Strzeżcie się profesorów

Strzeżcie się profesorów

Profesor Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza, psycholog seksuolog Lechosław Gapik został właśnie skazany na cztery lata więzienia za molestowanie pacjentek. Profesor PAN udziela wywiadu, w którym daje wyraz swej nienawiści do narodu żydowskiego. Profesor wybrana do Sejmu obrzuca błotem mniejszości seksualne. Polska profesura się kompromituje.

Poseł PO Stefan Niesiołowski jest, jak wiadomo, profesorem entomologiem, czyli specjalistą od owadów. Niedawno jeden z posłów opozycji zaprezentował z trybuny sejmowej złapanego w pociągu owada i nazwał go pluskwą. „To jest karaluch. Ty nieuku, to jest karaluch!” – wyjaśnił poseł Niesiołowski. W tych słowach zademonstrował swoją naukową wiedzę i jednocześnie władzę, która pozwala pomiatać innymi. Jednak poseł prof. Niesiołowski to wręcz wcielenie dobrotliwej łagodności w porównaniu z postaciami zaludniającymi świat polskiej nauki.

Żydożerca

„Żydów zaślepia ich nienawiść i chęć odwetu”, „Szkoda czasu na dialog z Żydami, bo on do niczego nie prowadzi”, „W środowisku żydowskim nabywa się jakiejś specyficznej świadomości grupowej”, „Żydów gubi brak umiaru we wszystkim i przekonanie, że są narodem wybranym” – to nie są cytaty z propagandowej ulotki faszystowskiej z lat 30. ubiegłego wieku, lecz aktualne wypowiedzi prof. Krzysztofa Jasiewicza z Polskiej Akademii Nauk. Prof. Jasiewicz jeszcze kilka lat temu inaczej odczytywał te same źródła historyczne, ale gdy przejrzał na oczy, podzielił się przemyśleniami z czytelnikami „Focus Historia”. Jasiewicz nie jest pierwszym profesorem wygłaszającym tego typu przemyślenia. Robił to wcześniej choćby Ryszard Bender na antenie Radia Maryja, ale autorytet naukowca PAN ośmielił innych, na przykład szefa Młodzieży Wszechpolskiej Roberta Winnickiego: „Prof. Jasiewicz (…) przedstawił kilka aspektów relacji polsko-żydowskich przed II wojną światową i w jej czasie. W jego wypowiedziach znalazło się kilka tez dalekich od politycznej poprawności, ale znajdujących potwierdzenie w faktach historycznych”.

Prezes PAN prof. Michał Kleiber był wyraźnie zakłopotany, gdy „Gazeta Wyborcza” poprosiła go o stanowisko. „Ten nieszczęsny profesor Jasiewicz cieszył się do tej pory bardzo dobrą opinią i prezentował zupełnie odmienne poglądy. (...) Nie wiem, może profesorowi pogoda zaszkodziła” – powiedział, po czym mimochodem przerzucił odpowiedzialność na media, mówiąc: „Opublikowanie takiego tekstu było fatalnym błędem, zwłaszcza w 70. rocznicę powstania w getcie. Gdyby taki pogląd został wypowiedziany na seminarium naukowym, spotkałby się z krytyką, a tu przedstawiono go jako głos w debacie”. Trochę to przypomina moralność pani Dulskiej. Hodujemy sobie w Polskiej Akademii Nauk antysemitę z tytułem profesorskim i udajemy, że go nie ma. Dopóki siedział cicho albo wygłaszał swoje herezje tylko w gronie wtajemniczonych, to było dobrze, a tu nagle wszyscy się o nim dowiedzieli i ten skandal to oczywiście wina dziennikarzy.

Erotoman

Inny sposób wykorzystania prestiżu profesora zaprezentował psycholog specjalizujący się w seksuologii dr hab. Lechosław Gapik, molestując seksualnie pacjentki pod pretekstem ich leczenia. Lechosław Gapik nie ma nominacji belwederskiej, ale mógł się tytułować profesorem jako wykładowca na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Po ujawnieniu w programie TVN „Uwaga!” tych praktyk zawieszono jego zajęcia na uczelni, jednak nie przerwał przyjmowania pacjentek. Wciąż prowadzi stronę, na której ogłasza, że wypromował 13 doktorów i 800 magistrów oraz licencjatów. W zeszłym tygodniu sąd skazał Gapika na cztery lata więzienia. Wyrok jest nieprawomocny.

Sprawa ciągnęła się ponad dwa lata. Głównie dlatego, że były kłopoty z uzyskaniem naukowej opinii o terapii stosowanej przez Gapika. W Polsce żaden z kolegów profesorów nie podjął się jej wydania. Wszyscy (trzej) odważni specjaliści zdążyli wcześniej zająć stanowisko w mediach, więc można by było podważyć ich bezstronność. Pozostali widocznie nie chcieli szkodzić koledze. W końcu prokuratura musiała poszukać eksperta za granicą. Opinię wydał francuski seksuolog dr Patrick Blachere.

Homofob

Kłamliwe i nienawistne słowa, jeśli wychodzą z ust profesorskich, nabierają wielkiego ciężaru, czego doświadczyliśmy, gdy poseł Krystyna Pawłowicz postanowiła się włączyć do debaty o związkach partnerskich. Jej wypowiedzi uczyniły z niej w jednej chwili celebrytkę, a co ważniejsze, być może przekonały 40 posłów z koalicji rządzącej, by odrzucili własny projekt ustawy o związkach partnerskich. Czego jak czego, ale niezależności intelektualnej nie można prof. Pawłowicz odmówić. „Mamy wolność słowa, trzeba z niej korzystać” – powiedziała dla portalu Dziennik.pl. I korzystała, opowiadając wszędzie, gdzie ją zapraszano, banialuki o mniejszościach seksualnych. Kilkadziesiąt znanych osób, również ze świata nauki, zaprotestowało przeciwko tym wypowiedziom. Jednak przeciwny list – w obronie Krystyny Pawłowicz – podpisało prawie 300 naukowców. Tych samych, którzy wcześniej bronili dziennikarza Cezarego Gmyza, wyrzuconego z „Rzeczpospolitej” za artykuł o trotylu na wraku tupolewa, a także wielu innych prawd naukowych, na przykład tej, że prezydent Lech Wałęsa był agentem (bo nikt nie udowodnił, że nie był) lub że geje są niezgodni z ewolucją.

Romantycy

W sprawie wolności słowa na uczelniach stanowisko zajęła minister nauki Barbara Kudrycka, przypominając, że naruszenie etyki w nauce to nie tylko plagiat, sfabrykowane badania lub nepotyzm, lecz także „próba zarażania studentów swoim światopoglądem – zwłaszcza gdy ten światopogląd wymyka się regułom uznawanej powszechnie wiedzy, dotychczasowym ustaleniom naukowym i rzetelnej metodologii. A nieraz nawet przeczy regułom zdrowego rozsądku”.

Minister Kudrycka rozwścieczyła tymi słowami profesorskie grono: „Uważamy, że nie ma Pani prawa, jako urzędnik państwowy, narzucać nauczycielom akademickim i naukowcom, co im wolno powiedzieć w czasie wykładu, seminarium lub publicznych wystąpień” – odpowiedzieli hardo profesorowie z Akademickiego Klubu Obywatelskiego im. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

Naukowcy zrzeszeni w AKO bez zahamowań demonstrują swoją niezależność od nauki. Komitet powstał na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza i wyraźnie przyświeca mu fraza wieszcza: „Czucie i wiara silniej mówi do mnie niż mędrca szkiełko i oko”. Szefem AKO jest prof. zw. dr hab. Stanisław Mikołajczak, który jako przewodniczący Poznańskiego Komitetu Poparcia PiS w wyborach samorządowych w 2010 r. przedstawiał się tak: „kierownik Zakładu Gramatyki Współczesnego Języka Polskiego i Onomastyki, były prodziekan Wydziału Filologii Polskiej i Klasycznej UAM, internowany 1981/82, filister korporacji akademickiej Surma”. Wśród 260 członków AKO jest około 100 profesorów, pozostałe osoby mają różne stopnie naukowe od magistra do doktora habilitowanego, wśród nich jest kilku księży. „Za nadrzędne kategorie organizujące polskie życie społeczne członkowie AKO uznają rodzinę, naród i suwerenne państwo” – piszą na swojej stronie. W sprawach in vitro, aborcji, eutanazji, antykoncepcji czy mniejszości seksualnych w pełni podzielają poglądy Radia Maryja.

Spiskowcy

Pół biedy, jeśli wiarą zamiast wiedzą posługują się humaniści. Gorzej, jeśli ta przypadłość dotyka reprezentantów nauk ścisłych. Tacy specjaliści mogą pleść, co im ślina na język przyniesie, bo i tak słuchacze nic z tego nie rozumieją. Wiedzą o tym organizatorzy alternatywnych badań przebiegu katastrofy z 10 kwietnia 2010 r., których celem jest udowodnienie, że na 99 proc. była ona zamachem. Udało im się zgromadzić ponad 100 naukowców na kolejnej już „konferencji smoleńskiej”, która się odbyła w lutym na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. „Jest bardzo bogaty materiał filmowy, fotograficzny i rzeczowy, który aż krzyczy, że wybuch miał miejsce” – mówił podczas tego zgromadzenia prof. Grzegorz Szuladziński. I jak tu nie wierzyć profesorowi, który w dodatku przyjechał z Australii. Polscy profesorowie, nawet belwederscy, mają o wiele niższą rangę. A co dopiero Maciej Lasek, przewodniczący komisji Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych – on jest tylko doktorem inżynierem, więc w ogóle się nie liczy.

Eksperci

Nie każdy musi być mądry. Nie każdy musi myśleć. Jednak dotąd wydawało się, że samą istotą pracownika nauki jest właśnie myślenie. Jeśli więc profesor zamyka się na argumenty, odrzuca niewygodne fakty, za to przyjmuje schemat, którego kurczowo się trzyma, nazywając go wartościami – to już wygląda na porażkę polskiej nauki. Kto ma szukać tej mitycznej prawdy? Kto ma drążyć, spierać się sam z sobą, uzgadniać możliwy przebieg wypadków i odrzucać niemożliwe wersje, niezależnie od tego, czy chodzi o przebieg ewolucji, czy katastrofy lotniczej?

Profesorowie lubią występować w mediach jako eksperci. Jednak jeśli w studiu zasiada profesor myślący obok profesora wierzącego, rozmowa staje się niemożliwa. Ostatnio coraz częściej mówi tylko ten drugi, a pierwszy uśmiecha się z politowaniem i bezradnie rozkłada ręce. Dlatego media prawicowe nie zawracają sobie głowy i zapraszają wyłącznie prawicowych ekspertów. Dzięki temu na antenie Radia Maryja nie ma nigdy bałaganu, niepotrzebnych emocji, nikt sobie nawzajem nie przerywa. Wszyscy są zgodni, ponieważ wierzą w te same wartości, a radio ma coraz lepiej wykształconych słuchaczy. W 2001 r. było wśród nich zaledwie 9 proc. osób z wykształceniem wyższym, w 2006 już 13,5 proc., a w 2011 aż 25 proc.

A że to nie ma nic wspólnego z nauką? Profesorowie nie muszą się nią przejmować. Osiągnęli w niej wszystko i nigdy tego nie stracą. Tytuł profesorski i profesorska emerytura są dożywotnie i nieodbieralne.

Okładka tygodnika WPROST: 16/2013
Więcej możesz przeczytać w 16/2013 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0