Człowiek z gazu

Człowiek z gazu

Był pyskaty, miał fortunę i bzika. W zeszłym tygodniu zmarł Aleksander Gudzowaty, jeden z najsławniejszych biznesmenów III RP.
Chciałbym zobaczyć tę salę balową, którą postawił pan w Puszczy Kampinoskiej. Zgodzi się pan? – Jeden z najpiękniejszych budynków w Europie. Jestem w szpitalu. Odezwę się za trzy dni – mówił zachrypniętym, charakterystycznym głosem Aleksander Gudzowaty. Po siedmiu dniach, w ostatni czwartek, przyszła wiadomość, że zmarł. Ta sala balowa to był jeden z jego wielu bzików. A było tak. Kilka lat temu w szpitalu lekarze przypadkowo zarazili Gudzowatego gronkowcem. Biznesmen cudem uciekł śmierci spod kosy. Jeździł na wózku, w końcu z trudem chodził o lasce, nigdy nie wrócił do pełni zdrowia. Sześć lat temu byłem w jego rezydencji w Mariewie, na skraju Puszczy Kampinoskiej. Siedział na wózku inwalidzkim w wielkim salonie z architektem, którego ściągnął z Francji. – Co pan znów wymyślił? – pytałem. – Białą, piękną salę balową w środku lasu. Chcę przed śmiercią zobaczyć, jak 50 par tańczy w niej walca wiedeńskiego. Takie mam marzenie – wyjaśnił z powagą. Kilkanaście dni temu pytałem byłego premiera Leszka Millera, czy Gudzowaty postawił tę salę. – Pewnie, imponująca! Sprowadza tam najlepsze grupy taneczne, jakie sobie można wyobrazić – odpowiadał lider SLD. Można więc powiedzieć, że marzenie Gudzowatego się spełniło.
Jelenie z Rosji

Gudzowaty, dyrektor jednej z PRL- -owskich centrali handlu zagranicznego, fortunę zbił na handlu gazem na początku lat 90. Jedni powiedzą – klasyczne uwłaszczenie nomenklatury, drudzy – obrotność, skorzystanie z kontaktów i doświadczenia. Biznesmen pchał na Wschód niezliczone ilości towarów z Polski, za nie dostawał gaz, który sprzedawał polskiemu monopoliście, czyli Państwowemu Górnictwu Naftowemu i Gazownictwu (PGNiG). Potem dostał się do spółki, która zarządzała przesyłem surowca z Rosji do Polski. Jego Bartimpex był tam języczkiem u wagi między PGNiG a rosyjskim gigantem – Gazpromem. Gudzowaty miał rewelacyjne kontakty z Remem Wiachiriewem, legendarnym szefem Gazpromu z epoki Jelcyna. Ten malutki, pucułowaty i czerwony na twarzy Rosjanin zmarł kilka dni przed Gudzowatym. Panowie dobrze się dogadywali. W latach 90. Rosjanin „wraz z dworem” przyleciał na urodziny Gudzowatego dwoma Tu-134 wypełnionymi prezentami. Na pokładzie były m.in. sztaba złota z wygrawerowanymi życzeniami i wielki kryształ górski. Nie doleciał, ze względów sanitarnych, główny podarek – dwa żywe jelenie. Kilkanaście lat temu pytałem Gudzowatego, czy to właśnie sympatia Wiachiriewa zdecydowała, że mógł wejść do interesu opanowanego przez państwowe koncerny i tajne służby. Obruszył się i uciekł w żart: „Czy ja każę nazywać siebie geniuszem?”.

Z choinką u generała

Na początku XXI w. jelcynowska Rosja zaczęła odchodzić w przeszłość. Przyszedł Putin, a wraz z nim na szefa Gazpromu zimny technokrata Aleksiej Miller. Złote czasy dla Gudzowatego powoli dobiegały końca. Również dlatego, że w Polsce coraz głośniej wśród polityków i dziennikarzy stawał temat: „Jak to jest, że prywatny biznesmen w nie do końca jasnych okolicznościach został pośrednikiem w handlu strategicznym surowcem między państwami?”. Gudzowaty, wówczas już jeden z najbogatszych Polaków, reagował emocjonalnie. Za każdym rogiem wietrzył spiski. Mówił o tajnym, ponadpartyjnym i wymierzonym przeciw niemu układzie, w którym są politycy, dziennikarze i ludzie tajnych służb. Ochrzcił ten układ nazwą „loża minus pięć”. Zaczął się bać o życie swoje i najbliższych. Już w pierwszej dekadzie XXI w. zjawił się przed drzwiami gen. Sławomira Petelickiego, byłego dowódcy jednostki GROM. Mieli zadawniony konflikt, ale oligarcha chciał pokoju i przyniósł generałowi w prezencie choinkę przed świętami: – Piękna choinka, niech pan wchodzi – rzucił na powitanie Petelicki. – Dziękuję. – Słyszałem, że pan się boi Rosjan. – No tak. – Ale oni pana nie zabiją. – Jak to? – Umrze pan na zawał. Musi się pan odchudzić.

Rycerze parteru

Na ochronę i zbieranie informacji o spiskach Gudzowaty zaczął wydawać fortunę. Rezydencja w Mariewie była jak forteca. Ochroniarze dzięki specjalnym lustrom sprawdzali nawet podwozia przyjeżdżających tam samochodów, przy wejściu do biura w al. Szucha ochrona uważnie przyglądała się gościom przez weneckie lustro. Broń, łączność i auta bodyguardzi Gudzowatego mieli nie gorsze niż funkcjonariusze oddziałów specjalnych policji. Ochrona, za jego wiedzą, zaczęła nagrywać rozmowy, które prowadził z politykami, biznesmenami, dziennikarzami. Gudzowaty coraz bardziej żył tropieniem loży minus pięć. Cierpiał na tym biznes, bo było na niego coraz mniej czasu. A firma była zarządzana w staroświecki sposób. Dyrygował nią Gudzowaty zapisujący piórem na kartkach kolejne dyspozycje. Coraz bardziej drżącą od choroby reumatycznej ręką. Nie był łatwym i przewidywalnym szefem. Podwładni, którzy przychodzili do niego, byli spięci. Wiedzieli, że zaraz mogą zostać poczęstowani ciętą ripostą. Kilka lat temu przy okazji wywiadu wywiązała się z Gudzowatym dyskusja o jednym z jego najważniejszych menedżerów. Dla żartu wspomniałem, że ów menedżer grywa z parku Skaryszewskim w tenisa z atrakcyjną Rosjanką. Gudzowaty podniósł słuchawkę i zatelefonował do owego pracownika, włączając wcześniej tryb głośnomówiący. Menedżer karnie się tłumaczył, a Gudzowaty rzucił mu rozbawiony: „Muszę wam wszystkim kupić wideotelefony. Nie mogę rozmawiać z ludźmi, gdy nie widzę ich spojrzenia. Wtedy nie wiem, czy mówią prawdę!”.

Język Gudzowaty miał cięty, co dla ogółu stało się jasne, gdy w 2007 r. na światło dzienne wyszło nagranie jego rozmowy z Józefem Oleksym. Gudzowaty: – Wy jesteście wszyscy rycerze parteru. Oleksy: – Rycerze czego? G: – Parteru. O: – Barteru? G: – Parteru, zero kondygnacja. O: – Dobre określenie. Będę używał. (…) G: – ...nakupowali wam smokingów. Wyglądaliście jak pingwiny,k..., w czasie Bożego Narodzenia. Makabra, no. O: – Ja mam swój prywatny smoking. (…) O: – ...odwrócili ode mnie, ale że ty również? G: – Ja się nie odwróciłem i ty dobrze o tym wiesz. Nie kokietuj jak stara pierdoła. Idź się odlej, to sobie przypomnisz, że jesteś chłop!

Mekka jest tam!

Miał złe zdanie o politykach, ale ciągle łączyły go z nimi więzi. W 1995 r. finansował kampanię prezydencką Lecha Wałęsy, zatrudniał u siebie synową Leszka Millera, byłego ministra skarbu Wiesława Kaczmarka i innych byłych polityków. Kłopoty w biznesie, wreszcie choroba pchały Gudzowatego coraz mocniej w stronę życia osobistego. Energię, jak sam mówił, czerpał z piramidy, którą kazał pobudować na terenie rezydencji. Z przekonaniem objaśniał, że jeśli położy się jabłko w odpowiednim miejscu wewnątrz budowli, to owoc nigdy nie zgnije. Przyjeżdżającym do Mariewa wręczał herbatniki. Sam robił za kierowcę meleksa. Sadzał gości z tyłu i prosił, żeby z ręki karmić daniele, które swobodnie przechadzały się po rezydencji. Uciekał coraz mocniej w życie duchowe. Pobudował w Jerozolimie, kosztem 1,5 mln dolarów, pomnik tolerancji. W rezydencji stanęła świątynia, w której znajdowały się miejsca refleksji m.in. dla wyznawców buddyzmu, katolicyzmu, judaizmu, islamu. Ale duch zawadiaki nie wyparował z niego do końca. Kiedyś, oprowadzając po wspomnianej świątyni, zauważył, że dywanik do muzułmańskiej modlitwy leży w nieodpowiednim miejscu. Wściekł się: – Kto przesunął ten dywanik, k…, przecież Mekka jest w tamtą stronę!

Okładka tygodnika WPROST: 8/2013
Więcej możesz przeczytać w 8/2013 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0