Fabrykantki aniołków

Fabrykantki aniołków

Na początku lat 30. XX w. we Lwowie gruchnęła wieść, że na jednym z targów rzeźniczy kupiec sprzedaje rączkę zamordowanego niemowlęcia. Wezwany naprędce lekarz potwierdził ten fakt. Czy w obliczu takich sensacji sprawa Madzi z Sosnowca zainteresowałaby przedwojenną publiczność?

       Historia „rączki niemowlęcia” i znalezionych niedługo potem na podwórku kamienicy „zmasakrowanych zwłok noworodka” miała we Lwowie krótki żywot. Zakład medycyny sądowej, do którego niezwłocznie przekazano szczątki, nie potwierdził sensacyjnych ustaleń doktora. Doświadczeni medycy sądowi orzekli stanowczo, że domniemana rączka jest... pępowiną bydlęcą, a ciało – trzustką wołową.

Ekspertyza ta nie znaczy wcale, że tego typu makabra była jedynie wymysłem żądnego sensacji tłumu. Przeciwnie, w międzywojennej Polsce przypadki porzucania i okrutnego zabijania dzieci wpisywały się w codzienne doświadczenie Polaków, a pierwszą kobietą skazaną prawomocnym wyrokiem na karę śmierci była dzieciobójczyni spod Krakowa, która swoje półroczne nieślubne dziecko utopiła w studni.

Na porzucone przez matki żywe niemowlęta mieszkańcy Wilna, Poznania, Krakowa czy Warszawy natykali się w międzywojniu w miejskich krzakach, w pociągach, bramach kamienic czy na klatkach schodowych. Tak właśnie 1 marca 1926 r. w sieni domu przy ulicy Targowej w Warszawie dozorczyni Julia Długosz znalazła pięciotygodniowego chłopczyka. Zimą 1934 r. czterotygodniowego chłopca przechodnie znaleźli w kontenerze na śmieci przy ul. Nowolipki 53. Dziecko było nagie, leżało w kartonie i gazetach. Owinięte w szmatki podrzutki bardzo często znajdowano też w okolicach szpitali i przytułków. Czasami dzieci te miały przyczepione do rąk karteczki z imieniem lub wyjaśnieniem matki.

Martwe niemowlęta, kilkaset rocznie – uduszone, utopione, zasztyletowane albo po prostu porzucone na pewną śmierć – odnajdywano w paczkach płynących rzeką, w kanałach, studniach, w wiejskich gnojowiskach, stawach, w publicznych ubikacjach czy na miejskich nekropoliach. W 1934 r. na cmentarzu św. Wincentego na warszawskim Bródnie w kwaterze 80 odkryto ciało kilkudniowej dziewczynki owinięte w papier. W latach 30. prawdziwy horror przeżyli też mieszkańcy Moszczewa pod Poznaniem, gdzie któregoś dnia psy wywlokły z ziemi „noworodka w stanie rozkładu”. Tego samego roku mieszkańcy Radziejowa Kujawskiego w pierwszych dniach marca ujrzeli pod mostem powieszone za szyję zwłoki kilkudniowego chłopczyka, syna dziewczyny z sąsiedztwa.

Grono aniołków

Mimo iż dzieciobójstwo było w międzywojniu problemem wstydliwym, spychanym z publicznej debaty na łamy specjalistycznych pism prawniczych, obywatele II Rzeczypospolitej mieli na jego temat wcale dużą wiedzę. W latach 20. wciąż jeszcze żywa była pamięć dwóch wielkich dziecięcych skandali z końca XIX w., które wstrząsnęły stolicą. W 1880 r. podczas procesu akuszerki Wiktorii Szyfersowej wyszły na jaw przerażające fakty o masowej „produkcji” niemowląt, potrzebnych zawodowym mamkom, by mogły utrzymać pokarm. Ich dzieci zaraz po urodzeniu Szyfersowa oddawała do przytułków albo „na wychowanie” wspólniczce, która morzyła je głodem. 10 lat później przypadkowy pożar ujawnił działalność innej warszawskiej fabrykantki aniołków Marianny Skublińskiej, która, jak podawał akt oskarżenia, też zagłodziła kilkadziesiąt niemowląt oddanych jej na wychowanie.

Procesy obu pań ujawniły z całą wyrazistością nędzę kobiet: służących, robotnic, wiejskich dziewczyn. Pozbawione jakiegokolwiek wsparcia i opieki państwa nie mogły udźwignąć finansowo i obyczajowo wychowania nieślubnego dziecka, a nie mając pieniędzy na nielegalną aborcję, decydowały się na usługi fabrykantek aniołków. Liczby, którymi podczas posiedzeń sądu szafowano, pokazały ogrom zjawiska: jedna Szyfersowa oddała do przytułku ponad tysiąc dzieci.

Dla XIX-wiecznej opinii publicznej wiedza o dzieciobójstwach była nowością. W międzywojennej Polsce już nawet przeciętnie zainteresowani światem obywatele znacznie lepiej orientowali się zarówno w skali zjawiska, jak i jego przyczynach. W międzywojniu nikt nie miał złudzeń co do natury świata, jeśli więc nowo narodzone dziecko znikało, pierwszym podejrzeniem sąsiadów było... morderstwo, a kolejnym krokiem – donos na policję. Choć dzisiaj brzmi to przerażająco, przyznać trzeba, że ta wzmożona obywatelska czujność przekładała się wprost na policyjne statystyki, zwłaszcza że dzieci niechciane rodziły się poza systemem, nierejestrowane przez nikogo, w prywatnych domach, często nawet bez pomocy akuszerki. W taki właśnie sposób na początku lat 30. przyszedł na świat potomek Anny H., 22-letniej służącej ze Stryja. Noworodek, owoc romansu z robotnikiem, został natychmiast uduszony paskiem, schowany w garnku i ukryty w piwnicy. Na trop tej zbrodni niedługo później wpadła sąsiadka służącej i to ona powiadomiła o wszystkim wywiadowcę wydziału śledczego, pana Łajbę.

Podrzutki do obozów

Sąsiedzka podejrzliwość i czujność szczególnie mocno ujawniały się na przedwojennej wsi, gdzie zwłaszcza samotne kobiety były pod stałą obserwacją plotkarek. Niekiedy jednak i ona zawodziła. Julia Rejnfeld, mieszkanka osady pod Poznaniem, aż przez pięć lat zwodziła sąsiadów. Kobieta urodziła, zabiła i ukryła pięcioro dzieci, zanim w 1933 r. przypadek nie ujawnił tej tragedii. Na pytanie, jak zaradzić dzieciobójstwu i pladze podrzutków, przedwojenna ulica i czujne sąsiadki nie umiały jednak odpowiedzieć. W latach 30. dominowała opinia, że matki dopuszczające się zbrodni są wyrodne, a ich czyny wynikają z ich wewnętrznego zła. Także prasa chętnie przyjmowała ten argument.

Kiedy jednak w 1934 r. komisaryczny prezydent Warszawy Stefan Starzyński oświadczył, że przytułki dla podrzutków są zbyt dobrze urządzone i „wywołują zwiększenie się wypadków podrzucania” oraz zasugerował, żeby albo je zamknąć, albo urządzić dzieciom „Berezę Kartuską, gdzieby niemowlęta znajdowały się w warunkach bynajmniej nie luksusowych”, w stołecznych dziennikach podniosły się głosy oburzenia. „Nowiny Codzienne” przypomniały prezydentowi, że na zwiększoną „podaż” podrzutków wpływa po prostu kryzys i bezmyślne burzenie ruder biedoty. Dziennik wytknął też prezydentowi, że podczas gdy 400 rodzin nie ma dachu nad głową, on zapowiada wykończenie gmachu administracyjnego dla Szpitala Przemienienia Pańskiego na Pradze i wybrukowanie 30 ulic na przedmieściach.

Pierwsze strony gazet

Dziś, gdy sprawa Madzi z Sosnowca wzbudza tak duże zainteresowanie, za oczywiste można przyjąć, że także przed wojną historie dzieciobójczyń takich jak nędzarka Jadwiga Kahlertowa z Poznania, która w 1935 r. swemu nowo narodzonemu dziecku (piątemu) w butelce na mleko podała truciznę, musiały stanowić pożywkę dla plotkarskiej prasy i okupować pierwsze strony popołudniówek. Nic podobnego. Dla przedwojennych gazet wiadomości o kolejnych niemowlętach w szalecie, wyrodnych matkach i przepełnionych przytułkach nie miały większej wartości: podawano je najmniejszą czcionką, na odległej stronie i rzadko dopowiadano ciąg dalszy. Ani przejmująca bieda oskarżonej, ani okrucieństwo czynu nie skłaniały też redakcji, by wysłać w teren reportera.

Prawdopodobnie była to sensowna strategia, a fakty mówiły same za siebie: podczas procesu słynnej Rity Gorgonowej, skazanej wiosną 1933 r. na osiem lat więzienia za zabójstwo 16-letniej pasierbicy Elżbiety Zarembianki, zainteresowanie publiki skupiało się nie na istocie sprawy, ale na... życiu erotycznym oskarżonej. Czy bezwzględnie uwiodła inżyniera Zarembę, ojca Lusi, czy miała romans z kolegą z pracy, czy miała inne romanse, naprawdę ładne nogi? – takie kwestie interesowały widzów i czytelników. Dla niewykształconej publiki demonizowana przez prasę cudzoziemka Gorgonowa stała się w końcu diabłem wcielonym, moralnie gotowym do popełniania każdej zbrodni.

Także w przypadku drugiego sławnego podsądnego, 43-letniego inżyniera Pawła Grzeszolskiego z Sosnowca, oskarżonego o otrucie talem dwojga swoich dzieci, 16-letnich bliźniaków, kwestie obyczajowo-erotyczne interesowały widzów czekających na „wyrodnego ojca” przed budynkiem sądu. Według aktu oskarżenia Grzeszolski po śmierci swojej żony miał otruć dzieci, by bez przeszkód związać się z panną Stawicińską. Nienawiść, jaka od pierwszych dni procesu otaczała inżyniera i jego nową żonę, doprowadziła w końcu do tragedii: mimo iż sąd apelacyjny zmienił niekorzystny wyrok pierwszej instancji i uniewinnił Grzeszolskiego z zarzutów, ten chodził na spacery tylko nocą. Bał się tłumów, które wciąż chciały go zlinczować. W 1937 r., gdy okazało się, że Sąd Najwyższy nakazuje wznowić proces i aresztować inżyniera, on i jego druga żona z rozpaczy targnęli się na życie. Grzeszolski, przedawkowawszy leki, zmarł.

Ostatnia głośna sprawa – Marii Zajdel, 30-letniej łódzkiej wdowy, która udusiła i wrzuciła do kloaki swoją 12-letnią córkę Zofię – zagościła na łamach ogólnopolskich gazet równo rok później. W porównaniu z teatralną historią Rity Gorgonowej i zagmatwanym przypadkiem inżyniera Grzeszolskiegocasus Marii Zajdel wydawał się historią typową i niezasługującą na zainteresowanie tłumu oczekującego pierwszego dnia procesu przed budynkiem sądu. I prawdopodobnie sprawa ta rzeczywiście przemknęłaby przez salę sądową niezauważona, gdyby nie to, że po zabójstwie córki Maria Zajdel spreparowała anonim. W nim tajemniczy prześladowca groził, że porwie Zofię, a nawet ją zabije. Z tym anonimem Zajdel udała się na policję. Początkowo prasa poparła jej wersję i przez krótki czas czytelnicy wierzyli, że 12-letnia Zofia została uprowadzona przez jakichś tajemniczych wrogów rodziny. Policja jednak od początku nie dała się nabrać na wyjaśnienia Marii, aresztowała ją, a gdy ciało dziewczynki zostało odnalezione, matka przyznała się do zbrodni.

Po krótkim procesie sąd skazał Marię Zajdel, „ohydną morderczynię własnej córki”, jak nazwała ją prasa, na dożywocie. Choć wyrok był nieporównywalnie surowszy niż w przypadku Gorgonowej, szybko zapomniano o dzieciobójczyni z Łodzi, a jej nazwisko na dobre zniknęło ze zbiorowej pamięci.     

Okładka tygodnika WPROST: 9/2013
Więcej możesz przeczytać w 9/2013 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0