Requiem dla Mańka

Requiem dla Mańka

Bez względu na to, jaka będzie oficjalna wersja odejścia szefa BOR gen. Mariana Janickiego, tak naprawdę jest to dymisja za Smoleńsk. Bomba z opóźnionym zapłonem.
Jest połowa lipca 2010 r. W tabloidach ukazują się sielskie scenki: premier Tusk na wiejskiej działce na Pomorzu. Wystawiając do słońca swoje wdzięki, szef rządu ma na sobie ohydne gacie, które w dodatku podciągnął najwyżej, jak się da. „Ściągnął ubranie, podwinął bokserki, by opalić jak najwięcej ciała” – szczebioczą radośnie gazety, ilustrując to zdjęciami roznegliżowanego Tuska w rozmaitych pozycjach.

Wściekły Tusk wzywa na dywanik szefa Biura Ochrony Rządu gen. Mariana Janickiego. Dowódca „borowików” słyszy, że jeśli jeszcze raz jacyś paparazzi zrobią premierowi tak intymne, kompromitujące zdjęcia, to generał wyleci na zbity pysk.

 Paradoksalnie, do niedawna to w tej właśnie sytuacji Janicki najbliżej był utraty stanowiska.

Do niedawna — bo wiele wskazuje na to, że znalazł się poważniejszy powód do dymisji. I po ponad pięciu latach nietykalny generał odejdzie z szefostwa BOR. Jego kadencja to nie był dobry czas dla BOR. Mierzony był klepsydrami funkcjonariuszy jednostki, którzy zginęli w Smoleńsku. I taśmowymi pogrzebami ochranianych przez nich VIP-ów, w tym najważniejszego – prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Tak czarnej, żałobnej kadencji nie miał jeszcze żaden szef BOR.

Jednak nie zawsze tak było. Przez wiele lat Janicki był niczym w czepku urodzony. Mundur odziedziczył po ojcu Włodzimierzu Janickim, który był kierowcą w BOR jeszcze w czasach komuny. – Mój ojciec od początku lat 60. był kierowcą kolejnych rektorów Akademii Górniczo-Hutniczej, a kiedy w latach 70. ówczesny rektor został sekretarzem KC w Warszawie, zaproponował ojcu kontynuowanie współpracy. Dlatego ojciec został przyjęty do BOR – wspomina Janicki. Sam poszedł podobną ścieżką. Trafił do BOR u schyłku PRL, w 1988 r. Rok wcześniej zaciągnął się do Milicji Obywatelskiej. – Mam obojętny stosunek do PRL – twierdzi Janicki, gdy go pytamy o poprzedni system. W BOR zaczynał od wożenia partyjnego dygnitarza prof. Hieronima Kubiaka, członka Komitetu Centralnego PZPR. – Pracowaliśmy razem prawie dwa lata. Był niezwykle solidnym pracownikiem – wspomina w rozmowie z „Wprost” Kubiak.

Kluczowe dla dalszej kariery Janickiego było to, że w 1989 r. został wyznaczony przez BOR jako kierowca Lecha Wałęsy, wówczas przewodniczącego wychodzącej z podziemia „Solidarności”. – Widać było, że uważnie się rozgląda i ostro nasłuchuje, bo na pewno na nas donosił – wspomina Krzysztof Pusz, ówczesny współpracownik Wałęsy. – Wtedy jeszcze BOR to była faktycznie część bezpieki. Kursując między rodzinnym Krakowem a wałęsowskim Gdańskiem, Janicki wykazywał się handlową żyłką. Woził na handel deficytowe garnitury Vistuli. – Kupiłem od niego dwie sztuki – zachwala Pusz. Promotorem Janickiego został szybko inny znany szofer Wałęsy – Mieczysław Wachowski, który w tamtym czasie zwiększał swoje wpływy, stając się de facto najważniejszym doradcą prezydenta.

 – Janicki był oddanym i lojalnym funkcjonariuszem – mówi Wachowski w rozmowie z „Wprost”. – Pamiętam, że w tamtym czasie zapisał się na studia, bo chciał robić karierę w BOR. Rzeczywiście, Janicki zrobił dyplom inżyniera ceramika. I rzeczywiście – zaczął robić karierę.

Janicki budował swoje wpływy bez względu na to, kto rządził: komuniści czy antykomuniści. Na wiceszefa BOR powołał go Marek Biernacki, szef MSWiA w prawicowym rządzie Jerzego Buzka. Ale po druzgocącym zwycięstwie SLD jesienią 2001 r. Maniek stanowiska nie stracił. Dogadał się z nową polityczną ekipą. To za czasów SLD Janicki dostał od prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego wymarzoną pierwszą generalską gwiazdkę. – Maniek zawsze potrafił zadbać o relacje z politykami – mówi wieloletni liniowy oficer BOR.

 – Żeby dobrze żyć z SLD, przyjął do pracy syna wiceszefa MSWiA Zbigniewa Sobotki. Lata rządów SLD to dla BOR szczególny okres. Ochroniarze jadą do Iraku i Afganistanu, tak naprawdę to ich pierwsze poważne operacje zbrojne. Borowcy, którzy brali udział w operacji irackiej, opowiadają w rozmowach z „Wprost”, że kałasznikowy, naboje i granaty kupowali na miejscowych bazarach za własne pieniądze. BOR ich w odpowiedni sprzęt nie wyposażył.

W zamrażarce

Janicki budował wpływy w BOR do czasu, gdy przyszedł PiS. I z miejsca wysłał go na zieloną trawkę – do rezerwy kadrowej. Odetchnął po wyborczej wiktorii PO w 2007 r. Ekspresowo wyciągnięty z zamrażarki, został szefem BOR w rządzie Tuska. Stało się to przy porządnym nagięciu przepisów. Otóż zgodnie z rozporządzeniem szefa MSWiA z 2002 r., żeby zostać szefem BOR, trzeba być magistrem. A Janicki magistrem nie jest. Rząd przyjął jednak taką wykładnię: kiedy wymóg wykształcenia wchodził w życie, dla funkcjonariuszy bez magisterium już zajmujących kierownicze stanowiska w BOR wprowadzono wyjątek. Janicki był wówczas wiceszefem BOR i skorzystał z tego wyjątku. A więc skoro był wiceszefem BOR na zasadzie wyjątku, to ma także prawo zostać szefem BOR na zasadzie wyjątku, bo dla szefa i wiceszefa wymogi edukacyjne są takie same.

W ten sposób kierowca, którego nikt nigdy nie widział na ćwiczeniach sprawnościowych ani na strzelnicy, został szefem służby strzegącej najważniejszych osób w państwie. W historii BOR jeszcze takiego przypadku nie było. Przydały się budowane przez lata kontakty z politykami Platformy – Janicki szczególnie blisko związany jest z rzecznikiem rządu Pawłem Grasiem. W formacji, gdzie żywy jest podział na „kierowców” i „ochroniarzy”, Janicki większego miru nigdy nie zdobył. Kierowanie BOR praktycznie scedował na „Jastrzębia”, czyli swojego zastępcę Pawła Bielawnego. – Maniek nigdy nie podpisywał osobiście żadnych istotnych kwitów. Całą odpowiedzialność brał na siebie Bielawny. Dlatego dziś to on ma zarzuty prokuratorskie za Smoleńsk, a Maniek się wywinął – mówi wysokiej rangi oficer BOR.

Generał kluczy

 Gdy o poranku 10 kwietnia 2010 r. spadał prezydencki samolot, Janicki robił zakupy na bazarku w Krakowie. Wedle prokuratorskich akt smoleńskimi eskapadami premiera i prezydenta interesował się nieszczególnie. „Wprost” dysponuje pełnym tekstem zastrzeżeń wobec Janickiego, który prokuratura wysłała do rządu. Wniosek z lektury 38 stron dokumentu jest jeden: Janicki kompletnie olewał swoje obowiązki. „Nieudolne kierowanie pracą BOR”, „nie dopełnił obowiązków”, „poważne uchybienia”, „liczne nieprawidłowości”, „brak kierowania i nadzoru”, „olbrzymia bierność w działaniu”, „dopuszczenie do całkowicie niezaplanowanego i niezorganizowanego zabezpieczenia wizyty Prezydenta” – to wszystko oceny działalności Janickiego.

Rząd stanął za generałem murem. Odpowiedź nadzorującego prace BOR ministra spraw wewnętrznych Jacka Cichockiego była krótka i zwięzła: „Dowódca BOR nie jest odpowiedzialny za katastrofę smoleńską”. Sam Janicki oznajmił, że zastrzeżenia prokuratury to hańba. Tyle że kluczowe zastrzeżenia prokuratury potwierdziła Najwyższa Izba Kontroli. A Janicki kluczył w zeznaniach. Generał przekonywał, że zgodnie z przepisami na płycie lotniska w Smoleńsku na prezydencki samolot czekali funkcjonariusze BOR. Tyle że jedynym funkcjonariuszem na miejscu był Gerard Kwaśniewski, który znalazł się tam jedynie dlatego, że jest kierowcą polskiego ambasadora w Moskwie i nie brał udziału w zabezpieczeniu smoleńskiej wizyty.

Janicki przekonuje nas: – Podtrzymuję stanowisko, że podczas lądowania na płycie lotniska obecnych było dwóch funkcjonariuszy BOR. Wyciekły także zeznania, według których Janicki opowiadał prokuratorom, że słyszał o emocjonalnej rozmowie dowódcy tupolewa kpt. Arkadiusza Protasiuka ze zwierzchnikiem sił powietrznych gen. Andrzejem Błasikiem przed wylotem do Smoleńska, co mogło sugerować, że Protasiuk nie chciał lecieć. To była sensacja, zeznania Janickiego relacjonowały wszystkie media. Szybko okazało się, że lotniskowy monitoring nie zarejestrował takiej sytuacji. – Nie ma wiarygodnego źródła, które dowiodłoby, że takie wypowiedzi padły z moich ust – przekonuje nas dziś gen. Janicki. Niedawno podczas wywiadu zapytaliśmy prokuratora generalnego Andrzeja Seremeta, czy Janicki powinien zostać odwołany.

Seremet odpowiedział bezsilnie: – Proszę mi wskazać instrument, abym mógł wyegzekwować ukaranie osób, wobec których zgłaszamy zastrzeżenia. W czerwcu 2011 r., 14 miesięcy po Smoleńsku, Janicki dostał od prezydenta drugą gwiazdkę generalską – najwyższy możliwy stopień w hierarchii BOR. Zresztą lata 2010-2011 r. to był dla niego czas wypełniony splendorami. Trzy dni przed Smoleńskiem dostał Złotą Odznakę „Zasłużony dla Ochrony Przeciwpożarowej”. Pół roku po Smoleńsku odebrał z rąk szefa MSZ Radosława Sikorskiego odznakę Bene Merito za wzmacnianie pozycji Polski na arenie międzynarodowej.

 Ostatnie pożegnanie

Dlaczego zatem tak broniony przez rząd po Smoleńsku, nagradzany przez strażaków i dyplomatów generał kierowca ma stracić swój fotel? Według naszych informacji dlatego, że rządzący – z którymi kontakty tak pielęgnował przez lata – uznali, że Maniek jest już nie do obrony, że skala smoleńskich zaniedbań i tak go dopadnie. Najpóźniej wtedy, gdy „Jastrząb”, broniąc siebie, zacznie zeznawać przed sądem.

Zatem generał w najbliższym czasie ciężko zachoruje, co uniemożliwi mu dalsze kierowanie BOR, lub też odejdzie z własnej, acz przymuszonej woli. Ale pożegnanie mieć będzie honorowe. Bo ostatnie pożegnania w BOR są zawsze z honorami.
Okładka tygodnika WPROST: 3/2013
Więcej możesz przeczytać w 3/2013 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także