Arab Madrid

Arab Madrid

Premier hamletyzował, ale w końcu uległ. Zgodził się wypuścić Tomasza Arabskiego na wymarzoną placówkę. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, minister już w lecie przeniesie się z Alej Ujazdowskich pod hiszpańskie słońce.
A Tusk? Zostanie bez najbliższego współpracownika, kolegi i szefa Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Na razie trwa polowanie na następcę. Ci, którzy przy Tusku zostają, już myślą, jak podzielić się królestwem „Araba”.

Zmęczony wielbiciel

Przez lata pracy z Tuskiem wyrobił sobie naprawdę silną pozycję. Kiedyś podśmiewano się z niego. Ostatnio w kancelarii zaczęto mówić o Arabskim „drugi” albo nawet „wicepremier”, i to bez zgryźliwości. Tusk mu ufa, bo wie, że Arabski mu nie zagrozi – nie ma żadnych ambicji politycznych.

– A on jest autentycznie zafascynowany premierem, ale bezwzględna dominacja pryncypała każdemu musi kiedyś zacząć doskwierać – uważa polityk PO.

– Pytałem go ostatnio o Hiszpanię. Starał się zachować obojętność, ale widać było, że jest potwornie zmęczony pracą w rządzie i chciałby już być w Madrycie – dodaje kolega ministra.

Z Tuskiem znają się od lat, z Gdańska. Arabski – kiedyś dobry trójmiejski dziennikarz, blisko związany z Kościołem katolickim – dbał o rozwój duchowy przyszłego premiera. To ich zbliżyło. Lider liberałów miał do spraw religijnych stosunek ambiwalentny. Dzięki „Arabowi” miał przeżyć duchową przemianę, wziął nawet – po latach – ślub kościelny.

Sport ich łączył mniej, bo Tusk to zapalony piłkarz, a Arabski kiedyś trenował dżudo. Chwali się w swoim oficjalnym biogramie, że w młodości walczył z przyszłym mistrzem olimpijskim Pawłem Nastulą. Niestety – dla Arabskiego – ich starcie trwało jedynie trzy sekundy. W nogę idzie mu marnie. Gra z miłości do szefa, na lewej obronie. I przyzwyczaił się już nawet do brutalnych docinków, których Tusk nigdy nie szczędzi mu na boisku.

Polityk spoza polityki

Arabski do polityki wszedł bocznym wejściem. Właśnie dzięki znajomości, a potem przyjaźni z Tuskiem. Jego nominacja na szefa KPRM była zdziwieniem – nie był posłem PO, a do Platformy dotąd nie wstąpił. Wróżono mu burzliwą i krótką karierę. – Był potwornym bałaganiarzem. Nie przesyłał papierów na czas, ciągle coś gubił. Był zaprzeczeniem dobrego urzędnika. Tusk – przyzwyczajony do porządku, apodyktyczny szef – wpadał we wściekłość – opowiada bliski współpracownik ministra.

Jednak z miesiąca na miesiąc zdobywał urzędnicze szlify. Dziś w jego gabinecie całą ścianę zajmuje specjalna tablica. Zapisane na kolorowych karteczkach wiszą informacje o projektach z exposé premiera. Arabski pieczołowicie odhacza ustawy, które lądują w Sejmie. – Patrzę w prawo, patrzę w lewo i nie widzę uwag – tak ostatnio prowadzi posiedzenia Komitetu Stałego Rady Ministrów. To tradycyjne pole bitwy między resortami. Na początku wszystko rozłaziło się w szwach.

– Ministrowie się kłócili, a Arabski opowiadał dykteryjki z życia. Jednak z czasem szło mu coraz sprawniej – przyznaje nasz rozmówca z rządu. Czy kancelaria go zmieniła? – Kiedy go poznałem, był facetem z sarkastycznym dowcipem. Teraz raczej uśmiecha się półgębkiem. Jest zmęczony, od lat siedzi tam od świtu do nocy. Nie ma go w domu, a to facet, dla którego rodzina i dzieci są bardzo ważne – podkreśla polityk z władz PO.

Dla Tuska wytrzymuje wiele. – Człowiek od roboty i połajanek – podsumowuje osoba rozeznana w sytuacji w Alejach Ujazdowskich. Premier nigdy się z Arabskim nie patyczkował. Potrafił wydrzeć się o byle co. Kiedyś zrobił mu awanturę o to, że gdzieś zapodziały się obcinaczki do cygar. Minister wszystko znosił. Stosunkowo najgorzej krytykę ze strony znanego z bezwzględnych dowcipów Grzegorza Schetyny – byłego wicepremiera, kiedyś najbliższego człowieka Tuska.

Animozje nasiliły się jeszcze, gdy Schetyna wyleciał z otoczenia premiera w czasie afery hazardowej. Arabski siłą rzeczy zajął puste miejsce najbliższego zausznika. Od tamtego czasu w opinii wielu obserwatorów otoczenie premiera zmieniło się w dwór potakiwaczy. – Nikt nie jest w stanie się przeciwstawić Tuskowi, powiedzieć otwarcie: „Stary, mylisz się” – opowiada członek władz PO. Doradca premiera: – Gdy są sami, mogą sobie wszystko powiedzieć, posprzeczać się. Jednak publicznie „Arab” jest zawsze na tak.

Gorzkie pigułki

Do ministrowania się przyzwyczaił. W polityce poszło mu fatalnie i chyba się zraził ostatecznie. Ostatnia kampania, Arabski dostał drugie miejsce na gdańskiej liście, w mateczniku PO. Zaraz za popularnym Sławomirem Nowakiem. Współpracownicy premiera, którzy jeździli z nim tuskobusem po Polsce, wspominają taką scenę: Arabski pracował nad projektem swojej ulotki wyborczej. Dał Tuskowi, żeby ten rzucił okiem. Do rozmowy włącza się Tomasz Lenz, szef kujawsko-pomorskiej Platformy. – Tylko hasło „Arabski czystej krwi” może dać mu mandat – żartuje. Wszyscy wybuchają śmiechem. Ale słowa okazują się prorocze.

– „Arab” rozdawał ulotki na Długim Targu w Gdańsku, cieszył się, bo przechodnie chętnie je brali. Problem w tym, że brali je głównie turyści z Niemiec – opowiada jeden z polityków PO. – Wydawało mu się, że idzie dobrze. Był zaskoczony, gdy z pewnego miejsca nie dostał się do Sejmu. Arabski mimo klęski został na swoim stanowisku, ale 

Grzegorz Schetyna mógł wziąć mały rewanż. Kilka miesięcy temu, głosowanie wniosku o wotum zaufania dla rządu Tuska. W kuluarach Arabski spotyka Schetynę. – „Arab”, tylko głosuj, głosuj, zagłosujesz? – rzuca Schetyna, przewodniczący komisji spraw zagranicznych. Arabski czerwienieje ze złości: – Nie jestem posłem. Prawdziwy problem szef kancelarii premiera miał ze sprawą katastrofy smoleńskiej. Jego niefortunna wypowiedź – gdy odmówił Lechowi Kaczyńskiemu samolotu na podróż do Brukseli – stała się dla prawicy symbolem cynicznej gry obozu Tuska wobec prezydenta, co doprowadziło do katastrofy.

Na życzenie premiera Arabski pojechał do Moskwy, by doglądać rozpoznania ciał. Przeżył wtedy osobistą traumę, ale po powrocie i tak był ostro krytykowany. Mówiło się nawet, że jako szef KPRM – który formalnie koordynował loty – może dostać zarzuty. Znajomy Arabskiego: – Tego bał się autentycznie. Pamiętam, gdy mnie pytał: „Wierzysz, że jestem winny?”, „Nie”, „A myślisz, że dostanę zarzuty?”, „Myślę, że to możliwe”, „Właśnie, wtedy już nigdy nie zdejmę z siebie odium odpowiedzialnego za katastrofę. Tak mnie zapiszą w encyklopedii”. Na swoje szczęście zarzutów nie dostał.

Pięć lat marzeń

W końcu Arabski poczuł, że ma dość: polityki, pracy od świtu do zmierzchu, wybuchów gniewu Tuska, rozłąki z rodziną. Dlaczego Hiszpania? To jego życiowe marzenie. Już w 2008 r. Maciej Płażyński, wówczas już były polityk Platformy Obywatelskiej, zdradził w „Rzeczpospolitej”: – Marzył raczej, że wyjedzie na placówkę do Hiszpanii, a wylądował na placówce w Warszawie. Ale wszystko przed nim.

Dyplomata: – Arabski będzie dobrym ambasadorem. Mówi po hiszpańsku, ma bzika na punkcie Półwyspu Iberyjskiego. Na początku Tusk nie chciał o tym słyszeć. – W końcu to przełknął i się zgodził. Jak nic znowu się nie zmieni, to „Arab” poleci i lato spędzi już w Hiszpanii – przyznaje nasz rozmówca z wysokich kręgów w Platformie.

Wniosek o przesłuchanie go jako kandydata na ambasadora może trafić do sejmowej komisji spraw zagranicznych w marcu. Na razie – jak wynika z nieoficjalnych informacji – przeszedł już przez MSZ, odbyły się też rozmowy między kancelariami premiera i prezydenta. Teraz trwają nieoficjalne ustalenia ze stroną hiszpańską. Placówka czeka od kilku miesięcy, kiedy były ambasador Ryszard Schnepf przeniósł się do Waszyngtonu.

Polowanie na szefa

 Będzie tym ambasadorem? – Nigdy nie wiadomo na pewno, bo jednak polityka to polityka i wszystko może się wywrócić w dowolnym momencie. Jednak procedura jest już bardzo zaawansowana. Wygląda na to, że marzenie „Araba” się spełni – odpowiedział nam współpracownik Tuska.

Przesłanek jest więcej. Jak wynika z ustaleń „Wprost”, ruszyły już przymiarki do poszukiwania następcy Arabskiego. W źródłach związanych z kancelarią premiera usłyszeliśmy, że propozycję usłyszał Krzysztof Kwiatkowski, były minister sprawiedliwości. Jednak odmówił. Podobnie zresztą jak nam w odpowiedzi na SMS-a z pytaniem o tę sprawę. Dziś poważnym kandydatem na nowego szefa kancelarii jest Maciej Berek, dobrze oceniany przez Tuska prezes Rządowego Centrum Legislacji. Sprawny urzędnik, bez ambicji politycznych. Taki, który może z dnia na dzień pokierować Komitetem Stałym Rady Ministrów. W każdym razie w kancelarii Tuska pojawi się dziura.

 – Dziś jest ich trzech. Rzecznik Paweł Graś słucha, Arabski notuje, co ma zrobić, a minister KPRM Igor Ostachowicz myśli nad przekazem – podsumowuje polityk zorientowany w otoczeniu premiera. Zostanie dwóch. Na linii Graś – Ostachowicz zgrzyta od dawna. Wyjazd Arabskiego i dzielenie wpływów może oznaczać dalsze zaostrzenie wojny między nimi. Chyba że Tusk przy tej okazji postanowi jeszcze bardziej odświeżyć swoje zaplecze. Ostatnio w Platformie znowu wraca temat rekonstrukcji rządu. Jeśli Arabskiemu uda się wyjechać, będzie – pierwszy raz od lat – patrzył na problemy szefa z dystansu, sącząc hiszpańskie wino. Co on na to? Zapytaliśmy: – Wyjeżdża pan na placówkę do Hiszpanii? „Sin comentarios” – odpisał SMS-em.
Okładka tygodnika WPROST: 3/2013
Więcej możesz przeczytać w 3/2013 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Czytaj także