Hit Tarantino - "Django", czyli czyściec popkultury

Hit Tarantino - "Django", czyli czyściec popkultury

Jamie Foxx w filmie "Django" (fot. mat. dystrybutora)
Znakomite "Django" to czyściec popkultury. Quentin Tarantino nie chadza na kompromisy. Po przewrotnym rozliczeniu z nazizmem w "Bękartach wojny", teraz pokazuje na ekranie epokę niewolnictwa.
- Większość filmów o niewolnictwie sprawia wrażenie, jakby była robiona przez szybę muzealnej gabloty – mówi Quentin Tarantino, którego film wchodzi na ekrany niemal jednocześnie z "Lincolnem" Spielberga. - Nakręciłem "Django", żeby tę szybę rozbić. Wrzucić widza w sam środek Ameryki z połowy XIX wieku.

To kolejna tarantinowska opowieść o zemście. O buncie, który każe zerwać kajdany i ruszyć do walki. W pierwszej scenie z lasu wyłania się mężczyzna. Jedzie dyliżansem z wielkim zębem na dachu. Dziwny przybysz podaje się za dentystę, dr. Kinga Schultza. Kiedyś był niemieckim medykiem. W Stanach 1858 roku, trzy lata przed wybuchem wojny secesyjnej, pracuje jako łowca głów. "Handlarze niewolników sprzedają ludzi. Ja sprzedaję zwłoki" – tłumaczy. Oswobadza czarnoskórego Django, który ma wskazać poszukiwanych za morderstwo rzezimieszków. Potem, wzruszony miłosną historią eks-niewolnika, proponuje, że w zamian za dalszą kooperację, pomoże mu odbić żonę z rąk bezdusznego plantatora. Django chętnie na to przystaje, bo – jak mówi - "zabijać białasów i brać za to kasę, to brzmi jak dobra robota".

Sześć lat temu Quentin Tarantino pomógł Takashiemu Miike zrealizować jego japońską wersję westernu – "Sukiyaki Western Django", teraz sam sięga po najbardziej mitotwórczy, amerykański gatunek. Wbrew tytułowi nowy obraz nie jest remake’iem klasycznego "Django" Sergio Corbucciego sprzed ponad czterech dekad, choć zagrał w nim znany z dawnego dzieła Franco Nero. Autor "Jackie Brown" luźno sięga po wątki z filmu, którego sceny cytował już choćby przy "Wściekłych psach". Miesza je z fabułą "Mandingo" Richarda Fleischera i dziesiątkami innych spaghetti-westernów. To pokłon złożony wizji kina spod znaku Sergio Leone. Konwencji i wyobraźni twórców lat sześćdziesiątych. Nie brakuje tu także uśmiechów w stronę choćby "Płonących siodeł" Mela Brooksa. U korzeni "Django" jest nawet słynny rajd Ku Klux Klanu z "Narodzin narodu" Davida Warka Griffitha czy "Przeminęło z wiatrem".

Film krytycy nazwali "czystym Tarantino". Bo przerzucanie się cytatami oraz mieszanie tego, co wysokie i niskie, zawsze było jego wizytówką. Twórca "Pulp Fiction" jest od kina uzależniony. Pamiętam swój wywiad z nim, kiedy niemal każdy gest czy sytuację podpatrzoną przez okno porównywał do scen z kolejnych tytułów – raz z klasyki, raz z podrzędnego horroru czy sensacji z pokątnej wytwórni z lat 70. I na ekranie autor robi to samo.

Konwencja Tarantino znów się sprawdziła. Jamie Foxx, Christoph Waltz, Leonardo DiCaprio, Jackson dają w filmie koncert gry. "Django" to pasjonującą podróż, pełną inteligentnych popkulturowych kpin i hektolitrów czerwonej farby. Ale między ciętymi żartami, świetnie napisanymi dialogami i krwawymi scenami walk, kryje się refleksja nad sposobami opisywania historii. Sam Tarantino w wywiadach określa swój obraz jako propozycję dla ludzi, którzy szukają "westernu bliskiego współczesnym problemom". Mocnego, aktualnego, a jednocześnie bardzo relaksującego.

Więcej o filmie "Django" i Quentinie Tarantino w najnowszym numerze "Wprost", który od niedzielnego wieczora będzie dostępny w formie e-wydania.

Najnowszy numer "Wprost" będzie też dostępny na Facebooku.


Czytaj także

 2
  • Aleksandra IP
    Film mnie oczarował! Wspaniałe aktorstwo, zdjęcia Richardsona a muzyka rewelacja! Polecam wszystkim, którzy kochają dobre kino!!!
    • Rocky IP
      Film słaby nie powiem że porażka bo warto go zobaczyć, ale 2h45m mozna lepiej spożytkować niż oglądać to niby arcydzieło. Absolutnie na oskara nie zasługuje.