Ludzki czołg z radomia

Ludzki czołg z radomia

Był zezowaty, więc musiał walczyć o uznanie. I tak walka weszła w krew Łukaszowi Jakóbiakowi, autorowi internetowego programu „20 m 2 Łukasza”.

Piotr Najsztub: Czuje się pan jak internetowy Kolumb, który podbija imperium telewizyjne? Bo być może – jako pierwszy w historii polskich mediów – dostanie pan telewizyjnego Wiktora za program niepokazywany w telewizji.

Łukasz Jakóbiak: Do mnie jeszcze kompletnie to nie dociera. A chciałbym to poczuć.

Co może być dobrego w przepytywaniu gwiazd?

Na pewno ja zyskuję, na tych wywiadach się uczę.

Czego? Jak być gwiazdą?

Nie.

Więc?

Dzisiaj na przykład rozmawiałem z panią Krystyną Koftą i oczywiście mełłem, bo zawsze mielę, temat zdrady.

Dlaczego miele pan zdradę?

Bo wydaje mi się nieodłącznym elementem życia, ciągle słyszę wśród znajomych, że ktoś kogoś zdradził.

Zdradę przeżywają najbardziej ci, którzy mają poczucie własności drugiego człowieka.

Nie wolno jej mieć i ja tego się uczę.

Ale po co pan miele? Żeby być gotowym, kiedy zostanie zdradzony?

Żeby ewentualnie nie cierpieć w przyszłości.

I ta cała kariera jest po to, żeby nie cierpieć w przyszłości?!

Cała moja kariera jest po to, żebym był szczęśliwy, czyli się samorealizował. Przyznam się, że kiedyś, siedząc na gali Wiktorów, myślałem sobie: „Mój Boże, chyba musiałbym stanąć na głowie, żeby tę nagrodę dostać!”.

Ale to jest strasznie nudna impreza!

Może dla pana. Ja zawsze wiedziałem, że chcę robić rzeczy, które będą wzbudzały emocje i nie będą standardowe, bo nie lubię szarego życia. Lubię odwracać sytuację.

Co to znaczy „odwracać sytuację”?

Na przykład trzy lata temu wywiesiłem swoje wielkie CV, szukając pracy, na 18 mkw., na trzech banerach. Chciałem pokazać, że mogę odwrócić sytuację, że to pracodawcy będą dzwonili do mnie i składali mi propozycje. I tak się stało. Podobnie jest z „20m 2 ”. Chciałem pracować w telewizjach, naprawdę rozmawiałem z czołowymi dyrektorami programowymi i nic.

I wtedy zraził się pan do tego świata telewizyjnego?

Nie, tylko go lepiej poznałem. Więc sam zrobiłem sobie program, odwróciłem sytuację i teraz tylko jedna telewizja nie złożyła mi propozycji współpracy, jeden kanał telewizji publiczej.

I zdecyduje się pan na przejście z internetu do telewizji?

Na pewno nie przeniosę programu.

Bo?

Bo to już nie byłoby sexy. Ludziom podoba się, że udaje mi się namówić gwiazdy, by przyszły do mojego mieszkania, do osoby, która nie jest znanym dziennikarzem. To jest taka magia, bo wydaje się, że gwiazdy są nieosiągalne.

Pan wynajmuje to mieszkanie i w nim mieszka?

Tak.

Jaki jest czynsz?

Około tysiąca złotych.

A skąd się pan w ogóle wziął?

Z Radomia.

O, ze słynnego Radomia! „Chytra baba z Radomia”, „Radom to nie miasto, to stan umysłu”, a i Marek Raczkowski rozsławił was rysunkiem konferencji pasowej o nowych rozbiorach Polski, na której przedstawiciele zaborców informują, że podzielili się naszymi terytoriami i „tylko Radomia nikt nie chciał” I dlaczego pan wyfrunął z tego Radomia?

Miałem kilkanaście lat, a mama mnie puszczała do Warszawy, gdyż tu się mieściły wszystkie instytucje, które mnie interesują, np. telewizje...

Był pan takim dzieckiem, które marzy o karierze telewizyjnej?

Byłem dzieckiem, które chciało zaskakiwać. A skąd to się brało? Jestem po czterech operacjach oczu, bo jak byłem małym dzieckiem...

A, to dlatego ma pan takie dziwne oczy.

Co w nich jest dziwnego?

Są nieco zwierzęce.

Możliwe. Miałem cztery operacje, bo nie mam obuocznego widzenia. A w dzieciństwie miałem jeszcze zeza i rówieśnicy strasznie mnie wytykali palami. Ten okres mnie mocno ukształtował, bo zacząłem gorączkowo szukać sposobu na to, żeby zostać zaakceptowany. Postanowiłem zaskakiwać. Dlatego poszedłem na kurs szybkiego czytania, ale nie mogłem go ukończyć ze względu na wadę wzroku, bo nie jestem w stanie spojrzeć jednym i drugim okiem w jeden punkt. Potem zainteresował mnie David Copperfield. Uwielbiałem rozszyfrowywać jego sztuczki. Oglądałem każde przedstawienie w zwolnionym tempie i wtedy wszystkie triki wychodziły na jaw. Oglądałem kilkadziesiąt razy, do skutku. I potem pokazywałem te triki rówieśnikom. To robiło na nich wrażenie. Teraz prowadzę często wykłady i zaczynam zazwyczaj...

Od czego?

To są takie wykłady motywujące. Zaczęło zupełnie przypadkowo. Zostałem zaproszony na Uniwersytet Jagielloński, żeby powiedzieć coś o „20m 2 ”. Rozgadałem się i przeszedłem w taką chęć dania impulsów słuchającym mnie ludziom. Tłmaczyłem im, żeby zaczęli sami działać, że tak naprawdę kolejny dzień zależy tylko i wyłącznie od nas, to my jesteśmy reżyserami naszego życia i malarzami.

Gładka gadka: reżyserami, malarzami życia...

Przeczytałem to kiedyś.

Napisze pan książkę „Jak zostać self-made manem”?

Nie. Ja pokazuję tylko i wyłącznie swoje projekty różnego rodzaju rzeczy, które robiłem w swoim życiu, udowadniając, że jeżeli się chce, to można.

A gdyby się „20m2” nie udało, gwiazdy by nie przychodziły, to co wtedy?

Gwarantuję panu, że wymyśliłbym kolejny projekt. Muszę sam kierować swoim życiem, a nie, że ono sobie tak płynie.

Dlaczego z nim nie płynąć?

Ja całe swoje życie mam w tabeli Excela, jestem bardzo poukładany. Muszę nim kierować, po to żeby się przenieść z miejsca A do miejsca B i dalej.

Co jest na końcu tabeli Excela?

Ona ma doprowadzić do tego, żebym miał pełną świadomość tego, co robię i gdzie jestem...

Brzmi jakoś upiornie.

Mam świadomość tego, że ze swoim podejściem do życia nie będę miał łatwo, bo lubię mieć wszystko poukładane. Ostatnio profesor Senyszyn powiedziała, że geniusz panuje nad chaosem.

Banialuk. Gdzie tabelka ma pana zaprowadzić?

Do lepszego jutra.

Lepsze jutro jest kiedy? Więcej pieniędzy?

To mają być kolejne większe projekty, chcę móc je robić i móc je wybierać. Ma mnie być stać na ich realizowanie i jednocześnie mam się z nich utrzymać. Żebym mógł np. powiedzieć: „Chcę wziąć swoich rodziców na wakacje”. Wziąłem ostatnio swoją mamę na wakacje i byłem najszczęśliwszy na świecie.

Dokąd?

Do Nowego Jorku. Mama nigdy nie była w Stanach. Bardzo chciałem jej pokazać Nowy Jork, bo uwielbiam wysokie budynki, jestem ich maniakiem! I jeszcze jak widzę basen i wokół wysokie budynki, to jestem najszczęśliwszy! Nie potrzebuję dużo tak naprawdę. Chciałbym mieć tylko własne mieszkanie, chciałbym się spełniać zawodowo, aktualnie się spełniam.

W jakim zawodzie?

No… jestem dziennikarzem, ukończyłem studia dziennikarskie, przeprowadzam wywiady. Dla mnie życie jest cholernie proste, jak mnie coś boli, to o tym mówię, jak coś chcę, to komunikuję to bardzo jasno. Jeżeli kogoś nie chcę koło siebie, to też staram się to powiedzieć, nie doprowadzam do sytuacji potem niezręcznych. Im wyżej będzie się pan piął, tym więcej kompromisów będzie pan musiał zawierać. I będzie pan musiał rozmawiać z ludźmi, których niekoniecznie pan chciałby widzieć koło siebie, ale to oni będą decydowali. Dziś jestem niezależny, sam decyduję o tym, kogo zapraszam do programu. I mam długą listę tych, którzy bardzo chcieliby do mnie przyjść, co jest bardzo miłe, bo to mi ułatwia pracę.

Dlaczego chcą?

Trzeba by ich zapytać, ale opinia jest taka, że ten program pokazuje znanych ludzi trochę z innej, naturalniejszej strony. W normalnych, telewizyjnych programach jest masa kamer, świateł i ludzi i te osoby nie są w nich naturalne. A u mnie jest tylko jedna osoba na planie oprócz mnie i gościa. Są trzy malutkie telefony, których praktycznie nie widać, nie ma światła, nie ma make-upu i goście się otwierają, są naturalni.

Widziałem, Doda się rozebrała i weszła do wanny. Czysta była? Bo kawalerskie życie w kawalerce jest burzliwe…

Czysta. Byłem przygotowany, był szampan i truskawki, wiedziałem, że jej złożę tę propozycję, tylko nie sądziłem, że się rozbierze przede mną.

Piękna kobieta?

Tak. I świadoma swojej kariery, zalet i wad.

Przepytał pan czterdzieści kilka gwiazd. Jest takie powiedzenie, że „w wielkim świecie są mali ludzie”. A jakie jest pana wrażenie?

Oczywiście są też mali ludzie. Czasami jestem przerażony niektórymi rzeczami, które się dzieją z ich udziałem.

I aspiruje pan do tego świata, chce do niego wejść?

Nie, to jest bardzo proste. Ja chcę wykorzystać tę obecność do realizowania swoich kolejnych projektów, do głoszenia swojej koncepcji, że nie ma rzeczy niemożliwych. Drogi panie, właśnie teraz, kilometr stąd, inny wielbiciel tej koncepcji, prof. Gliński – premier techniczny – przekonuje się, że jednak są, a człowiek może się ośmieszyć. Ja dodatkowo staram się stąpać po ziemi.

Był pan typem maminsynka?

Może trochę tak.

Od kiedy pan stał się sławny…

Przepraszam, „sławny”, nie mogę...

Spokojnie, to nie choroba. Od kiedy stał się pan sławny, to… przestał się pan publicznie upijać?

Prawie nie piję alkoholu i nigdy się nie upijałem. Ale nie chciałbym – z powodu rozpoznawalności – zamknąć się w klatce i czuć się niewolnikiem.

Obserwuje pan internetowe życie Szymona Majewskiego?

On chyba chwilowo nie miał innej możliwości. Chciałbym go zaprosić do siebie i o tym porozmawiać. Zresztą jego stać na to, żeby być w internecie. Tam się zarabia dużo mniejsze pieniądze, ale ma się wolność. A on ma dochody z reklamy, w związku z tym może sobie na to pozwolić.

Chciałby pan pójść w ślady Majewskiego i wystąpić w reklamie?

Nie będę miał z tym żadnego problemu, oczywiście, że tak! Tak jak chcę pracować w telewizji!

A może pan w ogóle nie powinien przychodzić do telewizji, tylko rozwijać się w internecie? Telewizja podobno jest na „schodzącej”, a internet na „wchodzącej” krzywej...

Ale nadal jest wyżej niż internet. I ma pieniądze na duże projekty, a takie wymyślam.

Pan zarabia w ten sposób, że program jest obudowany reklamami?

Nie.

A jak?

Są reklamy z YouTube, regularne, na których trochę zarabiam. Ale można je wyłączyć. Zarabiam przede wszystkim na wykładach i na różnego rodzaju kampaniach, w których biorę udział. Na razie małych, internetowych.

Bierze pan udział w jakim charakterze?

Na przykład współpracowałem z Bankiem Millennium i byłem jurorem w konkursie „Trzy kroki do celu”. Współpracowałem i współpracuję z Sony w taki sposób, że używam ich urządzeń.

Czyli jest pan stojakiem reklamowym?

Jestem może stojakiem, ale to są rzeczy, których używam na co dzień.

Pysznie. A co w takim razie z takim wizerunkiem niezależności w internecie? Czy czasem internauci nie są kimś takim, kto dużo szybciej i boleśniej schlasta kogoś, kto się po prostu sprzedaje?

Może tak, ale ja się tym nie przejmuję. Czytam komentarze pod swoimi filmami.

Już był pan Żydem?

Byłem, oczywiście.

„Pedaluchem”?

Oczywiście.

Ma pan jakichś idoli w świecie show-biznesu i czy jest nim Kuba Wojewódzki?

Nie wzoruję się na żadnych osobach.

Była taka opinia, że jest pan internetowym następcą Kuby.

Może dlatego że jestem facetem i prowadzę talk-show?

A w „Tańcu z gwiazdami” by pan zatańczył?

Zależy, na którym etapie kariery.

Teraz?

Już chyba nie, choć jeszcze dwa miesiące temu pewnie tak. Wie pan dlaczego? Bo wtedy by mi to po prostu pomogło wypromować projekt. Teraz odmawiam, jak mam w jakimś programiku gotować, stepować, to nie dla mnie.

Bo już jest pan dalej?

Tak, naprawdę jestem dalej, ze swoimi planami, wiem, co mam kiedy robić.

Okładka tygodnika WPROST: 11/2013
Więcej możesz przeczytać w 11/2013 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0