Z innego świata

Z innego świata

Towarzyszy mi poczucie, że jestem na ostatniej prostej – mówi Piotr Fronczewski. A swoją rolę – w spektaklu „Ja, Feuerbach” – nazywa własną „kropką” w teatrze.
Te słowa, wypowiedziane kilka dni przed premierą, podczas spotkania z publicznością w siedzibie „Gazety Wyborczej”, wywołały poruszenie. Siedzącej na końcu sali starszej pani wyrwało się histeryczne: „Nie!”. Pomieszczenie wypełnił tłum, mimo późnej pory i siarczystego mrozu. Fronczewski unika wywiadów, zwłaszcza przed premierą – robił wrażenie zaskoczonego frekwencją i autentycznie speszonego. A mówiąc o pracy nad tekstem „Ja, Feuerbach”, dawał do zrozumienia, że jest to, w pewnym sensie, opowieść o nim.

Sztuka Tankreda Dorsta z 1986 r. to opowieść o wybitnym aktorze starej daty, który po latach przerwy wraca na scenę. Przy tej okazji wartości, w które wierzy, zderzają się z tym, co nowe, pobieżne, konsumpcyjne i aroganckie. Fronczewski bierze na siebie w tym przedstawieniu podwójną odpowiedzialność – nie tylko gra główną rolę, ale też debiutuje jako reżyser.
Trzy lata temu nagrał skróconą wersję tekstu „Ja, Feuerbach” dla Polskiego Radia. Jak wspomina – stanął przed mikrofonem i a vista, właściwie bez prób, przystąpił do nagrania. – To był akt improwizacji i szaleństwa, ale rozbudził we mnie ciekawość – mówi dziś. – Właśnie wtedy pomyślałem, że może warto byłoby przenieść ten tekst na scenę.

Przez niemal ćwierć wieku polscy reżyserzy i aktorzy unikali tekstu Dorsta, obawiając się zderzenia z dawnym, mistrzowskim wykonaniem – tym z 1990 r., kiedy rolę Feuerbacha zagrał Tadeusz Łomnicki. Kiedy Fronczewski kilka lat temu przyszedł z projektem wystawienia tego dramatu do Teatru Ateneum, kierowanego wtedy przez Izabellę Cywińską, usłyszał od niej: „Wiesz, że będą cię porównywać z Łomnickim”. – Zaproponowała mi pomoc reżysera, tymczasem ja czułem, że mogę i chcę zrobić ten spektakl własnymi siłami – mówi Fronczewski. – Bo Feuerbach jest mi bliski.

Zdaniem obecnego dyrektora Ateneum Andrzeja Domalika, reżyseria Fronczewskiego dodała autorskiego kształtu opowieści. – Pamiętamy interpretację Tadeusza Łomnickiego, ale nie robimy tego spektaklu, żeby wejść z nim w polemikę – mówi. – Te dwie kreacje mają się zresztą od siebie znacznie różnić. Interpretacja Łomnickiego była przede wszystkim prezentacją jego niezwykłej maestrii, mniej w niej było Feuerbacha nakreślonego przez Dorsta. Tymczasem Fronczewski buduje postać zgodnie z zamysłem autora, posiłkując się nawet jego zapiskami, na które trafił przypadkiem jakiś czas temu. – Feuerbach wraca do teatru po kilkuletniej przerwie, spowodowanej, należy domniemywać, pewnym przesileniem nerwowym – opowiada Fronczewski. – Będę próbował pokazać przede wszystkim człowieka z naskórkową wrażliwością, skonfrontowanego z obcym sobie światem. Bo to jest świat, na który ja sam do końca się nie godzę.

Jak wielki aktor radzi sobie z reżyserskim debiutem? Sam na to pytanie odpowiada, posługując się cytatem z Erwina Axera: – Zadaniem reżysera jest przede wszystkim rozumnie przeczytać tekst.

A Grzegorz Damięcki, który też gra w spektaklu, mówi, że Fronczewski jest bezwzględnie wymagający wobec wszystkich, którzy pracują nad przedstawieniem. – Paradoks polega jednak na tym, że jednocześnie jest człowiekiem bardzo wrażliwym, obdarzonym wątpliwościami i wewnętrzną kruchością. Trudno w to uwierzyć, bo te cechy zupełnie nie przenoszą się na jego role. Obserwując go na scenie, można odnieść wrażenie, że ma się do czynienia z zupełnie inną konstrukcją psychiczną – silną, pewną każdego posunięcia. On, idąc po scenie, miażdży pewnością każdego ruchu, gestu, intonacji, której używa. Trzeba go znać, żeby wiedzieć, że ten efekt poprzedzony jest gigantycznym artystycznym wysiłkiem. Narodziny jego kreacji są długie i powstają w bólach. Wielką tajemnicą talentu Piotra jest to, że widz, patrząc na niego, czuje się bezpiecznie, odnosi wrażenie siły.

Fronczewski zastrzega, że nie chce aktualizować przekazu tekstu „Ja, Feuerbach”. Andrzej Domalik tłumaczy: – To przedstawienie dotyka po prostu kondycji człowieka.

– Dziś ludzie bardziej niż kiedykolwiek szukają starych wartości – dodaje Damięcki. – Wiek, dorobek i doświadczenie przestają mieć znaczenie. Nie każdy potrafi i nie każdy chce jednak za tym nadążyć.

Fronczewski poprzez historię Feuerbacha opowiada własną. Mówi o tęsknocie za swoimi mistrzami i teatrem, w którym na pierwszym miejscu była wiara w wagę słowa. Wspomina ludzi traktujących teatr niemal jak świątynię. – Byliśmy karmieni wiedzą i wyobraźnią naszych profesorów. Gustawa Holoubka zobaczyłem na scenie jako nastolatek i przylgnąłem do niego w sposób niedający się, na dobrą sprawę, wyjaśnić. Godzinami wystawałem po spektaklu przy wyjściu dla aktorów na Wierzbowej, żeby przez chwilę zobaczyć go wychodzącego z teatru. Nie marzyłem wtedy, że w przyszłości będę miał zaszczyt stanąć obok niego na scenie. W ogromnym stopniu to, co osiągnąłem w teatrze, zawdzięczam właśnie jemu – mówi dziś. Jego „Ja, Feuerbach” będzie miał charakter artystycznej spowiedzi. Dyrektor Domalik liczy na sukces spektaklu, chociaż zaraz dodaje, że w sztuce nieinteligentnie byłoby zakładać powodzenie. – Na sukces się czeka, ale i w teatrze, i w filmie może się zdarzyć wszystko. Uniwersalna recepta wymyślona wieki temu brzmi mniej więcej tak: interesujący tekst, zdolny reżyser i dobrze obsadzeni aktorzy. Ważny jest jeszcze czas, w który przedstawienie musi trafić, publiczność, odbiór krytyki. Oraz coś, co wymyka się prostej definicji, a jest tajemnicą towarzyszącą powstawaniu przedstawienia.

Grzegorz Damięcki inaczej myśli o powodzeniu tego spektaklu. – Tu chodzi o opowiedzenie o problemie odsunięcia, minionej świetności. Znam mnóstwo aktorów, którzy po krótkim czasie błyskotliwej kariery odeszli w niepamięć. Dziś żyją gdzieś w zapomnieniu, wykluczeni także przez swoje środowisko.

– Aktorzy formatu Fronczewskiego nie wykształcili swoich następców – mówi Grzegorz Damięcki, ale jednocześnie pociesza. – Kropka? Nie wierzę, żeby Piotr chciał się tym spektaklem rozstać z teatrem.

Wszystkie wypowiedzi Piotra Fronczewskiego zostały zarejestrowane podczas jego spotkania z publicznością w „Gazecie Wyborczej” 21.01.

Okładka tygodnika WPROST: 5/2013
Więcej możesz przeczytać w 5/2013 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także