Maszyna do nagrywania

Maszyna do nagrywania

Pochodzimy z analogowej epoki. Żeby pojechać w trasę, musimy stworzyć płytę – mówi Andy Fletcher z Depeche Mode przed premierą albumu „Delta Machine”.

Niepozorny z zewnątrz, klasycznie elegancki w środku Hotel de Rome w centrum Berlina, blisko Bramy Brandenburskiej, to ulubione miejsce spotkań muzyków. W tym hotelu Jack White prosił mnie o wysłanie na adres jego Third Man Records do Nashville „some pierogi and kielbasa”. Teraz zespół Depeche Mode chwali się tu najnowszą płytą przed europejskimi dziennikarzami. Album „Delta Machine” non stop gra w poczekalni, gdzie litry kawy, owoce i ciastka mają przygotować na rozmowę, według wielu, z „największym zespołem świata”. Od czasu do czasu któryś z muzyków przemyka korytarzem, przechodząc z sali do sali. Dave Gahan, jak zawsze w asyście ochroniarza i asystentki – w ciemnogranatowym garniturze i białej koszuli. Martin Gore – narzekając, że w jego pokoju wciąż dzwoni telefon. I Andy Fletcher – w ulubionych czarnych lakierkach i eleganckim swetrze. To z nim będę rozmawiać. Czekając na tę rozmowę, słyszę plotkę, że znany z temperamentu Gahan wyrzucił za drzwi dziennikarza, który o umówionej godzinie, nie zważając na to, że Dave jest już gotowy, wyszedł na chwilę zadzwonić. Nowa płyta w tle, powtarzająca się uparcie, stanowi surrealistyczną, choć właściwą ścieżkę dźwiękową tej sceny. Wreszcie siadam naprzeciw Fletchera. „Hello again”, słyszę i przypominam sobie naszą niedawną rozmowę w Paryżu, kiedy Depeche Mode ogłaszali światową trasę koncertową, z występem w Polsce. Ich nowy album nie miał wtedy jeszcze tytułu.

Trudna była praca nad tą płytą?

Zdumiewająco łatwa. Najtrudniejszy zwykle dla nas proces wyboru utworów i zaaranżowania ich do studyjnej rejestracji poszedł szybko jak nigdy. Wciąż jestem tym trochę zdziwiony. Już się tak bardzo i często nie kłócimy jak kiedyś – ani o generalną koncepcję, ani o drobiazgi. Zestarzeliśmy się (śmiech).

„Delta Machine” to w pewnym sensie podsumowanie waszej kariery. Płyta nawiązuje stylistycznie do poprzednich. Taki był plan?

Nie, nigdy nie mamy na początku sprecyzowanego planu. Martin i Dave chcieli osiągnąć korzenne, bluesowe brzmienie, ale tak naprawdę wszystko rodziło się w studiu, w czasie nagrań. Niektóre utwory kompletnie się zmieniły w stosunku do pierwszych nagrań.

Czy to, że Dave Gahan zaczął pisać piosenki na płyty zespołu, było ważnym elementem, scalającym was, zapobiegającym rozpadowi grupy?

Na pewno pomogło to Dave’owi uzyskać większą pewność siebie, także na scenie. Wcześniej śpiewał cudze teksty, interpretacja swoich to kompletnie nowa sytuacja. Teraz wydaje nam się to normalne, aż dziwne, że kiedyś tak nie było.

Czujecie, że dziś w kontakcie z publicznością ważniejsze od nagrywania stają się koncerty? Płyty nie sprzedają się przecież dobrze, za to koncerty znakomicie – wasz lipcowy w Warszawie jest już wyprzedany.

My jednak pochodzimy z innej, analogowej epoki. Żeby pojechać w trasę, musimy nagrać płytę – to dla nas oczywiste. Choć nagrywanie albumu może dziś oznaczać różne formaty – bonusy, cyfrowe wersje. Nie zawsze to w pełni ogarniamy. Tak naprawdę wciąż podświadomie myślimy w kategoriach winylowych: pierwsza strona płyty, jej początek, koniec, strona druga. Nie odpuszczamy takiego sposobu myślenia. Wersje winylowe wydajemy obowiązkowo.

Dla fanów ulubiony zespół działa i pracuje 24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. Dla was to też praca na pełny etat?

Kiedyś tak było, teraz – zdecydowanie nie. Mamy rodziny, zainteresowania, projekty poza zespołem, także muzyczne. Po tylu latach sposobem na utrzymanie grupy razem jest właśnie odpoczywanie od siebie. I tak podczas trasy przyjdzie taki moment, że nie będziemy mogli na siebie patrzeć. Jednak w studiu pracuje nam się razem świetnie.

Od samego początku wasze grono fanów, także w Polsce, stanowi dość niezwykłą społeczność o określonych kodach zachowania. Dbacie o nich jak mało który zespół, ale czy kiedykolwiek zastanawialiście się, skąd się wzięli „depesze”?

Nie mamy pojęcia. Wciąż nas zupełnie serio zadziwia to, co się stało. Nie było nigdy żadnego wielkiego planu. Przede wszystkim gra się dla frajdy, tak zaczynaliśmy. I dalej działamy na tej zasadzie. Oczywiście doceniamy to niezwykłe zjawisko oddanej grupy fanów i przygotowujemy dla nich specjalne wydarzenia. Ostatnio w Paryżu na konferencji prasowej mogli przepytywać nas na równi z dziennikarzami. W niedzielę gramy koncert w Wiedniu dla najwierniejszych fanów – będzie to 45 minut mieszanki nowego materiału i naszej klasyki. Wystąpimy w klubie, to świetna rozgrzewka po dłuższej przerwie w graniu. Takie prawdziwe koncertowanie, bez żadnych efektów, scenografii i świateł. Podobnie zaczynaliśmy – z tą różnicą, że scenografię mieliśmy od początku. Będziemy zresztą próbowali wykreować atmosferę klubu na stadionie. Szalenie trudna sprawa.

Do inspiracji waszą muzyką przyznają się artyści tak różni, jak: Shakira, Arcade Fire, Rammstein, Coldplay. Czy po 30 latach grania was też coś jeszcze inspiruje?

Martin i Dave pracując nad każdą płytą, słuchają nowej muzyki. Ja śledzę tylko zespoły, które stały się moimi ulubionymi już dawno temu.

A dlaczego Wielka Brytania nigdy nie pokochała was tak bardzo jak świat?

Nie wiem i w sumie nawet nie chcę wiedzieć. Choć w ostatnich latach mocno się to zmieniło. Prawdopodobnie nasza prasa muzyczna zawsze szuka przede wszystkim sensacji sezonu, nie lubi nowych rzeczy, jeśli w prosty sposób nie da się ich zaszufladkować.

W Polsce macie tylu fanów, że właśnie – długo przed waszym lipcowym koncertem – ogłoszono następny, na początku przyszłego roku.

Tak? Nie wiedziałem. Wciąż jednak sporo gramy…

W tym momencie asystentka zespołu o bardzo orientalnej urodzie daje znak, że mój czas minął. A jednocześnie, że zespół czeka lunch. Fletcher uśmiecha się na myśl o jedzeniu, ściska rękę na pożegnanie i wybiega. Dave’a Gahana spotkam jeszcze raz, z nieodłączną asystą, w hotelowym korytarzu, gdzie zatrzymuje się, żeby podziwiać znakomite fotografie Marilyn Monroe, Dennisa Hoppera, Marlona Brando i Ala Pacino. Spojrzawszy na niewielką tabliczkę z ceną – kilka tysięcy euro – gwiżdże z podziwem. Dziennikarze nie zwracają na te zdjęcia uwagi, bo w tym czasie oglądają przedpremierowy egzemplarz albumu „Delta Machine” – bezcenny.

Okładka tygodnika WPROST: 13/2013
Więcej możesz przeczytać w 13/2013 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0