przygotowywałem kilka lat. Ale może to jest mój punkt widzenia. W ogóle nie ma co się do mnie porównywać.

Co pan opowiada? Przecież pan jest punktem odniesienia dla wielu planujących podróże.


Ale ja nie chcę komuś mówić, jak ma postępować. Mówiłem pani o ego. Teraz tak myślę, że może jednak jestem egoistą, uprawiam jakąś jego najwyższą formę, bo opieram się na innych ludziach. Świat jest pełen sprzeczności i dlatego droga jest celem, a bieguny wcale nie są takie puste, jak by się mogło wydawać.

Kogoś pan spotkał po drodze?


Dzisiaj rano leciałem samolotem z Gdańska do Warszawy i ta Polska przypominała biegun, Antarktydę całą… Antarktyda jest ciągle wielką tajemnicą i trochę się wściekam, jak ludzie mówią, że nic tam nie ma.

A jest?

Przecież tam była dżungla. Może Atlantyda? Pod stacją Wostok jest ogromne jezioro słodkiej wody i jakiś ekosystem, tylko naukowcy nie mają możliwości, narzędzi, by się do niego dostać. Od wielu lat tylko spekulują. Biegun południowy jest najlepszym okiem ludzkości na kosmos. Spotkałem naukowca, który powiedział, że on i jego koledzy tam, na biegunie, próbują złapać cząstki z jądra naszej galaktyki i dowiedzieć się czegoś więcej o historii świata. Tam jest dziura ozonowa i idealna przestrzeń. Biegun południowy to jest zagadka. Zresztą północny też. Niesamowite zagadki. Hitler i Himmler sądzili, że tam jest dziura do Atlantydy, że tam żyją Arianie. Wysłali tam nawet łódź podwodną, która zaginęła. Te fantazje napędzały ludzi, którzy potrafili skonstruować machinę zagłady. Ale mówię to pani na marginesie tej naszej rozmowy. Bieguny mnie wciąż fascynują.

Pójdzie tam pan jeszcze raz?


Materialnie – nie. Duchowo – często chodzę. Ale teraz myślę o Odysei, o tym, żeby to była podróż w poszukiwaniu ducha, a nie tylko przebycie kilku tysięcy kilometrów. Poza tym będę się starał odciąć od tego, co w polityce, co w mediach. Gazet nie będę czytał, sorry.

Nie ma za co.

Będę otaczał się tym, co bardziej niezmienne, bardziej trwałe, stabilne, ale niematerialne. Chociaż materia też jest ważna. Pieniądze, ich zarabianie może być wartością. Wie pani, każdy ma swój biegun. I pewnie dla wielu taki facet, który potrzebuje aż trzech miesięcy, żeby przemierzyć Europę, będzie śmieszny. No bo po co łazić tak daleko.
Okładka tygodnika WPROST: 2/2013
Więcej możesz przeczytać w 2/2013 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Czytaj także