Słowik wyfruwa z klatki

Słowik wyfruwa z klatki

5 sierpnia z więzienia na warszawskim Mokotowie wyfrunie Słowik, legenda świata przestępczego i symbol dzikich lat 90.

Andrzej Z., ps. Słowik, jest więźniem grzecznym. Jako doświadczony skazaniec wie, że negatywne opinie wychowawców i strażników idą do akt. I wtedy jest gorzej – ma się mniej spacerów albo częstsze kontrole. Po co mu to? Za kratami Z. nie wyraził chęci pracy nad sobą, wniknięcia głębiej wspólnie z psychologiem, dlaczego zszedł na złą drogę, dlaczego pojawiły się: alkohol, narkotyki, niepohamowana agresja, i co o tym zdecydowało. W maju zeszłego roku zrzucił pomarańczowy drelich więźnia niebezpiecznego, odbywa karę jak zwykły skazany w wieloosobowej celi. Osoba, która go poznała w więzieniu: – Konformista, chce odsiedzieć swoje i tyle. Dużo mu nie zostało, raptem niecałe cztery miesiące i po 12 latach odetchnie świeżym powietrzem.

Jak się pan ma, magistrze?

Początek 2011 r. W gmachu sądu przy alei „Solidarności” poruszenie, poblokowane przejścia, mnóstwo policji. Wtem z jednego z korytarzy wyłania się konwój. Kilkunastu rosłych policjantów otacza wianuszkiem mężczyznę. Ten idzie wolno. Na nogach ma buty bez sznurówek, na łydkach i nadgarstkach kajdany, ubrany jest w pomarańczowy kombinezon. – Dzień dobry, jak się pan ma, magistrze? – rzuca skazaniecw moją stronę. – Doskonale! A pan? – odparłem automatycznie. – Ja też! – odrzekł i powoli poszedł dalej. Potem koledzy żartowali ze mnie, że byłem jedynym dziennikarzem, który od 2001 r. przeprowadził wywiad ze Słowikiem. Nie wyglądał wtedy imponująco. Niski, poszarzały 50-latek. Inny niż ten, którego zapamiętałem z pierwszej połowy lat 90. W tamtych czasach mafia pruszkowska, w której kierownictwie był Słowik, inwestowała w pozornie legalne interesy. Na przykład w Multi-Pub na Saskiej Kępie, który znajdował się 200 m od liceum, do którego chodziłem. Knajpa była dziwnym miejscem. W jednej części fast food z colą i hamburgerami, za drzwiami elegancka restauracja z przyciemnianymi szybami, do której dzieciarnia, a do niej się zaliczałem, nie miała wstępu. Na urządzenie przestronnego lokalu ktoś musiał wydać krocie. Wszędzie stały nowe meble, w ścianach zamontowano wielkie lustra, była ładna podłoga i drogi sprzęt kuchenny. Ruch w fast foodzie pozostawał minimalny, bo absurdalnie wysokie ceny były nie na kieszeń licealistów. Ale i tak wszyscy tam przesiadywaliśmy po szkole przy „małej coli”. Restauracja najczęściej świeciła pustkami. Wszystko wyglądało na wielką pralnię pieniędzy. I było jakimś socjologicznym eksperymentem. Z jednej strony dzieciaki z dobrego liceum, a obok właściciele mafiosi, którzy mieli tu swoją metę. W knajpie bywał oczywiście Słowik, wówczas napakowany, opalony 30-latek w okularach w złotych oprawkach. Pewny siebie, dyrygujący kompanami. Możliwość podglądania tego świata szybko się skończyła. Panowie z mafii wołomińskiej podłożyli trotyl na dachu Multi-Pubu i knajpa wyleciała w powietrze. Na szczęście byliśmy wtedy w szkole.

Klamry w głowie

W tamtych czasach, czyli w połowie lat 90., Słowik był jedną z najważniejszych postaci mafii pruszkowskiej. Drogę na szczyty torował sobie bezwzględnością i agresją. Obrazuje ją dobrze jedna z historii sprzed kilkunastu lat opisana w zeznaniach świadka koronnego Jarosława S., ps. Masa. Skruszony pruszkowski gangster opowiadał o groźnie wyglądającej sytuacji przed klubem studenckim Park. Jeden z pruszkowskich gangsterów, niejaki Zbynek, został tam pobity przez ochronę. W formie odpowiedzi do Parku pojechała grupa kilkudziesięciu gangsterów. Z zeznań Masy: „Podeszliśmy pod wejście, gdzie stali bramkarze i wyciągnęliśmy bramkarza Czaję. On został przez Słowika dotkliwie pobity po głowie. Później wszyscy się śmiali, że na pogotowiu zabrakło klamerek, bo założyli mu kilkadziesiąt szwów. Czaja miał twardą głowę, bo wstał, wszedł do środka i wyszedł z automatem. Ten automat mu się zaciął w pewnym momencie, szedł w stronę ludzi związanych z Pruszkowem i krzyczał: »No, to chodźcie teraz!«. Niektórzy ludzie wyjęli broń i zaczęli strzelać. On, kiedy zobaczył, co się dzieje, to z powrotem uciekł na dziedziniec Parku”. Między innymi takimi metodami Słowik, fryzjer z dalekiego Stargardu, drobny rzezimieszek, w szybkich tempie zbudował silną pozycję w słynnej grupie przestępczej.

Kolumbijski zakładnik

Pierwszy wyrok Słowik odsiadywał już jako nastolatek pod koniec lat 70. Potem były kolejne, m.in. za kradzieże aut. Za kratami Andrzej Z. zawarł znajomość z Zygmuntem B., ps. Bolo. Ta zaprocentowała. Bolo, potem również mocny człowiek w grupie pruszkowskiej, specjalizował się w kradzieżach srebra. Panowie połączyli siły, handlowali też w latach 80. walutą na rondzie Wiatraczna w Warszawie. Słowik zaczął się zajmować szmuglowaniem alkoholu i papierosów. Poznał przemytnicze szlaki, celników, pograniczników, którzy za łapówki będą przymykać oko na nielegalne transporty. Ta wiedza i kontakty utorują mu drogę na szczyty grupy pruszkowskiej. Gangsterzy z kontrabandy na początku lat 90. zrobią wielki biznes. Własne i bezpieczne bramki na granicach miały przy tej działalności największe znaczenie. Do tego dochodziły wymuszenia, haracze, napady na tiry. Wreszcie sprowadzanie wielkich transportów kokainy z Ameryki Południowej. Słowik latał do Kolumbii, żeby załatwiać dostawy narkotyków. Przy pierwszym z transportów był kimś w rodzaju zakładnika, który pozostawał w Kolumbii do czasu, aż statek z towarem szczęśliwie dotrze do Polski. W styczniu 1994 r. policjanci przechwycili ładunek 1,2 tony kokainy na kontenerowcu „Jurata”, który przybywał z Wenezueli. Pytanie, ile takich statków weszło bez kłopotów do polskich portów w latach 90.?

Boss czyta Koran

Taka działalność przynosiła gigantyczne pieniądze. Słowik i koledzy wydawali je lekką ręką. Jeździli całą ferajną po świecie i świetnie się bawili. Widać to dobrze na amatorskim filmie, który sami gangsterzy nakręcili na urlopie w Turcji. Płyną jachtem, na pokładzie opalają się piękne dziewczyny. Na kolejnym ujęciu zawiany Słowik stoi na wysokiej skale i krzyczy: „Pieprzę Turków, kocham Pruszków!”, i daje nura do morza. Na filmie widać też efektowną brunetkę w skąpym stroju kąpielowym. To Monika, czyli pani Słowikowa, żona bossa. Pozostanie najsłynniejszą kobietą związaną ze środowiskiem mafijnym. Zawsze ubrana w drogie ciuchy, występująca w pięknych futrach, wysokich szpilkach, paląca cygaretki i jeżdżąca po Warszawie srebrnym sportowym mercedesem. Cały ten świat nie mógłby funkcjonować bez skorumpowanych przez mafię prawników, policjantów, lekarzy, którzy wtedy kiedy trzeba było, wystawiali opinię, że ich pacjent absolutnie nie może przebywać w areszcie, gdyż grozi mu to trwałym kalectwem.

Z takiej pomocy prawników i medyków korzystał również Słowik. Pod koniec lat 90. boss trafił wreszcie za kratki. Osoba, która go wtedy przesłuchiwała: – Na spotkania przynoszono go na noszach, bo podobno wysiadł mu kręgosłup. Apelowałem: „Niech pan stanie na nogi!”, a on nic. Milczał, czytał Koran. Opinia lekarska zdecydowała o tym, że Słowik wyszedł zza krat i miał odpowiadać w procesie gangsterów z Pruszkowa z wolnej stopy. Gdy zeznania zaczął składać skruszony Masa, Słowik odfrunął w nieznane. Po kilkunastu miesiącach namierzyła go pod Walencją specjalna grupa policyjna Enigma. Uciekiniera zgubiło korzystanie z telefonu komórkowego. W październiku 2001 r. Słowika z wielką brodą zatrzymali hiszpańscy policjanci. W 2003 r. sprowadzono go do Polski specjalnym samolotem. Gdy zszedł z trapu maszyny, która wylądowała na Okęciu, splunął tylko na płytę lotniska.

Pocałunek w pierścień

Słowik został usidlony na dłużej. Sukces? Raczej nie. Boss i jego przypadki zawsze pozostaną związane z niedowładem organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości.

W 1993 r. Słowik, wtedy jeden z liderów grupy pruszkowskiej, wychodził sobie ułaskawienie w Kancelarii Prezydenta Lecha Wałęsy za wcześniej popełnione przestępstwa. Kolegom z gangu chwalił się, że kosztowało go to 150 tys. dolarów. W 2006 r., po 13 latach, sąd uniewinnił Słowika. Zabrakło dowodów na to, że urzędnicy Kancelarii Prezydenta przyjęli łapówkę. W 2007 r. sąd uniewinnił lekarza, który wystawił Słowikowi zaświadczenie o problemach z kręgosłupem. Dzięki tej opinii Z. wyszedł z aresztu, a potem cudownie ozdrowiał i dał nogę do Hiszpanii. W 2012 r. Słowik został uniewinniony w dużym procesie gangu pruszkowskiego. Najwyraźniej prokuratura zapomniała, że same zeznania świadka koronnego – Masy – są niewystarczające do tego, by wydać wyrok skazujący. I wreszcie sprawa najważniejsza, najbardziej kompromitująca dla organów ścigania, czyli wyjaśnienie sprawy zabójstwa komendanta głównego policji Marka Papały. Słowik od trzech lat odpowiada przed sądem za zlecenie zabicia byłego szefa policji. Oskarżyła go o to warszawska prokuratura. Tyle że w zeszłym roku prokuratorzy z Łodzi ogłosili kompletnie inną wersję tragicznych wydarzeń sprzed 15 lat. Papałę zabił Igor Ł. ps. Patyk, by ukraść auto, którym jeździł komendant. Sąd wezwał prokuratury do ustalenia wspólnej wersji. Jednak wspólnej wersji być nie może, bo te się absolutnie wykluczają. Efekt jest taki, że po 12 latach Słowik zapewne zawita na wolności. Od czasu gdy królował w Warszawie, sporo się zmieniło. Pani Słowikowa jest z kimś innym, syn Słowika Dawid ma już kilkanaście lat. Świat przestępczy, którego Słowik był symbolem, też się zmienił. Dziś rzadko ktoś działa tak ostentacyjnie i brutalnie. Przestępstwa są bardziej wyrafinowane niż w dzikich latach 90. Słowik przespał czas wielkiej przemiany w więzieniu na Mokotowie. W latach 90., gdy umarł jego ojciec, najbliżsi współpracownicy ustawili się w kolejce, aby złożyć szefowi kondolencje. Składali je, całując bossa w prawą dłoń. Dzisiaj już nikt po rękach nie będzie go całował. Z drugiej strony, może Słowik miał szczęście? Wielu jego dawnych kompanów od dawna leży już na cmentarzu, a on już za cztery miesiące będzie wolny.

Okładka tygodnika WPROST: 16/2013
Więcej możesz przeczytać w 16/2013 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0