Jacek Dehnel: Nieczytanie jako choroba społeczna

Jacek Dehnel: Nieczytanie jako choroba społeczna

Piotr Kofta: Czy internet jest dla rynku książki i dla kultury czytania czymś w rodzaju egipskiej plagi?

Jacek Dehnel: Powiedziałbym, że wręcz przeciwnie. Internet jako medium tekstowe uratował czytanie jako umiejętność powszechną i ratuje nas przed wtórnym analfabetyzmem. A ponadto jest być może najdoskonalszym obecnie medium do wymiany opinii o książkach, a poświęcone literaturze portale i blogi cieszą się ogromnym zainteresowaniem czytelników. To nie w internecie leży problem.

Gdzie w takim razie?

W przyzwoleniu na brak czytania. Nieczytanie jest chorobą społeczną, sprawia, że słabniemy: stajemy się mniej kompetentni, mniej myślący, mniej dojrzali. Nie czyta cała klasa profesjonalistów, ludzi z wyższym wykształceniem. Chciałby pan się leczyć u lekarza, który w ciągu roku nie przeczytał żadnego artykułu naukowego ze swojej dziedziny? A są tacy lekarze. Nieczytanie to nie tylko stosunek do literatury pięknej, ale do wiedzy w ogóle.

W 2010 r. 56 proc. Polaków nie miało w rękach ani jednej książki. Dla porównania, w Czechach w tym samym roku żadnej książki nie przeczytało ledwie 20 proc. badanych.

To wypadkowa historycznych zaległości i świeżych zaniedbań. Przede wszystkim tradycja: kultury chłopskie i katolickie czytają mniej niż protestanckie i mieszczańskie.Korona i Litwa były wiejskie: czytała i pisała garstka mieszczan oraz rozsypana po majątkach szlachta. Po okresie eksplozji intelektualnej w XVI w., związanej w dużej mierze z reformacją, przyszło lenistwo, które, zwalczane nieco za oświecenia, wprowadziło nas w wiek XX. Czesi są potomkami społeczeństwa w dużej części mieszczańskiego, w dodatku wywodzącego się z tradycji protestanckiej, która kładła nacisk na to, żeby wierny sam czytał przełożone na język narodowy Pismo Święte. Katolicyzm wzbraniał czytania w języku narodowym, a interpretacja Pisma miała być brana na wiarę od powołanych do tego fachowców, czyli duchownych. Na to nakłada się jeszcze zespół zaniedbań po 1989 r.: po pierwsze, znaczne ograniczenie liczby książek czytanych w procesie edukacji od szkoły podstawowej do końca studiów magisterskich. Po drugie, wieloletnie traktowanie per noga lokalnych bibliotek – przez wiele lat niszczono łączność między żywym rynkiem czytelniczym a czytelnikami korzystającymi z bibliotek: nie było książek, o których głośno w radiu, w telewizji, w czasopismach, w prasie codziennej. Dopiero w ostatnich latach zaczęto odczarowywać biblioteki i przekształcać je wzorem państw zachodnich w szerokie lokalne centra kultury i życia społecznego. Nadzieja właśnie w tym i w programach promocji czytelnictwa, na przykład w ogromnym przedsięwzięciu, jakim są Dyskusyjne Kluby Książki.

Czy nie jest już za późno na takie działania, skoro zmiana społeczna, a przy okazji też pokoleniowa, już nastąpiła?

Zmiany pokoleniowe i społeczne następują nieustannie, ale akurat spadek czytelnictwa to nie jest proces nieodwracalny. Jeśli w Stanach udało się ów wskaźnik podwyższyć do poziomu z lat 90., ba, jeśli wśród grupy ludzi młodych (18-24 lata) jego wartość wzrosła o 21 proc., to widać, że problem leży nie w tym, że „młodzi ludzie nie czytają”, bo należą do nowego pokolenia, które nie będzie się zajmowało takimi starociami, jak książki, tylko w tym, że trzeba prowadzić odpowiednią politykę edukacyjną. To niesie z sobą koszty. Tyle że w przeciwieństwie do wielu wydatków państwowych każda złotówka zainwestowana w kulturę wraca do budżetu ze sporym naddatkiem.

Czy nie ma pan wrażenia, że spora część kwestii, o których tu mówimy, wiąże się po prostu z prowincjonalizacją polszczyzny jako języka kultury?

Czy czeski, język kraju, w którym czyta się wielokrotnie więcej, wydaje się panu mniej prowincjonalny niż polski? A języki skandynawskie? Przecież tam czyta się na potęgę. Polszczyzna radzi sobie znakomicie, a to, że tłumaczymy dużo, nie tylko zresztą z angielskiego, ale z wielu języków,świadczy o nas jak najlepiej i tylko polszczyznę wzbogaca. Nie czytamy, bośmy skarleli, schamieli. A nie dlatego, że angielszczyzna, że internet czy coś jeszcze innego.

Nie jest pan optymistą?

Umiarkowanym. Po prostu widzę inne zagrożenia niż te podnoszone powszechnie. Internet nie zagraża czytelnictwu – natomiast, na przykład, może spłycać lekturę; badania wskazują, że w internecie czytamy inaczej, ba, że w ogóle z komputera czytamy w sposób pobieżny: wyszukując dane, a nie idąc z rytmem tekstu. Zagrożeniem jest także skracanie dystansu między twórcą a czytelnikiem: to, że każdy może publikować. Z jednej strony, teoretycznie pomaga to w odnalezieniu arcydzieł, które nie ukazałyby się bez sieci, choć prawdę mówiąc, jeszcze o takim przypadku nie słyszałem. Z drugiej – może doprowadzić do powolnego upadku wydawnictw i wyparcia ich przez fuszerancki nurt publikowania online. A dobry wydawca to przede wszystkim firma, która dba o jakość. Świat bez wydawnictw z prawdziwego zdarzenia to świat bez dobrej korekty, z fatalnym poziomem edytorskim, sztampowymi okładkami.

A może to, co postrzegamy jako kryzys, jest w istocie głęboką przemianą myślenia o książce, literaturze, kulturze w ogóle?

Kultura ma naturę płynną, więc zmiana myślenia o niej nie powinna nas sama w sobie dziwić, martwić ani zaskakiwać. Chodzi o to, żeby te zmiany szły w kierunku wyrabiania w obywatelach nawyku korzystania z kultury, a nie wycinania kontaktu z nią. Władze mogą się tym przejąć lub nie. Tymczasem to, czy jako społeczeństwo się ukulturalnimy, czy nie, to kwestia naszego być albo nie być: czy pójdziemy w kierunku siły roboczej dla bardziej zaawansowanych krajów, z wąską elitą, która będzie stąd wiała i wsiąkała w Zachód, czy w kierunku organizmu obywatelskiego, zdolnego do krytycznego myślenia i prowadzenia sporów w cywilizowany sposób.

Zaryzykowałby pan jakąś prognozę dotyczącą tego, jak będzie wyglądał rynek książki za, powiedzmy, dekadę?

Trudno cokolwiek powiedzieć, skoro nie mamy pojęcia, jak będzie w tej dekadzie wyglądała polityka kulturalna w Polsce czy system edukacji. W ostatnich latach dzięki Instytutowi Książki, Bibliotece Narodowej, programowi Dyskusyjnych Klubów Książki, Obywatelom Kultury, dzięki pieniądzom z UE i z fundacji Billa Gatesa pewne rzeczy zmieniły się na lepsze w finansowaniu kultury i w myśleniu o czytelnictwie, ale czy to się utrzyma, czy pójdziemy raczej w kierunku państw skandynawskich, czy Trzeciego Świata – tego nie da się przewidzieć.

Okładka tygodnika WPROST: 8/2013
Więcej możesz przeczytać w 8/2013 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 1
  • Stanisław   IP
    Warto rozróżnić dwie rzeczy: techniczną umiejętność czytania i kulturę słowa. Korzystanie z Internetu nie jest jeszcze znamieniem ogłady literackiej. Po książkę sięgają ci, którzy nie tylko potrafią czytać i pisać, ale też dysponują pewnym smakiem, estetycznymi kwalifikacjami. Wątpię, by Internet mógł zastąpić dobrą literaturę, nie wątpię natomiast, że sprzyja popularyzacji słowa jako takiego i daje szansę, by każdy mógł pisać, co ślina na język przyniesie.